Rolnictwo jako lokomotywa gospodarcza - pro memoria

 

Rolnictwo to dziedzina gospodarki, bez której nie może obejść się żadne cywilizowane państwo świata. Są państwa, które ze względów klimatycznych, lub braku odpowiednich warunków, czyli ziemi do produkcji rolnej nie powinny zajmować się rolnictwem. Wydawać by się mogło, że przyczyny zaniechania są obiektywne a decyzje ekonomicznie uzasadnione. Takie przykładowe ekstrema stanowią dwa państwa o najwyższym stopniu uprzemysłowienia. Z tej racji, jak by się mogło wydawać, państwa te stać było by na realizację neoliberalnego postulatu głoszonego przez rodzimych speców od neoliberalizmu - że wszelka produkcja. która będzie zbyt droga zostanie zaniechana, a produkty tańsze kupimy sobie u tych, co produkują taniej. Wszak nie mieściło się w głowach (przynajmniej niektórych), że państwa te mogą uzyskać mniejsze koszty produkcji, niż kraje z odpowiednimi warunkami do tej produkcji.

Z tą tezą nigdy nie zgadzaliśmy się, podobnie jak z zaaplikowanymi zasadami gospodarki. Po latach okazało się, że mamy rację. I dalibóg mówię to bez żadnej satysfakcji, albowiem bezpowrotnie zmarnowaliśmy cenny czas na bezsensowne udowodnienie rzeczy oczywistych, ale wracając do wspomnianych państw. Dwie gospodarki: japońska i holenderska to organizmy funkcjonujące pod rygorami krańcowo różnych systemów gospodarczych. System japoński to Keiretsu, zaś holenderski to system kontynentalny - holenderska wersja niemieckiej Społecznej Gospodarki Rynkowej. Ziemię Japończyków Pan Bóg obdarował skalistym obliczem, a Holendrzy mieli więcej wody niż lądu. Gdyby w tych krajach obowiązywała polska wersja kapitalizmu to Japonia była by jednym wielkim kamieniołomem, a Holandia - aż strach myśleć, ale na pewno pod rządami ekonomii Balcerowicza nie była by potęgą rolniczą. Tymczasem w skalistej Japonii szczupłość dóbr rzadkich (ziemi uprawnej) spowodowała, że intensywne prace nad rozwiązaniem problemów wyżywienia społeczeństwa zaowocowało opracowaniem technologii zwanej hydroponiką. Hydroponika to kultura wodna – bezglebowa uprawa roślin na pożywkach wodnych, umożliwiająca produkcję roślinną w sztucznych warunkach na skalę przemysłową, głównie w szklarniach, szczególnie przydatna do uprawy warzyw i kwiatów. Natomiast składająca się z kawałka lądu i Bóg wie z ilu wysepek maleńka Holandia jest trzecim światowym (po Stanach Zjednoczonych i Francji) eksporterem żywności!

O ile dokonania Japończyków czy Holendrów budzą podziw i szacunek na całym świecie, o tyle poglądy naszych niedouczonych neoliberałów są nie tylko z gruntu fałszywe, ale śmiertelnie niebezpieczne dla gospodarki, albowiem za pomocą arbitralnie głoszonej doktryny zabijają w społeczeństwie aktywność inicjatywną. To prosta droga do społecznego skrzywienia nazywanego konsumpcjonizmem, jak słusznie określiła pani prof. L. Oręziak, która prowadzi do formy ekonomicznego niewolnictwa, zaś twórca zasad gospodarki kapitalistycznej A. Smith w swoim dziele Bogactwo narodów, konsumpcjonizm uważał za najpotężniejszego wroga stabilnego wzrostu gospodarczego. Z tego wynika, że opowieści naszych dyżurnych naukowców o bezsensie naszej produkcji rolnej są powiedzmy delikatnie grubym nieporozumieniem, albo głupcami są Japończycy, Holendrzy, A. Smith, pani prof. L Oręziak, że o innych nie wspomnę.

Niestety, owoce fatalnej demoralizacji społeczeństwa wiejskiego spowodowane tzw. dopłatami unijnymi są już faktem. Rolnik który zawsze był ikoną pracowitości, dziś nie robi bo nic, bo się nie opłaci. Egzystuje i narzeka, że mu mało płacą. Niestety polskie gospodarstwa rolne w ogromnej większości to gospodarstwa gospodarki ekstensywnej. Jeżeli do tego dołożymy wsie popegeerowskie, otrzymamy pełny obraz zdemoralizowanej wsi. Wszak słuchać było głupawe gadanie w TV dyżurnych speców od wszystkiego, oskarżających byłych pracowników PGR-ów o indolencję i brak inicjatywności. Tej inicjatywności, która wcześniej została przez władze unicestwiona. Po drugie, skąd robotnik rolny, który całe życie przepracował w PGR, miał mieć pojęcie o możliwościach potencjału, jakim był ów PGR. Kto mu pomógł wyjść z zaklętego kręgu niemożności? Nikt! Skutek: kolejne pokolenie bezrobotnych – trwale bezrobotnych przyzwyczajonych do roszczeń i odwykłych od pracy. Oto Polska odmiana konsumpcjonizmu.

Przygotowując poprzedni materiał o budżecie państwa nie odniosłem się do problemów rolnictwa, które w Polsce generuje straty! To kolejny fenomen nieznany w cywilizowanym świecie. Państwo woli płacić za rezygnację z produkcji niż dążyć do jej intensyfikacji. Nie słyszałem we współcześnie obwiązujących zasadach ekonomii o takich praktykach. Dlaczego państwo rezygnuje z ogromnego własnego potencjału ekonomicznego? Dlaczego zezwala na marginalizację ważnej gałęzi gospodarki narodowej, skazując ludzi na demotywujące bezrobocie? Wszak szeroko rozumiane rolnictwo w każdym kraju jest jedną z lokomotyw napędzających gospodarkę. Nasza lokomotywa gospodarcza bezużytecznie stoi i rdzewieje na bocznym torze, bo po okrągłym stole rządzącym bardziej śpieszyło się do przywilejów władzy niż do zajmowania się jakimiś rolnictwem, o którym choć wielu było ze wsi, nie miało zielonego pojęcia. Podobnie jak o innych dziedzinach gospodarki, której potencjał udało im się zmarnować.

Mówiąc o “NICH” nie mówię dlatego, że przyszedł czas rozliczenia balcerowiczopodobnych “ekonomistów”. To efekt własnych praktycznych doświadczeń w życiu gospodarczym. Nie kontestowałem minionego systemu, owszem z podziwiałem i uznaniem kwitowałem niewątpliwe osiągnięcia polskiej gospodarki szczególnie w okresie rządów Edwarda Gierka i Piotra Jaroszewicza. Nie byłem członkiem PZPR ani przedstawicielem wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, ani “solidarności” Uważałem że biznesowi klasy średniej polityka do niczego nie jest potrzebna. Budowałem swój własny kapitalizm w zakładach spółdzielczych lub instytucjach dopuszczających formę ajencji. Skutek tych praktyk gospodarczych był taki, że kupiłem (po zdobyciu stosownych uprawnień) niewielki 2 hektarowy mająteczek nieopodal Warszawy i w myśl tamtych przepisów uzyskałem status rolnika. Założyłem kontraktowaną plantację truskawek i malin, bo właśnie w Skierniewicach otwarto ogromną przetwórnię owoców i warzyw. Po dwóch latach, w celu powiększeniach plantacji dodatkowo wydzierżawiłem od gminy 5 ha. Kiedyś nie było agencji nieruchomości rolnych. Nikt rolnikowi nie kazał stawać do przetargu. Nikt nie handlował ziemią ani nie oddawał jej kościołowi, to współczesny wynalazek. Rolnik tej gromady dostawał ziemię w dzierżawę z możliwością pierwokupu. Niestety moja przygoda z Hortex-em była dość krótka, bo była to druga połowa lat siedemdziesiątych, końcówka prawdziwego gierkowskiego Klondike na polskiej wsi.

Potem, ktoś to wszystko zniszczył… Na wsi zawrzało. Na gruncie protestu środowisk wiejskich wobec polityki państwa dotyczącej rolnictwa, powstał ruch “Samoobrona”, prowadzona przez Andrzeja Leppera. O horrorze rolników za pierwszego Balcerowicza wspominać nie będę, znamy go wszyscy. Osobiście na całe dziesięciolecia pożegnałem się z produkcją rolną. Na wieś wyprowadziłem się już po przejściu na emeryturę. Przeraża widok nieuprawianych pól, przeraża marnowany potencjał. Przeraża brak chęci już nawet nie znalezienia, ale podjęcia dochodowych tematów produkcji. Chłopi po prostu nie są, jak dawniej, zainteresowani pracą, zyskiem, rozwojem. Wszechogarniający marazm, niechęć do wszelkich inicjatyw, brak inwestycji w sprzęt i osprzęt. Ten używany dawno powinien być na złomie, ale jeszcze… I co najgorsze ludzie ci nie mają żadnych oczekiwań. Zostawieni sami sobie, trwają, po prostu trwają, z dnia na dzień, wyprani z naturalnego przecież dążenia do lepszego bytu. Pozbawieni nadziei, wszak nikt nie chciał ich pomysłowości, zaradności, przedsiębiorczości i inicjatywności. Udało się propagandzie wpoić im, że nic się nie opłaca.

Zostało popełnione morderstwo, zamordowano mentalność, złamany został moralny kręgosłup i sponiewierany etos rolnika. Dzieje się to w czasach, w których ludzie zaczynają odchodzić od zakupu świństw produkowanych m.in. przez zagraniczne koncerny. Wiadomo, że nikt na świecie nie wyprodukuje nic tańszego i nic gorszego niż właśnie oni. Dowcip polega na tym że polskie rolnictwo może być nie tylko konkurencyjne, ale może być śmiertelnym zagrożeniem dla tych ancymonków, którzy potrafią np. wyprodukować i sprzedać coś z niczego. Europa, a coraz częściej średnio zamożni Polacy zaczynają sięgać po relatywnie drogie, ale o wspaniałym smaku i najwyższej jakości wyroby polskie, tradycyjne - wiejskie. W tradycyjnej produkcji wiejskiej masy mięsnej ubywa nawet do 30% . Wyroby wiejskie tym się różnią od wyrobów “przemysłowych”, że w produkcji przemysłowej z 1kg mięsa produkuje się 2 kg np. szynki, czy baleronu!!! Szynka “nowoczesna” prócz swojej szkodliwości nie przetrwa w lodówce do następnego dnia. Dobrze zrobiony wyrób wiejski uschnie w lodówce na wiór, ale da się zjeść i nie wypłynie z niego woda z jakimiś śmierdzącym świństwami, i nie stanie się obrzydliwie obślizgła. Rozpoczęcie działalności w tym kierunku umożliwia ROZPORZĄDZENIE MINISTRA ROLNICTWA I ROZWOJU WSI z dnia 8 czerwca 2010 r. w sprawie szczegółowych warunków uznania działalności marginalnej, lokalnej i ograniczonej (Dz. U. z dnia 25 czerwca 2010 r.)

Rozważyć należy możliwość produkcji półproduktów procesów fermentacyjnych (półproduktów do produkcji alkoholu, czyli w gwarze pospolitego bimbru) To powinna być propozycja państwa dla gospodarstw rolnych i wzorem naszych południowych sąsiadów upowszechniona w całej Polsce. Ta domena państwa może mieć formę monopolu państwowego produkcji np. spirytusu technicznego . Dalej produkcja jaj od kur rasy polskiej, czyli “ zielononóżki kuropatwianej”, jej niezaprzeczalne walory, jak brak tłuszczów wykazujących cechy tłuszczów zwierzęcych i jajka o zmniejszonej o 40% zawartości złego cholesterolu. To są atuty współczesnej wsi, których wprowadzenie niewątpliwie przyniosłyby miliardowe dochody dla budżetu. Jest wszak jeden szczegół. Ja potrafię zdobyć rynek zbytu dla wyrobów, które produkuję. Rolnik wyprodukuje, ale już całego procesu marketingowego i reklamowego na pewno nie przeprowadzi, ergo zostanie sam ze swoim towarem. I tu jest miejsce dla instytucji państwowych, które powinny na bazie urzędów gmin stworzyć infrastrukturę dla możliwości pozyskiwania i zbytu płodów rolnych oraz kontroli nad procesem ich produkcji (oczywiście w ściśle określonym zakresie). Czyli zastosować starą gierkowską metodę kontraktacji.

Powyższe propozycje to jedynie maleńki wyimek nieogarniętych możliwości regionalnych. Państwo po zidentyfikowaniu wachlarza produktów powinno zająć się wsparciem dla ich produkcji, marketingiem i reklamą, również międzynarodową. Premier powinien na oficjalne wizyty wozić ze sobą przede wszystkim swoich – rządowych speców od handlu zagranicznego i dbać o sprzedaż polskich towarów, też pochodzenia rolniczego na wszelkich możliwych rynkach świata a przy okazji promować prywatnych biznesmenów innych branż. Wnioski z powyższych obserwacji mają tę cechę, że odpowiadają zapotrzebowaniu społeczności wiejskiej na gospodarczy mecenat państwa. Dodajmy, społeczności, do której państwo z niezidentyfikowanych przyczyn odwróciło się plecami. Tu znowu następuje konflikt z ideologią stosowaną. Aktualnie stosowana polityka gospodarcza państwa obraża, co już wiemy, Art. 20 Konstytucji RP. Rezygnując z rolniczej gałęzi gospodarki, rząd świadomie pozbawia się możliwości zwiększenia stanu konta własnego budżetu. Takie postępowanie, by nie używać mocnych słów jest działaniem samobójczym. A przecież faktyczny rozwój obszarów wiejskich spowoduje w sposób naturalny rozwój okołorolnego drobnego przemysłu, handlu oraz różnorodnych usług. Przyniesie zbawienne skutki dla budżetu, niemożliwe nawet do oszacowania, bowiem rzesza drobnych producentów liczona w milionach gospodarstw przyniesie do budżetu miliardy złotówek czystego przychodu. Nastąpi rozwój wielu branż a nade wszystko spowoduje likwidację bezrobocia. W tej sytuacji nie trzeb będzie likwidować KRUS-u. KRUS automatycznie stanie się zmarginalizowaną instytucją dla ubogich rolników, którzy z różnych przyczyn nie podejmą działań w kierunku intensyfikacji produkcji. Natomiast ZUS otrzyma dodatkowe źródła nieustających przychodów.

Należałoby też dokonać pewnych modyfikacji w systemie samorządowym, mianowicie, powołać przy staroście powiatu radę wójtów, w celu polepszenia komunikacji międzyurzędowej a i koordynacji rozmaitych przedsięwziąć, przede wszystkim gospodarczych. Oraz przenieść z powiatu do urzędów gmin obowiązki prawne dotyczące, budowy, rozbudowy i przebudowy wszelkich obiektów budowlanych. Półroczny okres oczekiwania na akceptację powiatu na wybudowanie (zgodnie z zatwierdzonym projektem oraz wydanymi przez stosowny urząd szczegółowymi warunkami zabudowy dla wszelakich obiektów w gospodarstwie) obiektu budowlanego, jak i wymóg akceptacji ww. dokumentów przez starostwo powiatowe to bolszewicki archaizm, ignorujący kompetencję gmin i zespołów architektonicznych. To ewidentne kwestionowanie i ograniczanie demokratycznego prawa właściciela co do decyzji o przeznaczeniu i korzystaniu z własności, powoduje rozbudowę zbędnej biurokracji i ogranicza przedsiębiorczość i marnotrawi czas przedsiębiorcy. Propozycje zmian nie wymagają ekspensu finansowego państwa. Wystarczy przekierować na wsparcie tych działań środki marnowane przez urzędy pracy na “aktywizację zawodową”, a wskaźniki bezrobocia spadną do oczekiwanego poziomu bezrobocia frykcyjnego.

Należy też zauważyć że propozycje te realizują zasadę subsydiarności, która jest jedną z podstawowych zasad ustrojowych Unii Europejskiej, a w treści tej zasady czytamy, że w państwie powinno być "tyle władzy, na ile to konieczne, tyle wolności, na ile to możliwe" oraz "tyle państwa, na ile to konieczne, tyle społeczeństwa, na ile to możliwe" co powyżej postulujemy. Rozeznanie potrzeb rynku europejskiego powinno zaowocować propozycją produkcji dla wielkoobszarowych gospodarstw rolnych. Uważam, że zainicjowanie przez państwo programu rozwoju spółdzielczości wiejskiej nawet na bazie ww. PGR-ów byłoby wartym podjęcia eksperymentem, albowiem we Włoszech, Francji czy Szwecji wkład spółdzielczości w PKB wynosi od 3 do 7% . a to już jest powód do podjęcia prób realizacji tego przedsięwzięcia. Pomysł sprzedaży ziemi, tego najrzadziej dostępnego na świecie dobra jest pomysłem godnym władców trzeciego świata. Choć jak sądzę w Bantustanie też już są świadomi wartości własności i nie da się od nich kupić ziemi. Inaczej niż w Polsce. O ile można przyjąć czyjeś chore rojenia o bezwartościowych polskich środkach produkcji przemysłowej, o tyle ziemia musi pozostać w polskich rękach mimo twierdzeń niektórych “polityków” o braku opłacalności produkcji rolnej!

P.S. Wszystkie wnioski artykułów katalogu pro memoria nie są mrzonkami, choć ewidentnie burzą obowiązujący toksyczny układ gospodarczy. Nie obrażają umów międzynarodowych. Respektują konstytucyjną zasadę Społecznej Gospodarki Rynkowej(SGR) albowiem ich konstrukcja opiera się na podstawach zasad filozofii polityki gospodarczej SGR sformułowanych przez Waltera Euckena, uwzględnia postulowaną w tych zasadach konieczność uwzględnienia, obyczaju, kultury i doświadczeń kraju, dla którego zasady mają być formułowane. Stąd pojawia się tekście passus o np.“ Holenderskiej wersji SGR”. Ogólnie w krajach europejskich stosującą zasady SGR przyjęto nazwę – system KONTYNENTALNY.

Adam Zbigniew Gusiew

Sekretarz Instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową