Dlaczego Polacy kochają Edwarda Gierka?

Kiedyś podarował nam coca-colę, później straszono nim dzieci. Uosabiał jaśniejszą stronę PRL, dziś czerpie z niego prawica. Edward Gierek wiecznie żywy!

Nieustannie obecny w naszej świadomości, języku i myśleniu, choć od jego śmierci właśnie mija dziesięć lat. Chyba jak nikt inny z panteonu władców PRL uosabia blaski i cienie tamtej epoki. Rządził tylko dziesięć lat, ale zdążył wzbudzić euforię, a potem zaliczyć spektakularny upadek. Edwardem Gierkiem można zarówno głaskać podniebienia, jak i walić nim po głowach przeciwników.

“Kiełbasa jak za Gierka" to przebój na rynku wędlin. I nic nie szkodzi, że nawet w latach 70. PRL nie zdołała się uporać z problemem deficytu mięsa. Liczy się symbol, nawiązujący do ciepłych wspomnień.

Ale można też Gierka użyć do zgoła odmiennych celów. Gierek zadłużył Polskę? Tusk też zadłuża. Inny dziś ustrój, inna epoka, ale konserwatywny publicysta Łukasz Warzecha snuje analogie: dług rośnie tak samo jak w latach 70. Przyjaźń Tuska z Putinem jak Gierka z Breżniewem. Nawet walka z opozycją taka sama. Gierkowa propaganda zohydzała KOR, a Tuskowa – obrońców krzyża. A wszystko to na łamach “Faktu", którego czytelnicy… Trudno o pewność, ale pewnie wspominają Gierka z rozrzewnieniem.

Nad współczesną Polską krąży duch towarzysza Edwarda, budząc skrajne emocje.

Odszedł po cichu, w lipcu 2001 r. W życiu publicznym wolnej Polski od dawna nie uczestniczył. Prośby o wystąpienia i wywiady odrzucał. Znajomym powtarzał, że lata 70. doczekają się sprawiedliwej oceny.

Ostatnie 20 lat życia spędził w Ustroniu, z trudem wiążąc koniec z końcem.

Czy miał powody do rozgoryczenia? Upokorzenia lat 80. w nim tkwiły. Odsunięty od władzy po sierpniowym strajku, przewidziany przez ekipę Jaruzelskiego do roli kozła ofiarnego. Gazety pisały, jak Gierek i jego ludzie uwłaszczyli się na majątku narodowym. Szeptana propaganda opiewała luksusy, w jakich się pławił z małżonką (Stanisława Gierek ponoć raz w tygodniu odwiedzała w Paryżu fryzjera). Wyrzucony z partii, pozbawiony odznaczeń i emerytury, w stanie wojennym nawet internowany. Przez resztę dekady przykryty zasłoną milczenia.

Przypomniał się Polakom tuż po upadku komuny. “Przerwana dekada", wywiad rzeka z Gierkiem przeprowadzony przez Janusza Rolickiego w 1990 r., stał się hitem. Milion sprzedanych egzemplarzy! Druga część książki rozeszła się w 300 tysiącach. Okazało się, że Polacy go pamiętają i są ciekawi, co ma do powiedzenia. Zapewne poczuł satysfakcję, ale sukces książki wiele nie zmienił w życiu Gierków. Umowa z wydawcą była tak skonstruowana, że krociowe zyski ominęły bohatera książki. Starczyło na malucha. I tak pierwszy sekretarz, który dwie dekady wcześniej zmotoryzował Polskę za pomocą małego fiata, na emeryturze sam na tym skorzystał.

Wokół szalały transformacja i bezrobocie. Im bardziej polityczny mainstream zachwalał reformy Balcerowicza, tym mocniej rósł sentyment za gierkowską przeszłością.

Po jego śmierci CBOS pytał ludzi, jak oceniają pierwszego sekretarza. Aż 50 proc. odparło, że pozytywnie, 6 proc. – negatywnie. A gdy przed trzema laty pytano o najwybitniejszych Polaków XX wieku, Gierek znalazł się na ósmym miejscu – za Janem Pawłem II, Wyszyńskim, Piłsudskim, Wałęsą, Kuroniem, Władysławem Sikorskim i Mazowieckim.

Książę śląski jedzie do Warszawy

Został wybrany na pierwszego sekretarza PZPR w dramatycznych okolicznościach. W grudniu 1970 r. ekipa Gomułki, ratując się przed kryzysem, ogłosiła podwyżkę cen żywności. Robotnicy na Wybrzeżu odpowiedzieli protestem. Władza wyprowadziła na ulice wojsko. Era Gomułki dobiegła końca, rozpoczęła się era Gierka.

Był ulepiony z innej gliny. Nie działał w KPP, nie kończył szkół w Moskwie, nie walczył w komunistycznej partyzantce. Przed wojną emigrant w Belgii i Francji. Znał Zachód i nie miał na niego alergii. Mimo to po wojnie wrócił do Polski i rozpoczął karierę w aparacie komunistycznym. W latach 50. stanął na czele komitetu wojewódzkiego PZPR w Katowicach i wspólnie z wojewodą Jerzym Ziętkiem sprawił, że Ślązakom wkrótce zazdrościła cała Polska. Podczas gdy Gomułka hamował jak mógł konsumpcyjne apetyty obywateli, na Śląsku pęczniały spektakularne inwestycje. Rozbudowa centrum Katowic, hala widowiskowa Spodek, Park Kultury i Wypoczynku, nowe fabryki, uniwersytet. Mówiono o nim “śląski książę".

U progu lat 70. ideologia komunistyczna była martwa. Władza musiała szukać legitymacji gdzie indziej. Mówiąc językiem dzisiejszych polityków, postawili na “przyjazne państwo". Nadal autorytarne, ale sympatyczniejsze. Bez więźniów politycznych, układające się z Kościołem, otwarte na świat. Gierek nawiązuje przyjazne stosunki z Wyszyńskim i chętnie podejmuje zachodnich przywódców. Trzej kolejni prezydenci USA odwiedzają Warszawę – tego dotąd nie było!

Najważniejsza stanie się jednak konsumpcja.

Gierek tłumaczył Rolickiemu: “Byłoby z mojej strony niemoralne proponować milionom ludzi raz jeszcze tylko pracę i szczytne hasło budowy lepszej przyszłości dla dzieci. Społeczeństwo miało dość haseł, ludzie zwyczajnie chcieli lepiej żyć. I to życzenie musiało być spełnione".

Okoliczności Gierkowi sprzyjały. W latach 70. napięcie zimnowojenne opadło, a Zachód otwierał się na współpracę gospodarczą z krajami za żelazną kurtyną. Na światowych rynkach trwała prosperity napędzana ropą niewiele droższą od wody i dostępem do pieniądza. Oprocentowanie zachodnich kredytów było niższe niż w Polsce inflacja. Grzechem byłoby po te pieniądze nie sięgnąć.

Konsumujmy!

Paweł Kostikow, który w Komitecie Centralnym KPZR zajmował się Polską, notował u schyłku tamtej dekady: “W polskim sukcesie początku lat 70. był, jak skaza genetyczna, zalążek klęski. Polacy żyją “nie po karmanu" [ponad stan]. Rzucało się w oczy, że na Zachód przyjeżdżali polscy ministrowie, a nawet urzędnicy nie najwyższej rangi i kupowali, kupowali, kupowali”.

“Budujemy drugą Polskę" – mawiał Gierek. I w parę lat Polska zmieniła się nie do poznania. Pensje urosły o ponad 40 proc. Fabryki się modernizowały. Napływały nowoczesne technologie.

Zbudowano ponad 600 zakładów, w tym inwestycje tak spektakularne jak Huta Katowice, Rafineria Gdańska, Fabryka Samochodów Małolitrażowych w Tychach. Na 11 wybudowanych wtedy elektrowniach do dziś opiera się polska energetyka. Stolicę połączyła ze Śląskiem dwupasmówka. Warszawa dostała Trasę Łazienkowską i Wisłostradę. A cały naród odbudował Zamek Królewski.

Miliony młodych ludzi ze wsi przenosiły się do miast. Czekały na nich mieszkania w blokach z wielkiej płyty – oddano ich w tamtej dekadzie ponad 2,5 miliona.

Do sklepów trafiły dobra Polakom nieznane, m.in. coca-cola i cytrusy. Na ulice wyjechały małe fiaty. Otworzyły się granice: najłatwiej było wyjechać do NRD, ale paszport umożliwiający wizytę na Zachodzie też stał się realny. W telewizji – w kolorze! – pojawiła się rozrywka nieźle wpasowana w masowe gusta. W tej oazie socjalistycznej szczęśliwości wszystko wyładniało. Nawet piłkarze Górskiego zaczęli wygrywać.

Im więcej Polacy spożywali, tym mniej uwierały ich brak wolności, poddaństwo wobec Wielkiego Brata, nachalna propaganda sukcesu i drętwy język gazet. Tylko nieliczni inteligenci zachowywali dystans.

Notował Stefan Kisielewski w 1973 r.: “Przyszła nowa Polska, zdemokratyzowana społecznie, ale rządzona mafijnie, bez życia politycznego, bez napięć i wstrząsów, bez ideologii i świadomości. (…) Więc ja nie mam racji bytu, tu opozycjonistów nikt nie potrzebuje. Polska Ludowa jednolita, bezkonfliktowa – można by ją ożywić zachętami ekonomicznymi, ale ideami – nie".

Ale to wszystko do czasu.

Aleśmy spożycie mieli!

W drugiej połowie gierkowskiej dekady Paweł Bożyk miał trzydzieści kilka lat i już tytuł profesora ekonomii. Był doradcą ekonomicznym Gierka na etacie w KC PZPR. Jego zadaniem było pisanie raportów o zagrożeniach gospodarczych na użytek pierwszego sekretarza. Opisał swe doświadczenia w wydanej właśnie książce “Hanka, miłość, polityka".

Już w 1974 r. ostrzegał, że hossa lada chwila się skończy. W świecie kapitalistycznym wybuchł kryzys paliwowy, ceny ropy urosły niebotycznie, Zachód zaczął ograniczać import. Polskę bezpośrednie skutki załamania na razie omijają – mamy przecież zagwarantowane dostawy ropy z ZSRR po cenach już wcześniej zakontraktowanych. Ale Bożyk raportuje: nasza stabilność nie jest dana raz na zawsze. Technologie, które kupiliśmy na Zachodzie, wkrótce staną się przestarzałe, bo projektowano je w czasach taniej energii. Świat już wkracza w epokę energooszczędnych innowacji, a my zostajemy w tyle. A przecież, zaciągając wielomiliardowe kredyty, zakładaliśmy, że będziemy je spłacać w eksporcie. Jeśli nie dostosujemy inwestycji do nowych czasów, nie będziemy konkurencyjni.

Ale raport trafia w próżnię. Biurokratyczna machina łapczywie zasysa wszystko, co tylko się da. Rozgrzebane inwestycje się opóźniają, a mimo to ciągle rozpoczyna się nowe. Kupowane za dewizy urządzenia często stoją, bo w szale zakupów nie zawracano sobie głowy takimi drobiazgami jak części zamienne.

Polacy zarabiają coraz więcej, choć wydajność pracy rośnie powoli. A do tego władza nauczona doświadczeniem Grudnia ’70 utrzymuje zamrożone ceny. Równowaga na rynku zostaje drastycznie zachwiana. Katastrofa nadciąga wielkimi krokami.

– Kredyty wyjdą nam bokiem – ostrzega Bożyk pierwszego sekretarza.

– Jak to bokiem? – oburza się Gierek. – Jak wybudujemy fabrykę, będziemy ją mieli, nikt nam jej nie zabierze.

W Bożyku burzy się krew na takie myślenie, ale nie protestuje.

W czerwcu 1976 r. podwyżka cen żywności jest już nieunikniona. I to spora, bo skumulowana z wielu lat. Odpowiedź jest łatwa do przewidzenia – bunt robotników, tym razem w Radomiu i Ursusie. Represje, milicyjne ścieżki zdrowia, wyroki sądowe (później Gierek zarządzi amnestię). Powstaje zorganizowana opozycja, a z nią – drugi obieg wydawniczy. Intelektualna pustka zapełnia się niezależną myślą. Powstaje grunt pod masowy bunt społeczny.

Ale Gierek woli nie dostrzegać tego, że Polska się zmienia. Niby wie, że przyszłość nie rysuje się w różowych barwach, ale ostrzeżenia doradcy puszcza mimo uszu. Jak trzeba, to zrobi się gospodarską wizytę w zakładach Cegielskiego, gdzie przygotowani przez miejscowy aktyw robotnicy wyrażą pełne poparcie dla polityki towarzysza Gierka.

Ale wszystko prowadzi do kolejnego przesilenia. Największego w PRL. Po strajku w stoczni i podpisaniu porozumień gdańskich Gierek zostaje zmuszony do odejścia.

“Tak zakończyła się moja kariera polityczna, a w Polsce – najlepsza dekada w całej naszej historii" – powie w “Przerwanej dekadzie”. W “Replice” dopowiada: “Niewiele będziemy mieli z wolności, gdy będziemy goli i bosi”.

Najwyraźniej nie zrozumiał tego, co stało się w Polsce w sierpniu 1980 r. Za przyczynę swego upadku podawał Rolickiemu spisek, którego dopuścili się jego towarzysze z Biura Politycznego Józef Kania i Wojciech Jaruzelski. Masowe strajki były jego zdaniem wymierzoną w niego prowokacją dokonaną przez agentów bezpieki.

Kto dziś potrzebuje Gierka?

Paradoksalnie – najmniej SLD. Tam zawsze silniejszy był kult Wojciecha Jaruzelskiego. I trudno się dziwić, skoro historyczni liderzy tej formacji – Kwaśniewski, Miller i Oleksy – to wychowankowie ekipy generała, która doprowadziła do okrągłego stołu.

Ale zwykli ludzie pamiętają swoje – zwłaszcza ci ze wsi i niewielkich miasteczek, biedniejsi i słabiej wykształceni, których transformacja dotknęła najbardziej. Dla nich wspomnienie dobrobytu lat 70. nawet dziś pozostaje żywe. To oni stanowili zawsze bazę fenomenu gierkowskiej nostalgii. Przez lata polityczny establishment ignorował te sentymenty. Aż dostrzegli to bracia Kaczyńscy, obiecujący sprawiedliwą,“solidarną" Polskę. Już w kampanii w 2005 r. nie wzgardzili poparciem Adama Gierka, syna dawnego pierwszego sekretarza. W ubiegłym roku, w kampanii prezydenckiej, Jarosław Kaczyński raz jeszcze sięgnął po te emocje. – Był komunistycznym, ale jednak patriotą – oświadczył w Sosnowcu, rodzinnym mieście Gierka.

A jak czytać artykuł Jana Filipa Staniłki, młodego (rocznik ’79) eksperta Instytutu Sobieskiego (to nieoficjalny think tank PiS), członka redakcji ultrakatolickich “Arcanów" i organizatora niedawnego kongresu “Polska – Wielki Projekt”, na którym spotkały się PiS-owskie elity?

“Gierek był może ostatnim przed Lechem Kaczyńskim przywódcą, który miał ambicję uczynienia na serio znaczącego kraju w Europie" – pisał przed kilkoma miesiącami Staniłko. Wychwalając pod niebiosa gierkowską modernizację, a nawet ówczesną “jedność narodową i szacunku do narodowych imponderabiliów”. Bo Gierek odbudował Zamek Królewski.

Nieustannie obecny w naszej świadomości, języku i myśleniu, choć od jego śmierci właśnie mija dziesięć lat. Chyba jak nikt inny z panteonu władców PRL uosabia blaski i cienie tamtej epoki. Rządził tylko dziesięć lat, ale zdążył wzbudzić euforię, a potem zaliczyć spektakularny upadek. Edwardem Gierkiem można zarówno głaskać podniebienia, jak i walić nim po głowach przeciwników.

“Kiełbasa jak za Gierka" to przebój na rynku wędlin. I nic nie szkodzi, że nawet w latach 70. PRL nie zdołała się uporać z problemem deficytu mięsa. Liczy się symbol, nawiązujący do ciepłych wspomnień.

Ale można też Gierka użyć do zgoła odmiennych celów. Gierek zadłużył Polskę? Tusk też zadłuża. Inny dziś ustrój, inna epoka, ale konserwatywny publicysta Łukasz Warzecha snuje analogie: dług rośnie tak samo jak w latach 70. Przyjaźń Tuska z Putinem jak Gierka z Breżniewem. Nawet walka z opozycją taka sama. Gierkowa propaganda zohydzała KOR, a Tuskowa – obrońców krzyża. A wszystko to na łamach “Faktu", którego czytelnicy… Trudno o pewność, ale pewnie wspominają Gierka z rozrzewnieniem.

Nad współczesną Polską krąży duch towarzysza Edwarda, budząc skrajne emocje.

Autor: Rafał Kalukin

żródło: Tygodnik "WPROST" Numer: 30/2011 (1485)