Maksymilian Podstawski

lipiec, 2011

Artykuł ukazał się w ludowych “Realiach”, w numerze kwietniowym, pt. “O historii z myślą o przyszłości. Przykład polsko-ukraiński”.

Europa Środkowowschodnia – z myślą o przyszłości, przykład polsko-ukraiński

Motto: “Wszakże historia nie jest i być nie może czynnikiem rozstrzygającym o poglądzie na dzisiejszą rzeczywistość i decydującym o jej kształtowaniu”. - Krzysztof Skubiszewski

W egzystencji narodów i regionów łącznikiem między przeszłością a teraźniejszością są mity. Są one także ważne dla kształtowania przyszłości. Węgier Csaba G. Kiss, autor prac poświęconych m.in. mitom narodowym oraz symbolom narodowym w literaturze zaproponował swego czasu stworzenie wspólnego środkowoeuropejskiego panteonu postaci oraz opracowanie przewodnika wspólnej pamięci, co mogłoby pomóc w duchowej integracji naszego regionu i Europy. Kandydatami do panteonu mogliby być politycy, ludzie kultury, uczeni. Zasadniczym warunkiem byłaby ich akceptacja przynajmniej przez dwa sąsiednie narody, a może nawet w całym regionie. Wśród wielu kandydatów do panteonu postaci w regionie Środkowowschodniej Europy znaleźć się powinni na przykład książę Adam Jerzy Czartoryski (1770-1861) – on szczególnie na Bałkanach i w Polsce - oraz Milan Hodža (1878-1944). Obok jednak postaci ważnych dla całej Europy Środkowowschodniej, poszukiwać należałoby takich postaci, które połączą zwaśnione mniej lub bardziej w przeszłości, dwa narody w regionie: np. Węgrów i Słowaków, Węgrów i Rumunów, Węgrów i Serbów, Rumunów i Ukraińców, Serbów i Chorwatów, Serbów i Albańczyków, Greków i Macedończyków, Polaków i Litwinów, Polaków i Białorusinów oraz Polaków i Ukraińców.

1. Wspólne dziedzictwo oraz różnice (za dużo w nich historii)

Posłużmy się tu przykładami właśnie z relacji polsko-ukraińskich. Pozwala na to m.in. dyskusja – a właściwie niektóre jej wątki - jaka przez pewien czas toczyła się na tematy polsko-ukraińskie w dwumiesięczniku “Nowa Europa Wschodnia”. Poszukiwanie wspólnych postaci nie jest w tym przypadku łatwe, biorąc pod uwagę podstawowy fakt, że polskie i ukraińskie wspomnienia oraz interpretacje historii różnią się zasadniczo: zawierają sprzeczne wersje wydarzeń, różnych mają też pozytywnych i negatywnych bohaterów. Mimo to w stosunkach między nami takich postaci (“większych” i “mniejszych”), których “za własne” mogłyby przyjąć obydwa narody znalazłoby się prawdopodobnie kilka. Próba wymienienia wszystkich kandydatów nie miałaby tu sensu. Spodziewać się można, że wiele prób poszukiwania wspólnych bohaterów - zarówno przez stronę ukraińską, jak i polską - okazać się może nietrafionych, jakkolwiek nieudanymi próbami nie należałoby się zrażać. Wśród znanych postaci historycznych, Bohdan Chmielnicki (1595-1657) na przykład, polski szlachcic wyznania prawosławnego mógłby uchodzić do pewnego momentu swego życiorysu za wspólnego, polsko-ukraińskiego bohatera, gdyby przyjąć, że wywołane przez niego powstanie było po prostu wojną domową w ramach Rzeczypospolitej. Do takiej interpretacji historii nie da się jednak przekonać tych historyków, którzy uważają, że była to wojna polsko-ukraińska, lub wyzwoleńcza walka narodu ukraińskiego przeciwko polskiej szlachcie, czy też ukraińska narodowa rewolucja. Mimo, że współczesny naród ukraiński ukształtował się właściwie kilka stuleci później (i kształtuje się nadal). Powstanie Chmielnickiego ma już bowiem swe utrwalone mitologie: polską i ukraińską i nic nie da się tu już zmienić. O ile do narodzin polskiej mitologii przyczynił się Henryk Sienkiewicz, to do ukraińskiej inny Polak, z wyboru Ukrainiec – historyk Włodzimierz Antonowicz (Wołodymyr Antonowycz). W roku 2008 minęła setna rocznica jego śmierci, o czym przypominał Łukasz Adamski w swoim artykule pt. “Włodzimierz Antonowicz” zamieszczonym w dwumiesięczniku “Nowa Europa Wschodnia”, listopad/grudzień 2008. Samo zjawisko wyboru przez Polaka narodowości ukraińskiej nie jest czymś nadzwyczajnym, zresztą w odwrotnym kierunku dokonywano także podobnych wyborów, może nawet częściej. Włodzimierza Antonowicza (ur. w 1834 lub 1830 roku, zmarł w 1908) należałoby, na równi z Bohdanem Chmielnickim, zaliczyć do grona ojców narodu ukraińskiego. Ten historyk, archeolog i etnograf odegrał w narodowym ruchu ukraińskim niezwykle istotną rolę. Antonowicz doszedł do wniosku, że musi wybrać między potrzebami ludu, które stały się dla niego potrzebami ukraińskimi, a interesami polskimi, tożsamymi z interesami szlachty polskiej, z której się wywodził. Na początku lat 60. XIX wieku wybrał tę pierwszą opcję. Początkowo znajdował się pod ideowym wpływem Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, którego członkowie, będąc demokratami, marzyli o odrodzeniu Polski, o równości społecznej, uwłaszczeniu chłopów i oświeceniu ludu. Wystąpił z nawiązującego do Rzeczpospolitej, konspiracyjnego Związku Trójnickiego (Biały Orzeł, Pogoń, Archanioł Michał) i założył własną ukraińską gromadę. W jego ruchu uczestniczyli zarówno Polacy, jak i Ukraińcy: Tadeusz Rylski, Władysław Kozłowski, Wincenty Wasilewski, Paweł Żytecki i inni. Antonowicz uznał się za Rusina i przyjął prawosławie. W swoich pracach, pisanych zresztą po rosyjsku, a nie po ukraińsku czy po polsku, Antonowicz, profesor Kijowskiego Uniwersytetu, badał historię ludu, a nie elit bo - jak sądził, to ludzkie masy tworzą historię. To za poradą Antonowicza ukraiński ruch narodowy przyjął nazwę “Ukraina-Ruś” dla ziem, które uznał za własne. Nazwa ta przekształciła się potem po prostu w Ukrainę ale i obecnie historycy ukraińscy posługują się często nazwą “Ukraina-Ruś” w swych dyskusjach z rosyjskimi kolegami, kiedy mowa o tym kto jest ważniejszym spadkobiercą starej Rusi: Ukraina czy Rosja. Co ważne zarówno dla Polaków, jak dla Ukraińców, Antonowicz opowiadał się przeciwko bardzo popularnej wówczas w ruchu ukraińskim, w zasadzie do I wojny światowej, koncepcji sfederalizowania Ukrainy z Rosją; tutaj interesy polskie i ukraińskie okazały się zbieżne. Początkowo był bardzo krytyczny wobec Polaków, ale w dojrzałym wieku zaczął przewartościowywać swe poglądy. Oskarżano go o zdradę interesów polskich, antyszlacheckie zaślepienie, wmawiając mu, że przeszedł na służbę rosyjskiego zaborcy. Początkowo radykalnie antypolski, a właściwie antyszlachecki, w latach osiemdziesiątych Antonowicz zaczął skłaniać się do historycznego porozumienia Ukraińców z Polakami. Jego uczeń, wybitny historyk ukraiński i pierwszy prezydent Ukrainy, Mychajło Hruszewski (1866-1934) napisał wkrótce po jego śmierci, że w polskich środowiskach zupełnie niesprawiedliwie i bezpodstawnie określano go wrogiem Polski. Był tylko wrogiem “Polski historycznej” i jej wad, szkodliwych nie tylko dla uciskanych przez nią narodów, ale i dla niej samej. Trudno pojąć historię Ukrainy bez postaci Antonowicza, który przyczynił się do nadania procesowi powstawania narodu ukraińskiego takiego, a nie innego kształtu. To dzięki działaczom takim jak Antonowicz bolszewicy musieli uznać odrębność narodu ukraińskiego. Zasługi Antonowicza doceniono dopiero obecnie, w niepodległej Ukrainie, ale jego postać ginie w cieniu Hruszewskiego, który stał się wielkim w dużym stopniu dzięki opiece naukowej jaką sprawował nad nim właśnie Antonowicz. W Polsce postać Antonowicza, który zerwał z polskością nie na rzecz narodu zaborczego, ale narodu, którego wtedy może jeszcze w ogóle nie było, a z pewnością nie istniał we współczesnej postaci, uległa zapomnieniu. Rozmaite nurty nowoczesnej polityki ukraińskiej przenoszone były od końca XIX wieku z Rosji do Austrii, gdzie warunki do uprawiania ukraińskiej polityki były zdecydowanie bardziej sprzyjające. Antonowicz pozostał w Kijowie. Natomiast Mychajło Drahomarow (1841 – 1895), najbardziej wpływowy ukraiński działacz polityczny, udał się do Lwowa w 1876 r., po tym, jak stracił katedrę na Uniwersytecie Kijowskim. Mychajło Hruszewski (1866 – 1934), największy historyk ukraiński, przeniósł się z Kijowa na Uniwersytet Lwowski w 1894 r. Polak Wacław Lipiński (z wyboru Ukrainiec - Wiaczesław Łypynski, 1882 -1931), największy ukraiński teoretyk polityczny, wyemigrował do austriackiej Galicji w 1908 r. Wśród nich znalazł się także Dmytro Doncow, najsłynniejszy ukraiński nacjonalista, ktorego idee znalazły posłuch w XX - wiecznej Galicji. Wszyscy oni mogli być zaskoczeni we Lwowie, że w przeciwieństwie do “rosyjskich” Polaków, tamtejsi Polacy mieli przeważnie wrogi stosunek do sprawy ukraińskiej.

Mimo rozbiorów, Konstytucja 3 Maja stworzyła niewątpliwie fundamenty współczesnego nam narodu polskiego. Odbyło się to jednak dużym kosztem, tym kosztem było wykluczenie z polskości, w poważnym stopniu, innych wyznań niż rzymski katolicyzm. Gdyby nie rozbiory, dywagujemy niekiedy w Polsce, to nie wykluczone, że dziewiętnastowieczny proces przekształcania się polskiego narodu szlacheckiego w nowoczesnych Polaków mógłby objąć także ludność ruską, jej stan włościański. Być może?! Jednak Konstytucja nie stwarzała warunków dla ukształtowania się w pełni nowoczesnego narodu, w skład którego z samego założenia wchodzili by Polacy różnych wyznań. Historia potoczyła by się prawdopodobnie inaczej, gdyby nie właśnie Konstytucja 3 Maja z 1791 roku, która wprowadziła w miejsce unii państwo unitarne na całym obszarze, tak zróżnicowanej przecież I Rzeczpospolitej. Z Konstytucji, oprócz Polaków, zadowoleni mogli być Litwini, jako rzymscy katolicy; “Zaręczenie Wzajemne Obojga Narodów” przyjęte 20 października 1791 roku przez Sejm Czteroletni na żądanie Litwinów, jako uzupełnienie Konstytucji 3 Maja, gwarantowało im równorzędny udział w nowych organach władzy centralnej. Większość religijną w tym czasie stanowili już w Rzeczpospolitej katolicy obrządku łacińskiego i wschodniego, a unici mieli przewagę liczebną nad prawosławnymi. Wydawać by się więc mogło, że nie było już źródła niezgody między “grekami a łacinnikami”, jak to miało miejsce ponad 100 lat wcześniej. A mimo to za religię panującą Konstytucja uznała tylko rzymski katolicyzm, pozostawiając w państwie polsko-litewskim poza nawiasem unitów oraz innowierców. Jednych i drugich oddawała w objęcia – oczekujących na to - protestanckich Prus i i prawosławnej Rosji. Zdecydowały o tym m.in. naciski Prus i Rosji oraz względy klasowe; “trudno” było bowiem szlachcicowi (pochodzenia ruskiego też) wyznawać, poza etniczną Polską i Litwą, ten sam obrządek religijny co jego chłop. Konstytucja 3 Maja nie zniosła poddaństwa chłopów. Nic dziwnego więc, że z tego i innych powodów Napoleon uznał ją za zbyt konserwatywną i nadał Księstwu Warszawskiemu (1807-1815) konstytucję wzorowaną na francuskiej. Konstytucja Księstwa Warszawskiego (22.07.1807) poddaństwo chłopów znosiła. Konstytucja 3 Maja natomiast nie przynosiła równych praw grekokatolickim Rusinom, a byli to przede wszystkim chłopi. Utrzymywała więc nadal ucisk feudalny wobec włościan, zarówno zresztą wyznania katolickiego (w tym obrządku grekokatolickiego), jak i prawosławnego. Była niesprawiedliwa wobec wszystkich wyznań, obrządków i religii innych niż katolicka, w tym dla niekatolickiej szlachty. Korzystać na niej tylko miała szlachta polska i litewska. Panowanie Konstytucji 3 Maja było krótkie, jakkolwiek okazała się ona w przyszłości dla Polaków i ich pamięci historycznej niezwykle ważna. Pod koniec XVIII wieku jednak decydujący był fakt utraty niepodległości - rozbiory. Do tej pory proces przechodzenia prawosławnych na grekokatolicyzm trwał na terenach Rzeczypospolitej kilka wieków. Natomiast Rosja w kierunku odwrotnym “załatwiła” to w ciągu...nieco dłużej niż I stulecia. Carat przez cały wiek XIX zmuszał grekokatolików siłą do zmiany wyznania na prawosławne. Wymieniano kler grekokatolicki na prawosławny, posłuszny Moskwie, a w ciągu XIX wieku nastąpiła na “rosyjskiej” Ukrainie (i na Białorusi także) naturalna wymiana pokoleń wiernych. Proces, który miał miejsce na Ziemi Chełmskiej, na Wileńszczyźnie i Grodzieńszczyźnie, przechodzenia unickich Rusinów na polskość (wielu z nich rozmawiało w domu po polsku) polegał głównie na tym, że postawieni przed przymusowym wyborem woleli często rzymskokatolicyzm niż prawosławie. To, że Ukraińcy, także prawosławni, zechcieli pozostać Ukraińcami, a nie stali się wszyscy Rosjanami, zawdzięczają chyba przede wszystkim brakiem poszanowania i niechęci administracji rosyjskiej dla ukraińskiej odrębności, która ukształtowana została w ciągu kilku stuleci na obszarach I Rzeczpospolitej. Niewątpliwie - obok kilku innych czynników (np. wybuch I wojny światowej) - konkurencja między Polakami a Rosjanami o ziemie ruskie ułatwiała ukraińskiemu ruchowi narodowemu działalność. Polska i Polacy byli dla Ukraińców równocześnie wyzwaniem i przykładem do naśladowania. Istotny był dla Ukraińców pozytywny przykład Polaków – polski nieustanny wysiłek w kierunku niepodległości. Z kolei możliwości ewentualnego wzajemnego zrozumienia w XIX stuleciu między ruchem narodowym polskim (przeważnie szlacheckim) a ukraińskim (przeważnie chłopskim) w zaborze rosyjskim (a w zaborze austriackim tym bardziej) przekreślało bezpowrotnie lekceważenie przez polską szlachtę interesów chłopstwa, zarówno polskiego jak i ruskiego. Opory polskiej szlachty co do zniesienia pańszczyzny były zresztą głównym powodem kolejnych klęsk w polskich powstaniach we wszystkich zaborach, gdzie zaborcy okazywali się głównymi rozjemcami między szlachtą a chłopstwem, biorąc ostatecznie stronę włościan (mam tu na myśli znoszenie pańszczyzny). Działalność Antonowicza, który kierował ruchem ukraińskim w najtrudniejszym dla niego czasie, należy docenić wysoko zarówno po stronie ukraińskiej, jak i polskiej; idea niepodległości Ukrainy leżała także w polskim interesie. Jego ukraińskość zawierała przy tym wiele elementów polskiej lewicowej tradycji demokratycznej. To co miało później zasadnicze znaczenie dla ukraińskiej narodowej ideologii i okazało się nieprzyjazne dla sąsiadów Ukrainy, było uznanie przez Antonowicza oraz współczesnych mu, a także późniejszych ukraińskich działaczy, że celem historii jest lud. Skoro Ukraina była w jej ludzie, państwo ukraińskie powinno istnieć wszędzie tam, gdzie ów lud zamieszkiwał. Założona we Wiedniu w 1929 r. przez Ukraińców z Galicji Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) liczyła na pomoc Niemiec w stworzeniu ukraińskiego państwa z terytoriów polskich, radzieckich, czechosłowackich i rumuńskich. Działacze OUN zaakceptowali totalną formę integralnego nacjonalizmu, zgodnie z którym ukraińska państwowość wymagała etnicznej homogeniczności, a polski “okupant”mógł zostać pokonany jedynie dzięki usunięciu Polaków z ziem uznanych przez nich za ukraińskie. Zasada etniczności, przyjęta przez ukraińskich nacjonalistów, miała fatalne skutki w relacjach ukraińsko-polskich.

Antonowicz był człowiekiem dwóch kultur, polskiej i ukraińskiej, a właściwie trzech, bo jeszcze rosyjskiej. W rozważaniach na temat wspólnego dziedzictwa dwóch narodów przyjęto termin double culture (wspólnej kultury). Dotyczy to także polsko-ukraińskiego dziedzictwa kulturalnego. Takie podejście oznacza poczucie wspólnoty kulturalnej, szacunek do kultury sąsiada i nienarzucanie swej kultury sąsiadowi jako rzekomo wyższej, co nie wyklucza wzajemnego oddziaływania kultur. W dyskusji odnośnie wspólnego dziedzictwa Europy Środkowowschodniej pojawił się apel, abyśmy dostrzegali wielkość swoich sąsiadów, nie kierowali przeciwko nim swoich ambicji, poszerzali wzajemne kontakty i pielęgnowali partnerstwo. A Europę Środkową (Środkowowschodnią) rozpatrywali z tych pozycji, jako własną Ojczyznę. Pojęcie wspólnej kultury dotyczy w tych rozważaniach szeroko rozumianego wspólnego dziedzictwa, a więc obok zabytków kultury materialnej, także dorobek tych polityków, artystów i uczonych, którzy działali na styku i ku chwale obu naszych narodów, całego regionu i Europy. Do tego wspólnego polsko-ukraińskiego dziedzictwa oraz systemu edukacji należałoby włączyć Włodzimierza Antonowicza oraz inne postaci, które na to zasługują. Polsko-ukraińskie stosunki potrzebują pozytywnych symboli. Taką rolę spełnia Jerzy Giedroyć (1906-2000), ikona polsko - ukraińskiego pojednania. Podobną rolę spełnia Giedroyć w stosunkach Polski z Litwą i Białorusią (a także

z Rosją). Do polsko-ukraińskich bohaterów zaliczany jest często hetman kozaków rejestrowych Petro Konaszewycz-Sahajdaczny (1570-1622), który bronił niejednokrotnie ziem Rzeczypospolitej przed wojskami moskiewskimi i tureckimi. Kiedy Unia Lubelska proklamowała wspólnotę dwóch równorzędnych partnerów – Królestwa Polskiego i Litwy, tacy głosiciele ruskiej tożsamości, jak właśnie Petro Konaszewycz-Sahajdaczny oraz senator Adam Kysil (1600-1653) i metropolita kijowski Petro Mohyła (1596-1647) marzyli (nadaremnie) w I połowie XVII wieku o równości dla Rusi w federacji z Polską. Wśród kandydatur do wspólnego z Ukraińcami panteonu wymienia się niekiedy Symona Petlurę (1879-1926), ukraińskiego przywódcę walczącego o niepodległość Ukraińskiej Republiki Ludowej, który zawarł sojusz z Polską i ofiarnie odpierał latem 1920 roku bolszewicka ofensywę. Zarówno w przypadku Konaszewycza - Sahajdacznego, jak i w przypadku Petlury Polska nie spełniła jednak, z różnych powodów, nadziei pokładanych w niej przez swego ruskiego/ukraińskiego sąsiada (za to ostatnie przepraszał Piłsudski). W okresie międzywojennym Polska nie wywiązała się też z zobowiązania wobec Ententy przyznania Ukraińcom w Polsce, na dawnym austriackim terytorium, autonomii. Zobowiązanie to nie dotyczyło Ukraińców zamieszkałych na byłym rosyjskim terytorium Wołynia.

Na Ukrainie – jak twierdzą Ukraińcy - stosunek do Polaków jest obecnie generalnie pozytywny, a Polska oceniana jako najbardziej przyjaźnie do Ukrainy nastawiony europejski kraj. Rosja w tym rankingu zajmuje miejsce drugie. W Polsce przeważa pogląd, że aby w dłuższej perspektywie utrzymać i umocnić pozytywne wobec Polaków nastawienie na Ukrainie, a dla Ukraińców w Polsce, należałoby nie angażować się zbyt głęboko w bieżące spory polityczne na Ukrainie, szanować wybrane w sposób demokratyczny ukraińskie władze, uniezależnić współpracę gospodarczą i inną od bieżących wydarzeń politycznych na Ukrainie, kontynuować współpracę uczonych, publicystów i dziennikarzy na rzecz poszukiwania wspólnych bohaterów oraz szacunku dla wspólnego dziedzictwa kulturalnego. Ewolucja społeczeństwa ukraińskiego w kierunku zachodnim potrwa długo. Co do tego nie należy mieć złudzeń. Konieczna jest zmiana generacyjna oraz danie młodym pokoleniom ukraińskim szansy zrozumienia autentycznych interesów Europy Środkowowschodniej i Ukrainy jako części Zachodu. W Polsce, w sposób który powinien wynikać z naszych rzeczywistych przekonań, trzeba przy tym w wypowiedziach na tematy polsko-ukraińskie wystrzegać się, mającego niekiedy miejsce, polskiego paternalizmu. Wynikające z historycznych doświadczeń przekonanie części historyków ukraińskich, że terytorium narodowe może być ojczyzną jednego tylko narodu, ulegnie zapewne rewizji w zderzeniu z samą ukraińską rzeczywistością, w której przy różnorodności wśród samych Ukraińców, istnieje konieczność rozsądnego podejścia do mniejszości narodowych zamieszkujących Ukrainę. Wydaje się, że w chwili obecnej nic nie zakłóca zgodnego współżycia narodów zamieszkujących Ukrainę. Odpowiedzią na problemy wynikające z etnicznego zróżnicowania kraju jest budowa społeczeństwa obywatelskiego. Budowa nowoczesnego ukraińskiego państwa narodowego z ideą obywatelską się nie kłóci. Na Ukrainie pamięta się o wielonarodowych dziejach kraju, o długim doświadczeniu radzieckim i znacznej rosyjskiej mniejszości. Budowa społeczeństw obywatelskich w państwach Europy Środkowowschodniej jest gwarancją niedopuszczenia do jakichkolwiek nowych czystek etnicznych, które w rezultacie zewnętrznych intryg i pod wpływem nacjonalistycznych ideologii okazały się niestety możliwe jeszcze pod koniec ubiegłego stulecia na terenach byłej Jugosławii. Czystki etniczne na wiele lat zatruwają normalne relacje między narodami, zdecydowanie utrudniają poszukiwanie wspólnych bohaterów i umacnianie środkowoeuropejskiej tożsamości, a przelana krew na wiele lat przekreśla sens powoływania się na wspólne dziedzictwo. O ile w przypadku Ukrainy dowodzić można, że narracja historyczna oparta na kryterium etnicznym ma jakieś uzasadnienie, to w polityce bieżącej i na przyszłość bardziej właściwe wydaje się być oparcie historiografii nie tylko na argumentacji etniczno-kulturowej, ale także na państwowej, tak jak czynią to na przykład Czesi. Zresztą, polskiej historii, szczególnie tej niedawnej, też nie da się zinterpretować wyłącznie na jednej argumentacji, w tym przypadku - państwowej.Etniczność”w swej skrajne postaci to mit szkodliwy. Tomasz Stryjek uważa, że mimo iż od czasu powstania ideologii narodowych w naszej części Europy minęło ponad sto lat, sytuacja nie zmieniła się na tyle, by jakiekolwiek państwo zrezygnowało z mitów historycznych, stanowiących o tożsamości ich obywateli. Jego zdaniem dla dalszego postępu współpracy międzynarodowej nie jest konieczne zastępowanie narodowych mitów historycznych mitami wspólnymi, chyba że mity narodowe opierają się na zbrodniach, na ideologii która uzależnia realizację interesów jednej grupy od całkowitej eliminacji drugiej. Z tym ostatnim stwierdzeniem trudno się nie zgodzić. Rację ma też Stryjek, gdy pisze, że do pojednania polsko - ukraińskiego nie przyczyniłoby się odwrócenie się Ukraińców od Chmielnickiego i Hruszewskiego i całej tradycji walki o niezależność od Rzeczpospolitej od XVII wieku do 1919 roku. To jest zresztą niemożliwe, niewykonalne i niepotrzebne. Trzeba w tym miejscu koniecznie dodać, że ukraińska tradycja to przecież także wysiłek zmierzający do uniezależnienia się od Rosji, nie tylko od Polski. Wydaje się natomiast, że – myśląc o przyszłym, zgodnym współżyciu i współpracy obu naszych narodów w regionie - nie chodziłoby tu o zastępowanie jednych mitów drugimi, lecz o budowanie nowych, ponadnarodowych, wspólnych mitów, takich które narody połączą. A także o nawiązywanie do tych starych mitów, które nie dzielą nasze narody. Nie jest to łatwe, bo nawet na Ukrainie niektóre mity, które tam funkcjonują, wykluczają się nawzajem. Sama Ukraina ma trudności ze znalezieniem takich bohaterów, którzy bezdyskusyjnie odpowiadali by wszystkim jej regionom; postaci które bohaterami są na zachodzie Ukrainy, nie są nimi na wschodzie. I odwrotnie. Inaczej jest w przypadku Antonowicza. Tacy ludzie jak on stworzyli podwaliny ukraińskiej narodowej ideologii dla całej Ukrainy. Z kolei tacy ludzie jak Hruszewski znaleźli dla tej ideologii sprzyjające warunki na zachodniej Ukrainie. Tam przede wszystkim przyjęła się ona w pełni. A w swej skrajnie prawicowej postaci została przyjęta niegdyś na zachodniej Ukrainie przez znikomy w gruncie rzeczy procent tamtejszego ukraińskiego społeczeństwa. Jej przejściową, niedawno, popularność zawdzięczamy, często bezrefleksyjnie interpretowanej – nieuchronnej i potrzebnej skądinąd - pomarańczowej rewolucji. Polska polityka w czasie pomarańczowej rewolucji była oczywiście słuszna, akceptowana zresztą przez całą polską scenę polityczną, ale ze zrozumieniem procesów, które po niej nastąpiły na Ukrainie było już w Polsce znacznie gorzej. Równocześnie, co uznać można za pewnik, konkurencyjny dla skrajnie prawicowej ideologii mit państwa radzieckiego umiera powoli śmiercią naturalną. Sama Ukraina potrzebuje więc obecnie mitów, które by ją połączyły. Najmniej kontrowersyjnym bohaterem jest tam Taras Szewczenko (1814-1861), który na Ukrainie najczęściej przoduje w rankingach Następni to: I. Mazepa, M. Hruszewski, B. Chmielnicki, Włodzimierz Wielki i S. Petlura. Bohaterem wspólnym naszych narodów mógłby zostać właśnie Taras Szewczenko i zaryzykować można twierdzenie, że tak się od dawna, stopniowo w Polsce dzieje. Jego wiersze tłumaczone są na język polski od 1860 r., a zainteresowanie jego twórczością trwa do dzisiaj i nadal rośnie. Szewczenko w wierszu “Do Polaków”, napisanym w latach 1847-1850, a dedykowanym swemu polskiemu przyjacielowi, Bronisławowi Zaleskiemu nawoływał do wzajemnej zgody;

“Podaj że rękę bracie – Lasze
Miejsce mi w sercu swoim daj
A odzyskamy szczęście nasze
W imię Chrystusa cichy raj”.

Właśnie ten fragment wiersza Szewczenki znalazł się na cokole jego pomnika na warszawskim Mokotowie. W Polsce pomnik Szewczenki stoi także w Białym Borze na Pomorzu. W kilku miejscowościach nadano ulicom jego imię.

Szewczenko negatywnie oceniał Chmielnickiego za jego zabiegi o przyłączenie Ukrainy do Rosji i ugodę perejesławską z 1654 roku. Swój wiersz “Rozkopana Mogiła” (Rozryta mohuta) napisany w 1843 roku zaczyna od słów “Oj, Bohdanku, Nierozumny Synu...”. Wyraża w nim surową ocenę zarówno Chmielnickiego, jak i współczesnych sobie Ukraińców, którzy nie mieli chęci walczyć o niepodległość i łatwo się wynaradawiali. Stwierdza w wierszu, że gdyby Matka Ukraina przewidzieć mogła postępowanie Chmielnickiego, to zabiła by go jeszcze w kołysce. Szewczenko był wizjonerem, a jego przesłanie ważne jest do dziś i na przyszłość. Przytoczmy jeszcze raz, ale nieco większy fragment jego wiersza “Do Polaków” w tłumaczeniu Józefa Łobodowskiego;

“O takto Lachu, druhu-bracie,
Zachłanni księża i magnaci
Rzucili waśń pomiędzy nas,
I przeto minął zgody czas.
Więc podaj rękę Kozakowi
I czyste serce swoje daj!
A wspólnie w imię Chrystusowe
Wskrzesimy znowu cichy raj”.

Wśród polskich przyjaciół Szewczenki obok Bronisława Zaleskiego, znajdujemy nazwiska m.in. Zygmunta Sierakowskiego oraz Edwarda Witolda Żeligowskiego (Antoni Sowa). Warto pamiętać, że na pogrzebie Szewczenki najwięcej zgromadziło się Polaków.

Szewczenko obawiał się słusznie waśni religijnych, które w przeszłości odegrały tak negatywną rolę w relacjach polsko-ukraińskich, a o jego wizjonerstwie świadczą przykłady konfliktów polsko-ukraińskich jakie nastąpiły w okresie międzywojnia, podczas II wojny i po wojnie, w których różnice religijne odegrały istotną rolę. Obecnie, w naszej części Europy Środkowej, musimy uczynić wszystko dla dobra przyszłych pokoleń, aby waśnie na tle religijnym i narodowościowym nie miały już miejsca. Skorzystajmy z przestróg Szewczenki! Jest z tym łatwiej dzisiaj, choćby dlatego, że narodowość w XXI wieku nie kojarzy się już zawsze z religią. Warto zwrócić uwagę, że w Polsce np. w chwili obecnej większość obywateli wyznania prawosławnego przyznaje się do narodowości polskiej. Tak wynika z Narodowego Spisu Powszechnego z 2002 roku. O ile bowiem Białorusinów, Ukraińców, Rosjan i Łemków mamy w Polsce łącznie ok. 92 tysiące, to prawosławnych – 506 tysięcy. Jeżeli przy tym uwzględnimy jeszcze, że nie jest to zbyt dokładne obliczenie (bo wśród Ukraińców, Białorusinów i Łemków są także unici - 53 tysiące, a część z nich należy do jeszcze innych wyznań lub są bezwyznaniowi) to okaże się, że w kraju mamy ponad 400 tysięcy Polaków prawosławnych, należących do polskiej autokefalicznej Cerkwi. Z kolei, co warto badać, na Ukrainie pojawili się Ukraińcy wyznania rzymsko-katolickiego. Rzymskokatolicyzm nie kojarzy się więc tam automatycznie z polskością, a wśród osób deklarujących narodowość polską zdarzają się przypadki innych wyznań. (Podobny proces zachodzi na Białorusi, co należałoby wziąć pod uwagę w relacjach z tym krajem). Polacy w kraju, w większości rzymskokatolicy, przyzwyczajają się już obecnie do sytuacji, gdy ich rodakiem jest osoba innej religii czy innego wyznania lub nawet pochodząca z egzotycznej imigracji. Pozwoli to w przyszłości polskiemu społeczeństwu na lepsze zrozumienie ducha współpracy w Europie Środkowowschodniej, a także w Unii Europejskiej. “Duch” ten przypominać będzie demokrację I Rzeczpospolitej, tyle tylko, że nie będzie to Rzeczpospolita szlachecka, ale społeczeństwo, państwo i sfederalizowana (ewentualnie) Europa Środkowowschodnia w ramach Unii Europejskiej, gdzie wszyscy obywatele są sobie równi.

Dla poważnej części społeczeństw, polskiego i ukraińskiego istotne, zbliżające ich, znaczenie mieć może przypomnienie niektórych starych i całkiem nowych, ale nadal ważnych mitów i wydarzeń historycznych: zwycięstwa grunwaldzkiego oraz głęboko wspólnie przeżywanego przez prawosławnych, unitów i rzymskich katolików kultu Najświętszej Marii Panny. Dla innych niezwykle ważna jest pamięć o wspólnej walce z faszyzmem podczas II wojny światowej, w tym symboliczny moment wyzwalania obozów koncentracyjnych, a jeszcze dla innych - walka z komunizmem. Te wszystkie nurty należałoby potraktować oddzielnie i niezwykle poważnie. Nie da się bowiem “podporządkować” narodu ( w tym przypadku 2 narodów) jednemu, jedynie słusznemu mitowi. Przy czym poszukiwaniu mitów towarzyszyć mogą najróżniejsze pułapki. Tak jest na przykład z historią Polan. W wydanym w ubiegłym roku przez Książkę i Wiedzę, doskonałym skądinąd, leksykonie “Ukraina” Włodzimierza Wilczyńskiego pod hasłem Polanie czytamy: “plemię staroukraińskie, (podkreślenie moje, M.P.) osiadłe nad środkowym Dnieprem; w VI-VII (wieku) wschodni odłam wielkiego związku plemion słowiańskich (odłam zachodni udał się na zachód w kierunku Wisły i Odry, dając później początek narodowi polskiemu; od IX (wieku) podporządkowali sobie Drewlan, Dregowiczów i Siewierzan; tworzyli trzon etniczny Rusi Kijowskiej oraz narodu ukraińskiego”. Hasło w swej treści odzwierciedla poglądy historiograficzne, popularne obecnie na Ukrainie, dotyczące początków narodu ukraińskiego. Na kształt tych poglądów wywarł zresztą wpływ nasz rodak Włodzimierz Antonowicz przez swą symbolikę - “Ukraina-Ruś ”. Hasło Polanie w leksykonie w pierwszym odruchu Polaka zaciekawia, bo Polanom tak wiele przecież zawdzięczamy. Hasło kusi, by zauważyć i podkreślić bliskie, bo od Polan, pochodzenie Polaków i Ukraińców, ale potem przychodzi refleksja; przecież wtedy narodu ukraińskiego jeszcze nie było, a najpierw była Ruś i byli Rusini, bo wschodni Polanie podbici zostali przez szwedzkich Wikingów (Rusów). Dopiero Rusini dali początek narodom: ukraińskiemu, rosyjskiemu i białoruskiemu. Nie mówiąc już o tym, że wielu Rusinów zostało wchłoniętych później przez naród polski. I tutaj wycofujemy się, bo wkroczylibyśmy na teren sporu między historykami ukraińskimi i rosyjskimi. Od ukraińskiego historyka Heorhija Kasjanowa dowiadujemy się, że niedawno powstała trzytomowa pozycja traktująca o stosunkach ukraińsko-rosyjskich w przeciągu tysiąca lat. W pewnym sensie – zauważa Kasjanow - jest to śmieszne, bo jakie mogły być stosunki ukraińsko-rosyjskie w XI lub nawet w XIV wieku? “Stosunki kogo z kim? Państw? Takie państwa wówczas nie istniały, a mieszkańcy tych ziem nie mówili o sobie “Ukraińcy” i “Rosjanie”. Terminologia “Ukraina – Ruś” zakładająca, że to Ukraina jest pierwszym spadkobiercą Rusi Kijowskiej stała się naturalnym poniekąd odreagowaniem tej wersji historii, którą serwowano Ukraińcom w czasach rosyjskich i radzieckich; Ruś Kijowska była państwem rosyjskim, a ich przodkowie buntowali się przeciwko Polsce, bo rzekomo nieustannie marzyli o władzy moskiewskiej. Z kolei wiara, że to przede wszystkim Ukraina jest dziedzicem Rusi Kijowskiej, niesie w sobie ryzyko lekceważenia dziedzictwa I Rzeczpospolitej. Historycy powinni się dlatego starać oddzielać historię od mitów. Mity odbiegają najczęściej w swej relacji od obiektywizmu. Trudno jednak się z nimi rozstać, tymbardziej, że sami historycy różnią się bardzo w przedstawieniu wydarzeń oraz ich interpretacji. Pisząc, prezentują poglądy swych czasów, swych narodów i swych obozów politycznych. W ten sposób rzeczywistość ulega zniekształceniu. Mamy wtedy do czynienia nie z “historią”, lecz z “metahistorią”. Mitów nie da się jednak zwalczyć i prostować. Trudno z nimi polemizować, bo one po prostu funkcjonują i mogą odgrywać w stosunkach między narodami zarówno pozytywną, jak i negatywną rolę, ale na pewno nie należy ich lekceważyć. Nie polemizuje z nimi profesor Timothy Snyder, który uważa, że znalezienie kompromisu między konkurencyjnymi ze sobą mitami narodowymi jest z pewnością ważne w dyplomacji, ale nie posuwa do przodu pracy historyka. Dlatego nie walcząc w Środkowowschodniej Europie z istniejącymi już mitami, bo to zajęcie syzyfowe, tworzyć należy nowe mity i wracać do tych starych, które narody łączą, mając przy tym świadomość, że “historia”powinna być historią, a mity pozostają mitami. Można mieć przy tym cichą nadzieję, że mity negatywne i te, które nie odpowiadają potrzebom współczesności i przyszłości odchodzą powoli w cień, tam, gdzie ich właściwe miejsce.

2. Mniej historii, więcej pragmatyzmu

Wydaje się, że w miarę upływu czasu, znaczenie starych, kontrowersyjnych niekiedy mitów, w kształtowaniu postaw społeczeństw w Środkowowschodniej Europie będzie malało na rzecz bardziej pragmatycznego podejścia w bieżącej polityce do aktualnych potrzeb. To właśnie pragmatyczne podejście, bardziej niż mity, cementować będzie region, a nie go dzielić i skłócać. Nowe pokolenia staną – miejmy nadzieję - ponad różnicami. Z odmiennością naszych spojrzeń na historię (w Polsce i na Ukrainie) będziemy musieli prawdopodobnie żyć jeszcze przez jakiś czas. Czas i tutaj robi swoje; mimo, że nieźle wykształcona, polska młodzież ma już pewne trudności w zrozumieniu polskiej historii i kultury związanej ze wschodnimi terenami byłej Rzeczpospolitej, bo dorasta na nowym terytorium i w nowych warunkach. Czy to dobrze czy źle? Na pewno źle, ale takie są fakty. Powstaną więc zapewne nowe mity. Autentyczne interesy narodów Europy Środkowowschodniej, między Rosją, Niemcami, Turcją i Włochami, narzucać będą konieczność tworzenia nowych mitów historycznych i nowej interpretacji historii, poszukiwania wspólnych bohaterów oraz nawiązywania do tej części wspólnego dziedzictwa, które bezdyskusyjnie akceptowalne jest dla narodów w regionie. Już obecnie “teraźniejszość” wymaga od państw środkowoeuropejskich łagodzenia wszelkich konfliktów w regionie; w tym między katolicyzmem a prawosławiem, między chrześcijaństwem a islamem oraz zwalczania skrajnych postaci nacjonalizmów. W tak rozumianym wspólnym regionie powinno być także miejsce i zrozumienie dla indyferentyzmu religijnego prezentowanego na ogół przez Czechów, bez których trudno sobie wyobrazić Europę Środkową. Interesy lokalne powinny być podporządkowane interesom środkowoeuropejskiej wspólnoty i to dla dobra słabych w pojedynkę narodów. Zasadniczym warunkiem pomyślności naszego regionu jest wejście wszystkich państw Europy Środkowowschodniej do Unii Europejskiej. Taką wolę, gotowość integracji Ukrainy z Unią Europejską oraz zapowiedź dalszych reform, potwierdził niedawno, po raz kolejny zresztą, prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz podczas swej wizyty w Polsce (03-04.2011). Dojdzie wówczas do kolejnego transferu kultury politycznej Zachodu na Wschód. Pierwszy transfer miał miejsce w okresie I Rzeczpospolitej, a drugi w schyłkowym okresie panowania dynastii Habsburgów. Niektórzy widzą możliwość takiego kolejnego transferu już obecnie, przy okazji realizacji Partnerstwa Wschodniego. Dobrodziejstwem swym transfer taki objąć powinien także Ukrainę. Jak twierdzi bowiem historyk ukraiński Jarosław Hrycak, główna różnica między Ukrainą i Rosją nie leży w języku czy kulturze, a w różnych tradycjach politycznych, w różnym typie stosunków pomiędzy władzą i społeczeństwem. Różnica ta wywodzi się z faktu, że w ciągu wieków Ukraina była powiązana z Europą, głównie poprzez spuściznę Rzeczypospolitej”. Równocześnie, jak zauważa Hrycak, radziecki reżim robił wszystko, aby związki z Rzeczpospolitą i Europą zatrzeć: “Nie należy zapominać, że do 1989 roku żelazna kurtyna przechodziła nie tylko przez Berlin – znajdowała się także na Sanie, czyli polsko-ukraińskiej granicy”.

Historyk ukraiński Heorhij Kasjanow uważa natomiast, że politycy powinni umieć zdystansować się od historii i sporów historycznych oraz nie mieszać historii z polityką. Wpisuje się on w ten sposób w nurt myślenia obecny już także w Polsce, że pierwszeństwo w bieżących relacjach między naszymi narodami należy dać pragmatyzmowi. Przyznaje on, że świadomość historyczna narodu ukraińskiego jest niewielka. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest niezbyt pasjonująca nauka historii w szkole. Na początku lat dziewięćdziesiątych wymyślono, że należy uczyć w oparciu o paradygmat narodowy, tymczasem historię Ukrainy trudno omawiać z punktu widzenia narodowego, zwłaszcza po roku 1944, wcześniej – do roku 1939 i po roku 1941 – mieszkańcy zachodniej Ukrainy nie żyli w ZSRR i posiadają inną tożsamość. Stąd już w poszukiwaniu wspólnych bohaterów dla samej Ukrainy powstają kłopoty. “Jedni wskażą na Bohdana Chmielnickiego, tymczasem wiadomo, co się stało po wejściu Chmielnickiego do Lwowa. Jak się do tego ustosunkować?”- pyta Kasjanow. Jeszcze większe komplikacje występują przy próbach wspólnej interpretacji polsko-ukraińskiej historii. Teoretycznie rzecz biorąc - powiada Kasjanow - możliwe byłoby napisanie wspólnego polsko - ukraińskiego podręcznika do historii, ale taki podręcznik, wyczyszczony z różnic nie byłby interesujący. Jeśli jednak nie byłby to podręcznik, lecz próba prezentacji poglądów dwóch stron, byłoby to ciekawe. W takiej książce konieczny byłby pluralizm poglądów. Realizowany jest natomiast ukraińsko-rosyjski projekt, który polega na tym, że Ukraińcy napisali historię Ukrainy po rosyjsku dla Rosjan, natomiast Rosjanie napisali historię Rosji po ukraińsku. Powstały dwa grube tomy. W ukraińskiej wersji są różne warianty historii Ukrainy. Można zapytać w związku z powyższym, czy celowa byłaby próba podjęcia podobnego projektu w relacjach polsko-ukraińskich? Już podany wcześniej przykład hasła “Polanie” świadczy o tym, że mogło by się to okazać trudne do realizacji, chociaż nie można zupełnie wykluczyć celowości realizacji takiego pomysłu.

Mówimy słusznie, że Polacy, Litwini, Białorusini i Ukraińcy są sukcesorami I Rzeczpospolitej. Było to więc też państwo Rusinów, a właściwie ich szlachty. Nie było natomiast państwem ruskich chłopów, bo takim nie było także dla chłopów polskich, którzy uciekali na Ukrainę przed uciskiem pańszczyźnianym i współtworzyli przyszły naród ukraiński (podobnie jak chłopi - uciekinierzy z Rosji. Nie zapominajmy przy tym, że ponad 100 lat na zachodniej Ukrainie “panowali” Austriacy, nieco krócej Węgrzy, a na wschodniej jeszcze dłużej - Rosja i Związek Radziecki. Polskie interpretacje relacji polsko-ukraińskich różnić się więc muszą zarówno od tych na wschodniej, jak i od tych na zachodniej Ukrainie. Poszukując wspólnych bohaterów, mitów i wspólnego dziedzictwa należy pamiętać, że dla większości obywateli Ukrainy ocena okresu rosyjskiego i radzieckiego różni się znacznie od przeważającej w Polsce (i na zachodniej Ukrainie). Podobnie jak Prusy i Austria, imperium rosyjskie przez ponad 100 lat karmiło się trupem I Rzeczpospolitej. Ostatecznie potrawa okazała się dla tych państw niestrawna. Dla większości Ukraińców związki Ukrainy z Rosją i ze Związkiem Radzieckim są silniejsze od związków z Rzeczpospolitą, przede wszystkim dlatego, że bardziej świeże. W ukraińskiej historiografii rosyjskie imperium przedstawiane jest co prawda, jako imperium, które niszczyło ukraińskość, ale uważa się równocześnie, że to dzięki niemu powstały na Ukrainie uniwersytety i wykształciła się inteligencja, która przeprowadziła ukraińską rewolucję w roku 1917. Wbrew swej woli rosyjskie imperium było więc inkubatorem narodów. “Centrum ukraińskich ruchów znajdowało się właśnie w Petersburgu, a nie w Kijowie, w tym jugo-zapadnym kraju, który do XIX wieku znajdował się pod polskim wpływem kulturowym” uważa Kasjanow. W ukraińskich podręcznikach do historii tekstów wprost antyrosyjskich nie ma. Natomiast zdarzają się antypolskie, antytureckie czy antysemickie. Ukraińcy nie zapominają przy tym, że terytorium dzisiejszej Ukrainy (w tym granica zachodnia i Krym) uformowane zostało w czasach ZSRR. Nie oznacza to, że Ukraińcy pragną przywrócenia ZSRR, ale przyznają, że jakkolwiek było to państwo autorytarne, to tworzono w nim dobrą literaturę i sztukę, budowano szkoły i przedszkola.> Z tymi poglądami nie wszyscy jednak zgadzają się na Ukrainie, inaczej też rozkładane są akcenty. 17 września 2009 roku, w 30 rocznicę inwazji radzieckiej na Polskę, lider Partii Regionów Wiktor Janukowycz oświadczył (przed wyborami prezydenckimi), że było to spełnienie marzeń Ukraińców o zjednoczeniu Ukrainy. Jego zdaniem, spełniło się w ten sposób marzenie Szewczenki. Tymczasem lider ukraińskiej partii nacjonalistycznej Oleh Tiahnybok ocenił, że takie “zjednoczenie” zakończyło się klęską i prześladowaniem Ukraińców przez radzieckie władze. Żadne z tych dwóch polityków ukraińskich nie zauważył przy tym, że Armia Czerwona złamała pakt o nieagresji, realizując ustalenia paktu Ribbentrop – Mołotow. Co bardzo zastanawiające i pocieszające zarazem, omawiając tę samą rocznicę rosyjska “Nowaja Gazieta” zamieściła artykuł Natalii Lebiediewej, w którym krytykuje ona “zjednoczenie” jako IV rozbiór Polski.

Co do uwag Kasjanowa odnośnie uniwersytetów, to z polskiego punktu widzenia można by przedstawić nieco inną interpretację. Na początku XIX wieku w całej Rosji było więcej szlachty identyfikującej się z kulturą polską niż szlachty rosyjskiej. Więcej poddanych cara umiało czytać po polsku niż po rosyjsku (w Rosji panował analfabetyzm nie tylko wśród chłopstwa, a duchowieństwo prawosławne było niewykształcone). Polscy arystokraci i polska szlachta miała w Rosji olbrzymie wpływy; np. książę Adam Czartoryski był bardzo ważną osobą na dworze Aleksandra I jako m.in., przez pewien czas, minister spraw zagranicznych. Co się tyczy natomiast uniwersytetów, to po założeniu w Polsce Uniwersytetu Krakowskiego w roku 1364, w Rosji przez kilka jeszcze wieków nie było żadnego. Dopiero w 1755 roku w Moskwie założył Uniwersytet Łomonosow. Uniwersytet Wileński powstał w I Rzeczpospolitej w roku 1579 (reaktywowany w roku 1803 przez cara Aleksandra I jako uniwersytet z polskim językiem wykładowymi, był największym uniwersytetem carskiej Rosji). Akademia Zamojska, wyższa uczelnia, założona została w w 1594 roku – też wcześniej niż w Moskwie (zamknęli ją Austriacy w roku 1784). Ponadto, na terytorium I Rzeczpospolitej powstała we Lwowie w 1661, a więc też wcześniej niż w Moskwie, Akademia z nadania króla polskiego Jana Kazimierza, która uzyskała prawa uniwersyteckie w 1784 roku, już za czasów austriackich. Uniwersytet w Charkowie (z katedrą języka polskiego) założony został w 1804 roku a jego powstanie wspierał polski kurator – Seweryn Potocki. To z tego uniwersytetu pochodziły najwcześniejsze przejawy ukraińskiego patriotyzmu głoszonego przez rosyjskich poddanych w latach 20. i 30. XIX wieku. Do roku 1918 pracowało na nim łącznie 40 polskich profesorów i studiowało wielu Polaków. Uniwersytet Kijowski, na którym wykładał Antonowicz, a który ukończył m.in. historyk i pierwszy prezydent Ukrainy Hruszewski, powstał w 1834 roku z wykorzystaniem kadr polskiego pół-wyższego Liceum Krzemienieckiego, które reprezentowało niezwykle wysoki poziom. Uniwersytet Warszawski powstał co prawda za czasów carskich w roku 1816, ale z polskiej inicjatywy, a za swą poprzedniczkę miał Szkołę Rycerską, która założona została w roku 1765. Uniwersytet Warszawski powstał z połączenia 2 Szkół założonych w Księstwie Warszawskim (“za Napoleona”, 1807-1815): Szkoły Prawa i Nauk Administracyjnych (1808) oraz Szkoły Lekarskiej (1809). Na powstałym wówczas Uniwersytecie Warszawskim kadra była polska. Podczas I wojny światowej Uniwersytet Warszawski przeniesiony został do Rostowa na Donem. Można więc mówić o polskim wkładzie w kulturę i naukę rosyjską; rozwój nauki i kultury rosyjskiej w drugiej połowie XIX wieku odbywał się w niezwykle przyśpieszonym tempie. Pośrednio też, m.in. poprzez ośrodki akademickie w Kijowie i we Lwowie, Polacy przyczynili się do powstania ukraińskiej narodowej inteligencji. Inna sprawa, którą trzeba przy okazji koniecznie podkreślić, to olbrzymi wkład samych Ukraińców w rozwój Rosji; jej naukę, kulturę, administrację i wojsko. Dopiero w XIX wieku coraz bardziej narodowo świadoma ukraińska elita dochodziła bardzo powoli do przekonania, że służba dla Rosji nie leży w interesie Ukraińców (i nie leżała też w polskim interesie, ale to temat oddzielny).

Za pewne podsumowanie dyskusji na tematy polsko-ukraińskie można by uznać wypowiedź w dwumiesięczniku “Nowa Europa Wschodnia” Igora Ksenicza, absolwenta Instytutu Wschodniego oraz Wydziału Prawa i Administracji UAM: “Obecnie najważniejszą kwestią dla dialogu polsko-ukraińskiego jest to, by nie został on zawłaszczony przez środowiska skrajne, a te niestety – coraz częściej przebijają się do mediów. Żaden z uczestników dyskusji nie przypomniał ważnego gestu – w 2005 roku symbolicznego aktu pojednania dokonały Cerkiew greckokatolicka i Kościół rzymskokatolicki. Miejmy nadzieję, że z czasem, gdy temperatura dyskusji opadnie, a Ukraińcy okrzepną jako naród polityczny, taki gest będzie możliwy również na poziomie rządów”. Do podsumowania tego można dodać, że wiele jest jeszcze do zrobienia na poziomie społeczeństw, choć dla łagodzenia sporów same gesty rządowe też mają istotne znaczenie. W liście opublikowanym 26 czerwca 2005 roku biskupi grekokatoliccy na Ukrainie i rzymskokatoliccy w Polsce dokonali aktu wzajemnego wybaczenia. Podobnie jak początkowo słynny list biskupów polskich do biskupów niemieckich, list ten spotkał się z krytyką części polskich środowisk, które uznały, że np. na Wołyniu nie było bratobójczych konfliktów między Polakami a Ukraińcami, lecz jednostronna rzeź bezbronnych Polaków. Polemiści po stronie ukraińskiej wskazują z kolei, że do roku 1938, kiedy to odwołany został z Wołynia wojewoda Henryk Józewski stosunki polsko-ukraińskie były tam co najmniej poprawne. Podpierają się przy tym autorytetem amerykańskiego historyka Timothy Snydera, który napisał: “Ostry kurs władz polskich po jego odejściu – na czele z bezmyślnym paleniem cerkwi – był strasznym błędem. Zaczęto Ukraińcom wbijać do głowy, że ich największym wrogiem nie są Sowiety, ale właśnie Polska. To również jest bardzo ważne dla zrozumienia rzezi na Wołyniu”. List biskupów polskich do niemieckich spełnił jednak swą pozytywną rolę, być może taką rolę spełni także w perspektywie historycznej akt pojednania Cerkwi greckokatolickiej i Kościoła rzymskokatolickiego. Jednak akt ten nie zamyka wrażliwych dyskusji polsko-ukraińskich i poszukiwań poprawy wzajemnych stosunków. Przeprowadzone w 1943 r. czystki etniczne na Wołyniu oznaczały nie tylko usunięcie z tych ziem Polaków, ale także swoisty sojusz grekokatolików z prawosławnymi przeciw katolikom. Z kolei czystki etniczne w południowo-wschodniej Polsce po wojnie nie były jedynie akcją podejmowaną przez Polaków przeciwko Ukraińcom, ale działaniem rzymskich katolików wymierzonym zarówno w grekokatolików jak i ludność prawosławną. Zakładano przy tym błędnie, że zarówno grekokatolicyzm, jak i prawosławie są wyznaniami ukraińskimi. Na Ukrainie – trzeba w tym kontekście sobie uświadomić - do tradycji unickiej przyznaje się obecnie zaledwie 4 miliony osób, wobec ogólnej liczby Ukraińców bliskiej 50 milionów. Na Wołyniu do “akcji” przeciwko Polakom dali się namówić prawosławni, więc podobnego aktu wybaczenia, jak między Kościołami rzymskokatolickim i Cerkwią greckokatolicką, można by oczekiwać między Kościołem rzymskokatolickim w Polsce a ukraińską Cerkwią prawosławną. Przy rozbiciu prawosławia na Ukrainie na kilka cerkwi, chodzi o tę, której obecnie podlegają prawosławni na Wołyniu. Przy wszystkich swych niedostatkach, takie akty pojednania między kościołami mają swe wyjątkowe zalety, bo docierają nie tylko do elit, ale przede wszystkim do większości ludzi wierzących, czy też związanych mniej lub bardziej z określoną tradycja religijną.

Nie oznacza to przy tym wcale, że pojednanie międzyreligijne zakończy polsko-ukraińskie dyskusje. Chodzi tu więc także o poglądy na te sprawy ugrupowań politycznych w obu krajach. W okresie międzywojnia, traktowano w Polsce słowiańskie mniejszości jako surowiec etniczny możliwy do zasymilowania. Zdaniem Snydera, jeszcze zanim w 1943 r. zaczęły się, dokonywane przez Ukraińców, masowe mordy na Polakach, polscy nacjonaliści marzyli o wypędzeniu z Polski wszystkich Ukraińców. Po wydarzeniach 1943 r. polscy politycy pozostałych orientacji doszli do takiego samego wniosku, że wygnanie stanowi jedyną alternatywę wobec oddania Ukraińcom Galicji i Wołynia. Podobnie jak w Polsce, także w Czechosłowacji, ów sposób myślenia obejmował wtedy całe polityczne spektrum, od prawicy po skrajną lewicę (chodziło o wysiedlenie Węgrów i Niemców). Polska oraz inne państwa regionu stawały się w ten sposób (poprzez przesiedlenia i czystki etniczne) państwami narodowymi. Snyder zauważa przy tym, że to co się wydarzyło na Wołyniu było nieporównywalnie straszniejsze niż akcja “Wisła”. Dodajmy, że to co się wydarzyło na radzieckiej Ukrainie było także nieporównywalnie straszniejsze niż akcja “Wisła”. Wtedy, w latach 1932 - 1933, co najmniej 4,5 miliona mieszkańców radzieckiej Ukrainy zmarło w czasie Wielkiego Głodu, a dziesiątki tysięcy wykształconych Ukraińców, włączając czołowe postaci odrodzenia kulturalnego lat 20. XX wieku wymordowano w ramach czystek pod koniec lat 30.

O ile po roku 1970 zaczęło zanikać w Polsce poczucie zagrożenia ze strony Niemiec, to w dalszym ciągu pozostał w Polsce lęk przed Ukraińcami. Dopiero Solidarność przyczyniła się do zmiany tego nastawienia. Ważną rolę odegrało tutaj posłanie związku zawodowego “Solidarność” do narodów całego obozu socjalistycznego, który to gest doceniono na Ukrainie. Wydaje się, że był to pewien początek, który oznaczał, że nowoczesna polska narodowość nie musi wiązać się z wrogością wobec Ukrainy, a nowoczesna ukraińska narodowość nie musi oznaczać wrogości wobec Polski. Polski senat w czerwcu 1990 r. wystosował przeprosiny za akcję “Wisła”. Polscy senatorowie byli rozczarowani, kiedy ukraiński parlament w swej odpowiedzi z października 1990 r. nie zawarł podobnych przeprosin za wołyński terror z 1943 r. Odpowiedź ukraińskiego parlamentu brzmiała tak, jak gdyby to stalinizm był winien całego zła, które spadło na oba społeczeństwa – takiej wersji Polacy nie mogli przyjąć.

W tych uwarunkowaniach skuteczna okazała się polska polityka zagraniczna prowadzona w latach 1989 – 1993 przez ministra Krzysztofa Skubiszewskiego, który nawiązując do dorobku Giedroycia i Mieroszewskiego, wniósł swój istotny wkład do koncepcji polskiej polityki wschodniej. Jak pamiętamy, Józef Piłsudski pragnął, nawiązując do idei jagiellońskiej, stworzyć federację, w skład której wejść miały Litwa, Białoruś i Ukraina. Federacji tej patronować miała polska kultura przyjęta za swoją przez elity tych krajów. Plany te nie mogły zostać zrealizowane, m.in. dlatego, że nie uzyskały akceptacji właśnie tych elit. Natomiast Giedroyć i Mieroszewski otworzyli Polaków na w pełni nowoczesny świat państw narodowych. Takim państwem stała się suwerenna Polska. I takimi państwami stać się miały: Ukraina, Litwa i Białoruś. Program paryskiej “Kultury” uznać można za uwspółcześniony federalizm – o ile akceptuje się, że współpraca ze wschodnimi sąsiadami to kwestia stosunków między zaprzyjaźnionymi państwami i że uznanie tych państw wymaga od Polski rezygnacji z terytorialnych ambicji i dawnej wizji federalistycznej. Federalizm Giedroycia i Mieroszewskiego zakładał współczesną narodowość, był przystosowaniem się do nowoczesności. Przyznawał, że misja polska wobec wschodu jest anachronizmem, a polska kultura nie połączy regionalnych elit. Chodziło natomiast o wspieranie państw narodowych między Polską a Rosją oraz sojusz Polski z tymi państwami narodowymi. Z powojennego porządku stworzonego przez Stalina i aliantów, program Mieroszewskiego wywiódł trwałość i celowość państwowych granic, nakreślonych w oparciu o kryteria narodowe. Według tej koncepcji, Europa Środkowowschodnia powinna się składać z dobrowolnie współpracujących ze sobą państw narodowych. Skubiszewski, podobnie jak Giedroyć i Mieroszewski uważał, że nadrzędną wartością pozostaje raczej państwo polskie niż polski naród, a właściwym punktem odniesienia nie jest przeszłość, lecz przyszłość: “Wszakże historia nie jest i być nie może czynnikiem rozstrzygającym o poglądzie na dzisiejszą rzeczywistość i decydującym o jej kształtowaniu”. Wizję “Kultury” Skubiszewski uzupełnił praktycznym zastosowaniem prawa międzynarodowego jako narzędzia doraźnego podejmowania działań i pierwszy krok do rozwiązania problemów narodowych odziedziczonych z przeszłości. Był przekonany, że jeśli Polska ma dołączyć do zachodnich instytucji, musi rozwiązać problemy wschodnie.(Ze strony zachodnich instytucji warunkiem przyjęcia Polski było ułożenie dobrych stosunków z sąsiadami). Przy czym kształt granic nie podlegał żadnej dyskusji, a regulacje dotyczące istniejącego terytorialnego stanu rzeczy muszą poprzedzić debatę historyczną. Polityka Skubiszewskiego okazałą się w tych warunkach skuteczna nie dlatego, że próbowała rozwiązać spory historyczne, ale dlatego, że zakładała, iż regulacje prawne powinny poprzedzać próby uporządkowania kwestii historycznych. Ukraińscy działacze narodowi mogli zaakceptować zasadę “prawo przed historią” dzięki wcześniejszym kontaktom z “Solidarnością” w latach osiemdziesiątych i od roku 1989 – współpracy z nową Polską. Jest dlatego zrozumiałe, że polsko-ukraiński traktat z maja 1992 nie wymagał, i nie przyniósł, zgody co do lat czterdziestych. Dzięki myśli politycznej Giedroycia, Mieroszewskiego i polityce zagranicznej Skubiszewskiego, polską debatę na tematy ukraińskie zdominowało przekonanie, że Ukraina, Białoruś i Litwa są równorzędnymi z Polską państwami narodowymi i że istnienie tych państw leży w polskim interesie oraz że przyszłe interesy powinny wziąć górę nad historyczna niezgodą. Ważną częścią składową tej polityki jest także pogląd, że zarówno na Ukrainie, jak i Białorusi oraz na Litwie polskie mniejszości powinny się uważać za obywateli państw, w których zamieszkują. Prosił o to prezydent Lech Wałęsa podczas swych wizyt w tych państwach. Najnowsze relacje polsko-ukraińskie przechodzą przez kolejne etapy. Początkowo Polacy i Ukraińcy zgodzili się pozostawić historię historykom. Później, po rozwiązaniu kwestii państwa, mniejszości i uznania granic powrócili do dyskusji nad historią. Obecnie, nie rezygnując z debat historycznych, pojawia się postulat równoczesnego rozwijania stosunków w oparciu o pragmatyczne podejście do bieżących spraw i bieżącej polityki, z myślą o wspólnych interesach i o przyszłości. Wszystko to świadczy o głębokości polsko- ukraińskiego zbliżenia. Z horyzontu polsko-ukraińskich relacji nie może też zniknąć niewielka ukraińska diaspora w Polsce (ani mniejszość polska na Ukrainie); profesor Snyder ze zdziwieniem zauważa, iż “nacjonalizm jawi się współcześnie jako główny nurt ukraińskiego życia politycznego w Polsce, co nigdy wcześniej nie miało miejsca”. 19 lutego br. media doniosły, że prezydencji Polski i Ukrainy, Bronisław Komorowski i Wiktor Janukowycz uczczą latem polskie ofiary zbrodni w Ostrówkach na Wołyniu oraz Ukraińców, którzy zginęli we wsi Sahryń na Lubelszczyźnie. Ustalenia te zapadły podczas niedawnych rozmów obu prezydentów w Warszawie. Nie będzie chyba dla wszystkich zaskoczeniem taki rozwój wydarzeń, w którym to co nie udało się osiągnąć w relacjach polsko-ukraińskich z politykami pomarańczowej rewolucji, uda się dzięki prezydentowi Janukowyczowi - politykowi Partii Regionów, z Ukrainy wschodniej.

Na przyszłość, korzystnie na rzecz polsko-ukraińskiego zbliżenia na poziomie społeczeństw działać powinien fakt podejmowania w Polsce pracy na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat przez setki tysięcy Ukraińców. Ważne jest z jakimi doświadczeniami i wrażeniami wracają oni na Ukrainę, a jeszcze bardziej ważne z jakimi wrażeniami pozostają na stałe w Polsce. W Polsce pracuje obecnie nielegalnie od 300 do 500 tysięcy cudzoziemców, z tego większość to Ukraińcy. Ilu ich jest dokładnie, dowiemy się być może dzięki Narodowemu Spisowi Powszechnemu, który odbędzie się w dniach od 1 kwietnia do 30 czerwca br. Większość z nich wjechała do naszego kraju legalnie, a dopiero później ich status się zmienił. Równocześnie, w połowie bieżącego roku, pod obrady Sejmu wejdzie prawdopodobnie, oczekiwany od dawna przez obcokrajowców pracujących nielegalnie w Polsce, rządowy projekt zmian w ustawie o cudzoziemcach. Zmiany te mają ułatwić cudzoziemcom pobyt i jego legalizację. Nowelizacja ustawy o cudzoziemcach wybiegać powinna w swych założeń daleko w przyszłość, zważywszy sytuację demograficzną Polski; w opinii wielu prognostyków w latach 2015 – 2030 zabraknąć może w Polsce rąk do pracy. Zbliżeniu naszych narodów służyłoby także uruchomienie kontaktów i wymiany poglądów między bliskimi ideologicznie partiami, polskimi i ukraińskimi. Kontakty takie są równocześnie dialogiem między elitami, jak i między społeczeństwami. Ważną rolę mogą tu odegrać polscy ludowcy, którzy znajdowali często w przeszłości wspólny język z “chłopskimi” narodami: ukraińskim, białoruskim, słowackim i czeskim. Wydaje się, że w tym celu należałoby wydobyć z historycznego zapomnienia np. tych Ukraińców, którzy działali w polskim ruchu ludowym w okresie międzywojnia i którzy często zapłacili za to później najwyższą cenę. Inny ważny temat, zawsze wart podniesienia, to udział Ukraińców w polskim wysiłku zbrojnym podczas II wojny; w kampanii wrześniowej, w polskiej armii na Wschodzie oraz polskiej armii na Zachodzie. Można wyrazić nadzieję, że już teraz - mimo oczywistych różnic w interpretacji polsko-ukraińskiej historii – takie postaci jak Taras Szewczenko i Włodzimierz Antonowicz mogłyby stać się naszymi wspólnymi bohaterami. Niewykluczone też, że już w niedalekiej przyszłości, właśnie w dobie coraz większego pragmatyzmu, uda się nam wyłonić wspólnych bohaterów również z pośród osób nam współczesnych i stworzyć nowe, wspólne mity oraz w miarę zgodnie interpretować historię. Ważne jest przy tym i to, że aktualnie piszemy wciąż nowe, pokojowe rozdziały w historii naszych narodów. Takim nowym, optymistycznym rozdziałem jest np. wspólna organizacja mistrzostw Europy w piłce nożnej – Euro 2012, będąca – dzięki m.in. inwestycjom - kolejnym krokiem Polski i Ukrainy ku nowoczesności. Polska i Ukraina potrzebują zbliżenia, podobnie jak inne, zwaśnione do niedawna narody regionu. Przy czym, na szczęście, Polska, Ukraina i inne kraje sąsiedzkie mają większe szanse na szybkie zbliżenie niż zwaśnione - nie zawsze ze swej winy - narody byłej Jugosławii, które pod koniec XX stulecia doświadczyły przelewu krwi i wielu tragedii. Może i one jednak znajdą także drogę do pojednania?! Droga ta wiedzie przez nowoczesny świat współpracujących ze sobą na zasadach partnerskich państw narodowych, przez społeczeństwa obywatelskie i przynależność do Unii Europejskiej. Pojednanie takie potrzebne jest Europie Środkowowschodniej i całej Europie. Natomiast w naszym najbliższym otoczeniu, między Rosją a Niemcami, przeszliśmy koniec XX stulecia pokojowo, a to dzięki odcinającym nas od przeszłości koncepcjom Giedroycia i Mieroszewskiego oraz idącej tym śladem polityce zagranicznej Skubiszewskiego. Powinniśmy myśleć o przyszłości, z myślą o niej poszukujmy wspólnych bohaterów i nawiązujmy do wspólnego dziedzictwa. A z uwagi na różnice, rozwiązujmy bieżące problemy w sposób pragmatyczny. Te nasze pozytywne doświadczenia mogą być właściwą podpowiedzią również dla Bałkanów.