Ewentualne prognozy dla Europy Środkowej

 

Wstęp

Idee zjednoczenia Europy mają wielu ojców. Wsród nich ważne miejsce zajmuje czecho-słowacki ludowiec Milan Hodža (1878-1944). Jego wizja Europy Środkowej wiąże się z ewolucją jego poglądów na zagadnienie narodu i nacjonalizmu. Przed I wojną światową postrzegał nacjonalizm jak patologiczne zjawisko społeczne. W okresie międzywojennym natomiast – jako jeden z czołowych polityków czechosłowackich – widział w nacjonalizmie czynnik pozytywny; konstruktywny i kulturalnie stymulujący. W tym okresie uważał, że nacjonalizmy małych narodów nie są groźne, że małym narodom “wolno więcej”. Sądził, że w zetknięciu z potężnymi sąsiadami mają one do nacjonalizmu prawo. Z kolei na progu II wojny Światowej, oceniał już nacjonalizm jako agresywne zjawisko społeczno-psychologiczne, które politycznie powinno zostać skorygowane, tak aby nie pworóciło do swego pierwotnego, destrukcyjnego stadium rozwoju.(K. Kollár, “Human Affairs”, 2/11 2001, Instytut Filozofii, Słowacka Akademia Nauk, Bratysława, s. 134-148). Hodža był zwolennikiem stopniowego jednoczenia Europy. Uważal, że droga do jedności Europy wiedzie przez związki regionalne; “od szczególu do ogółu”. Krytycznie wypowiadał się o próbach odgórnego narzucania Europie jedności. Do takich nieudanych prób jednoczenia Europy zaliczał plan francuskiego ministra spraw zagranicznych Aristide'a Brianda, ktory w 1929 r. na posiedzeniu Rady Ligi Narodów w Genewie zaproponował utworzenie Stanów Zjednoczonych Europy. Hodža miał krytyczny stosunek do praktyki narzucania narodom (szczególnie małym) rozwiązań federalistycznych w skali europejskiej, jako niesprawiedliwych i nieskutecznych. Wynikało to częściowo z jego osobistego doświadczenia, z jego walki o równoprawne i partnerskie traktowanie Słowacji w ramach Czechosłowacji.

W okresie międzywojnia łączyła Milana Hodžę wieloletnia zanajomość i przyjaźń z Wincentym Witosem i polskimi ludowcami. Zapoczątkowana ona została w latach 1921-23, kiedy to Hodža wraz z przywódcą czeskich agrariuszy Antoninem Švehlą podjęli w Pradze starania mające na celu zainicjowanie współpracy partii ludowych w Europie Środkowej. Powstała wówczas “Zielona Międzynarodówka”. Do współpracy udało się pozyskać partie ludowe z Polski, Jugosławii, Rumunii i Bułgarii, (nie udało sie natomiast pozyskać partii węgierskiej). Kolejnym etapem tej wpółpracy była Międzynarodowa Konferencja Ludowców w Pradze w 1928 r. Przyjaźń agrariuszy polskich i czechosłowackich umocniła się jeszcze bardziej w latach 1933-1939, kiedy to Witos przebywał w Czechosłowacji na emigracji, a ludowcy obydwu krajów zastanawiali się nad przyszłym, federacyjnym kształtem Europy Środkowej. ( S. Kot, Moje wspomnienia, t. I, Instytut Literacki, Paryż, 1965, s. 11, przedmowa do pamiętników Witosa). Według planów ludowców dopiero zjednoczona Europa Środkowa miała przystąpić do zjednoczonej Europy. Zamierzenia te padły na podatny grunt podczas II wojny światowej. Sprecyzowana została wówczas polityczna definicja Europy Środkowej. Hodža uważał, że federacja powinna rozciągać się od Gdańska do Salonik (albo od Bałtyku do Morza Egejskiego i Adriatyku), między Rosją, Niemcami, Turcją i Włochami. Idee Hodžy były inspiracją dla czechosłowackiego premiera Edvarda Beneša (skądinąd jego politycznego przeciwnika) i Władysława Sikorskiego, gdy ustalali zarysy Konfederacji Polsko-Czechosłowackiej. Jak wiadomo do realizacji planów konfederacyjnych nie doszło, m.in. dlatego że Stany Zjednoczone i Wielka Brytania pod naciskiem Stalina wycofały swe poparcie dla tego projektu. Koncepcje Hodžy i środkowoeuropejskich ludowców są jednak do dzisiaj żródłem ideowych inspiracji i praktycznego działania. Zgodne z intencjami Hodžy było powstanie Unii Europejskiej oraz Grupy Wyszehradzkiej, popierałby także próby ściślejszej współpracy państw całego naszego regionu.

Zagrożenia globalne i ewentualne scenariusze

Prognozy nie są wyrokiem, na przebieg wydarzeń można wpływać. Mówi się obecnie często o kryzysie świata zachodniego. Ostatni (gospodarczy) mamy już za sobą. Niektórzy badacze przepowiadają nadejście wkrótce następnego. Nie chodzi jednak wyłącznie o kryzys gospodarczy. Kryzys dostrzegalny jest zarówno w Europie jak i w Stanach Zjednoczonych. Ma on charakter społeczny, gospodarczy i polityczny. Na Zachodzie mamy do czynienia z wieloma niepokojącymi zjawiskami, które jednak nie ograniczają się tylko do Zachodu. Zachód to obszar tradycji judaistyczno-chrześcijańskiej. Choroba jaka toczy bliski nam świat wartości dotknęła także świat islamu. Przyczyn kryzysu w świecie islamu jest zapewne kilka, ale jest wśród nich - jak mi się wydaje - nieumiejętność dostosowania się niektórych rodzin muzułmańskich, tych szczególnie tradycyjnych, do wymogów współczesnej cywilizacji (np. do rynku pracy i miejsca w nim kobiet). W łonie narodów Księgi (chrześcijaństwo, judaizm, islam) toczy się wojna, która te wspólne wartości niszczy. W tej wojnie istotną rolę odgrywają Stany Zjednoczone. Zachód pod ich przywództwem walczy z terroryzmem islamskim. Żródłem tego terroryzmu jest w jakimś stopniu także polityka Stanów, polegająca na destabilizacji Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Destabilizacja ta dotyczyła i dotyczy nadal przede wszystkich świeckich państw arabskich (np. Irak, Libia), których świeckie rządy potrafiły swego czasu okiełznać skrajne ugrupowania islamistyczne. Równocześnie niezwykłą miłością darzą Stany i świat zachodni monarchie arabskie, z których niektóre określić trzeba jako wyjątkowo wsteczne. Najlepszym przykładem jest tu Arabia Saudyjska, z której od kilku dziesięcioleci wypływają pieniądze przeznaczone na wspieranie najbardziej radykalnych odłamów islamu, spośród których wyłaniają się później grupy terrorystyczne działające w Azji, Europie i Afryce. Działalność grup terrorystycznych pogłębia destabilizację w wielu regionach świata, co niekiedy jest dogodnym pretekstem do interwencji z zewnątrz (z Zachodu i Rosji). Świat zewnętrzny (ten spoza Księgi) obserwuje wzajemną walkę narodów Księgi (oraz w łonie samego islamu – między np. szyitami a sunnitami), ale na szczęście nie wypracował dotąd wspólnego stanowiska. Trudno o wypracowanie takiego stanowiska spodziewać się już w tej chwili, np. przez Chiny, Japonię, Indie czy niektóre państwa Południowo-Wschodniej Azji. .Zbyt wiele te państwa dzieli. Ale kto wie?!

Aktorów na scenie światowej jest wielu. Koszmarkiem strategów amerykańskich byłaby zapewne sytuacja, w której armia USA oraz NATO musiałyby walczyć równocześnie z Rosją i Chinami, “ale nie wywołujmy wilka z lasu”, bo nie jest to ani w interesie Polski, ani w interesie Europy Środkowej i Unii Europejskiej. Jak na razie we wspólnym interesie USA, UE, Rosji i Chin leży walka z terroryzmem islamskim. Walką tą powinny być zainteresowane także Indie. Wewnątrz islamu działają także siły zwalczające terroryzm.Wyniki walki z terroryzmem zależą w dużym stopniu od stanu relacji między USA a Rosją. Jaki jest ten stan obecnie każdy widzi. Wydaje się, że USA zmienią w przyszłości swą politykę wobec Rosji na bardziej przyjazną, gdy zagrożenie terrorystyczne nie będzie słabnąć, czy nawet wymknie się całkowicie spod kontroli. Ponadto, dodatkowym impulsem dla zmiany polityki amerykańskiej wobec Rosji okazać się może moment, gdy Stany uznają, że Chiny stają się wyraźnie mocniejsce niż Rosja i zaczną Rosji zagrażać militarnie lub demograficznie (np. Chińczycy opanowują demograficznie i gospodarczo Syberię, co już powoli wydaje się mieć miejsce), a to według zasady, która brzmi: Stany pomagają słabszym, by osłabić państwo mocniejsze, stanowiące dla Stanów potencjalne zagrożenie. (patrz: George Friedman, Następne Sto lat, AMF, Warszawa 2009). Takim zagrożeniem dla Stanów stają się już obecnie Chiny na Pacyfiku. Różnice interesów między Stanami a Chinami niekoniecznie muszą prowadzić do interwencji zbrojnej, mogą się skończyć wojną gospodarczą. Na przyjaźni amerykańsko-rosyjskiej stracić może w Europie Ukraina, czemu Zachód starał się będzie skutecznie zaradzić. Wtedy i Polska złagodzi swą antyrosyjską retorykę, dostosuje się do nowej sytuacji i zaprzyjaźni z Rosją. Takiej reakcji spodziewać się będzie od nas nie tylko Unia Europejska, ale i Stany. Osłabiona Rosja, zagrożona ze strony Chin, przychylnie spojrzy na koncepcję utworzenia Wspólnoty od Władywostoku do San Francisco. Zbliżymy się do spełnionia wizji Jana Pawła II (połączenie zachodniego i wschodniego chrześcijaństwa) oraz Zbigniewa Brzezińskiego. (Inne warianty sprzyjające takiemu scenariuszowi to gospodarcza słabość Rosji i powstanie tam (za zgodą większości Rosjan) rządu przychylnego Zachodowi. W każdym z tych wariantów jest niezwykle ważne, aby realizacja tego projektu nastąpiła po dobrowolnym zgłoszeniu takich intencji przez samych Rosjan). Zapoczątkowanie realizacji jednego z podobnych scenariuszy wydaje się prawdopodobne już po 2020 roku. Zarówno Unia Europejska, jak i Europa Środkowa w ramach Unii, powinny do tego czasu osiągnąć zdecydowanie wyższy niż dotąd poziom integracji. Dopiero po osiągnięciu wysokiego stopnia integracji przez UE, a w jej łonie także przez Europę Środkową, powstaną warunki do bezpiecznego i bezkonfliktowego włączenia Rosji (Białorusi też) oraz Ukrainy do Wspólnoty, w której wezmą udział także Stany i Kanada. Zbyt wczesne włączenie Rosji do Wspólnoty byłoby niewskazane i skończyć by się mogło zupełną dezintegracją świeżo zjednoczonej Europy Środkowej oraz jej podziałem między Rosją a Zachodem oraz powrót do polityki stref wpływów wielkich mocarstw. Scenariusze powyższe okazać się mogą nierealne, lub ulec znacznym korektom wówczas, gdy zaangażowanie Rosji w świecie islamu okaże się mieć ostrze zbyt antyamerykańskie i antyzachodnie, skutkujące m.in. dalszym napływem imigracji islamskiej do Europy i Ameryki Północnej. Wtedy Zachód, borykający się od dłuższego już czasu z imigracją islamską, solidarnie powróci do zimnej konfrontacji z Rosją, która w tym czasie nie będzie w stanie zapobiec na Syberii dalszej demograficznej ekspansji Chin. Już w tej chwili na Dalekim Wschodzie Rosji żyje tylko ok. 5 milionów Rosjan, którzy mają tendencję do przemieszczania się na Zachód. Rosja wydzierżawiła na 50 lat Chińczykom na Syberii duże obszary ziemi pod uprawy. Rosja prawdopodobnie szukać będzie sposobów na utrzymanie Syberii poprzez np. próby powstrzymania exodusu Rosjan, zróżnicowanie etniczne tych terenów, zachęty dla mieszanych małżeństw, absorpcję zamieszkałych tam Chińczyków przez kulturę rosyjską, ewangelizację prawosławną, a wreszcie poprzez dopuszczenie na Syberię kapitału zachodniego, finansowego i ludzkiego. Jak na razie jednak w całej Rosji mamy do czynienia ze zmniejszaniem się liczby Rosjanm, z przechodzeniem Rosjan na islam oraz ze wzrostem ludności muzułmańskiej.

Obecnie sytuacja geopolityczna zmierza wyraźnie do jakiegoś przesilenia. Globalne zagrożenia to nie tylko okoliczności związane z ewentualnym światowym konfliktem militarnym. Równie groźne stać się mogą ukrywane dotąd kłopoty gospodarcze wielu krajów. Świat czekają wkrótce istotne zmiany w rezultacie wyborów w USA, Rosji, Francji, Niemczech, Hiszpanii. Wstrząsem dla Unii Europejskiej okazać się może Brexit i podobne zjawiska w Unii Europejskiej skutkujące jej rozpadem. Światu grozić może o wiele poważniejszy kryzys finansowy niż ten z 2007 roku. Przy znacznej sprzeczności interesów poszczególnych krajów i regionów trudno marzyć o ich wyeliminowaniu i stworzeniu uregulowanego rynku globalnego. Amerykanie nie mają zamiaru zrezygnować z dolara jako waluty światowej, gdyż daje im to olbrzymie możliwości oddziaływania na gospodarkę światową za pomocą emisji dolara, tak jak to miało miejsce po wojnie w Wietnamie, po znanym kryzysie naftowym i jak to ma miejsce obecnie, po kryzysie finansowym 2007 roku. W ten sposób, za pomocą emisji dolara, skutki kryzysów finansowych przenoszone są na inne kraje. Równocześnie zarówno Chiny jak i Unia Europejska mają nadzieję, że ich waluty staną się walutami światowymi. W przypadku Unii Europejskiej uzyskanie przez euro statusu waluty światowej byłoby bardziej realne w razie przekształcenia Unii w ugrupowanie ponadnarodowe. (Patrz: Nowe Perspektywy nr 14, marzec 2016, Prof. Paweł Bożyk – Kryzysu nie da się uniknąć, str.65-66. Przedruk z książki prof. P. Bożyka “Apokalipsa według Pawła, Jak zniszczono nasz kraj”, Wrocław 2015).

Specyfika Europy Środkowej

Kilku uwag wymaga rosnąca obecność wojskowa NATO i Amerykanów w Europie Środkowej. Obecność ta tłumaczona jest obawą przed agresją ze strony Rosji oraz Bliskiego Wschodu (Iranu, który jest sojusznikiem Rosji). Prawdą jest oczywiście, że w przypadku konfliktu z Rosją wschodnia flanka NATO powinna zostać wzmocniona. Są jeszcze jednak inne powody tej obecności. Jednym z nich może być wspomniana wyżej obawa przed ewentualnym rosyjskim wrogim zaangażowaniem w świecie islamu. Stany Zjednoczone obawiają się też, chyba od czasu zakończenia zimnej wojny, zbytniego zbliżenia między Niemcami a Rosją oraz Unią Europejską a Rosją. Mają widocznie ku temu swoje powody. Takie, zbyt daleko idące zbliżenie, nie leży też w interesie Polski, o czym świadczyć mogą przykłady z historii, począwszy od rozbiorów Polski, poprzez pakt Ribbentrop-Mołotow, a skończywszy na aktualnej sprawie Nord Streamu 2 (w tej ostatniej sprawie wypowiedziały się też przeciwko Nord Streamowi Stany, w których interesie jest od pewnego czasu sprzedaż własnego gazu do Europy). Europa Środkowa, przy obecności sił NATO i Amerykanów, nie tylko może w pierwszej kolejności bronić Zachodu przed Rosją, jako wschodnia flanka Sojuszu, ale równocześnie oddzielać zachodnią Europę od Rosji, uniemożliwiając zbyt daleko idące zbliżenie “ponad naszymi głowami”, w tym ewentualny podział Europy Środkowej między Niemcami a Rosją, co w historii miało już miejsce. Stąd wydaje się, że USA powinny być zainteresowane wzmocnieniem podmiotowości całej Europy Środkowej, przy znaczącej roli Polski w regionie, co tym razem byłoby w zgodzie z polską racją stanu. W zgodzie z polską racją stanu byłoby też trwanie w Unii Europejskiej i wpływanie na jej politykę wobec Rosji i Stanów. Obrazu wydają się dopełniać negocjacje USA z UE dotyczące zawarcia układu TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership) – Transatlantyckiego Partnerstwa na rzecz Handlu i Inwestycji.. Jeżeli układ ten będzie dla obu stron uczciwy i korzystny, to zwiąże mocno Stany z Unią Europejską nie tylko gospodarczo, ale i politycznie. Wtedy, należy sądzić, obawy amerykańskie dotyczące zbyt wczesnego, bezpośredniego sojuszu niemiecko- lub unijnego - z Rosją zostaną rozwiane. Powstaną wówczas warunki dla autentycznego zbliżenia, czy nawet bliższego powiązania Rosji z całym Zachodem.

Kolejna faza kryzysu światowego będzie miała oczywiście wpływ na rozwój wypadków w Europie Środkowej. Zewnętrzne okoliczności nie są bez znaczenia. Niemniej jednak rozwój wydarzeń w tym regionie ma swoją szczególną specyfikę. Europa Środkowa, ta między Rosją, Niemcami, Włochami i Turcją, od Nord Kapu w Norwegii po Saloniki w Grecji stanie się obszarem rywalizacji między Niemcami a Turcją. Rywalizacja ta będzie miała wyjątkowo nasilony przebieg na Bałkanach, gdzie Turcja prowadzi od pewnego czasu swą kulturalną i gospodarczą ekspansję, nawiązując do tradycji historycznej oraz wykorzystując w tym celu rosnącą liczbę muzułmanów w regionie. Zarówno Turcja, jak i Niemcy zainteresowane są islamską emigracją do Europy, w tym do Europy Środkowej. (Jeszcze z innych powodów Rosja – chodzi o destabilizację Europy. Rosja woli rozmawiać z poszczególnymi państwami niż z silną Unią Europejską). Każde z tych państw – z innych powodów - liczy na korzyści z tego płynące dla siebie. Niezależnie od względów humanitarnych, Niemcy zainteresowane są imigracją z uwagi na własne kłopoty z demografią; brakuje tam np. kilkaset tysięcy ludzi do obsadzenia na stanowiskach rzemieślniczych. Ponadto – co niezwykle ważne - islam jest już częścią niemieckiej kultury. Przyznał to po raz pierwszy prezydent Christian Wulff. W Niemczech, jeśli chodzi integrację muzułmanów ze społeczeństwem, sytuacja jest inna niż np. we Francji, ponieważ muzułmanie niemieccy pochodzą z Turcji, która (przynajmnie jak dotąd, M.P.) jest państwem laickim i to jest inny islam niż w pozostałych państwach muzułmańskich. (Cornelius Ochmann, Patrzy na nas Europa, Nowa Europa Wschodnia, styczeń-luty 2016). Wypada jednak zauważyć, że w samej Turcji, która ma ambicje mocarstwowe, islam radykalny dochodzi coraz częściej do głosu, społeczeństwo jest podzielone, ponadto daleko jeszcze do rozwiązania kwestii kurdyjskiej, a uchodźcy z krajów arabskich napływają nadal. Wszystko to jest przyczyną przybierającego na sile prawicowego i religijnego radykalizmu oraz odchodzenia w Turcji od zasad demokratycznego państwa świeckiego. W samych Niemczech natomiast uda się prawdopodobnie utrzymać świeckość islamu, a dla muzułmanów w całej Europie, a więc także tych osiedlonych w Europie Środkowej, punktem odniesienia i przedmiotem podziwu będą Niemcy. Dzięki islamowi Niemcy odgrywać będą jeszcze większą niż dotąd rolę w Europie i na świecie. Język niemiecki (myliłem się kiedyś pisząc, że ma tylko znaczenie regionalne), nie uzyska co prawda znaczenia porównywalnego z angielskim, ale stanie się językiem o zasięgu światowym, przynajmniej w świecie islamu. Zintegrowani z kulturą niemiecką muzułmanie to nowy, olbrzymi atut dla państwa niemieckiego nie tylko w relacjach z pozaeuropejskim islamem, ale z muzułmanami na Bałkanach (Albania, Kosowo, Bośnia i Hercegowina, a nawet Macedonia i Bułgaria (w tych dwóch krajach żyje znaczna mniejszość muzułmańska). Niemcy, w których islam jest już częścią niemieckiej kultury, to naród i państwo nowe, jakiego wcześniej nie znaliśmy. Wydaje się jednak, że w granicach Niemiec znalazło się obecnie więcej muzułmańskiej siły roboczej niż planowano. Szacuje się przy tym, że w ciągu najbliższych lat gospodarka niemiecka potrzebowała będzie dodatkowo 10 milionów pracowników. Konkurencją dla siły roboczej z krajów islamu będą prawdopodobnie młodzi Polacy. Półtora miliona z nich zamierza wyjechać z kraju. Cztery miliony jeszcze się wahają. Jedna trzecia badanych deklaruje chęć wyjazdu do Niemiec. Tymczasem wzrasta niechęć społeczeństwa niemieckiego do imigrantów; wiosną 2016 roku doliczono się w Niemczech około 50 przypadków podpaleń ośrodków dla uchodźców. Stąd m.in. Nacisk, by nadmiar imigrantów przyjęły inne kraje europejskie. Nie wiadomo jednak, nikt tego wiarygodnie nie obliczył, czy kraje te są zdolne ten nadmiar przyjąć. Przy czym należy się spodziewać, że wszystkie konflikty wewnątrz islamu przeniesione zostaną do Europy, w tym do Europy Środkowej. Innym jeszcze skutkiem przyjęcia uchodźców muzułmańskich do krajów Europy Środkowej byłaby (będzie?) rywalizacja o ich lojalność (“dusze”) ze strony Niemiec i Turcji. Sprzyjać to może ingerencji w wewnętrzne sprawy państw środkowoeuropejskich ze strony Niemiec i Turcji, np. pod pretekstem obrony praw mniejszości muzułmańskiej. Dla Niemiec, w sposób niezamierzony, oznaczać to może przybliżenie realizacji, innymi już metodami, wcześniejszej, nieudanej koncepcji Mitteleuropy, która swego czasu kolidowała również z interesami tureckimi. Mitteleuropa była wówczas przede wszystkim sprzeczna z wolnościowymi aspiracjami narodów Europy Środkowej. Dla Turcji z kolei będzie to próba powrotu na Bałkany, co – jeśli nie spotka się z odpowiednią reakcją – jest możliwe do spełnienia. Turcja ma bowiem na Bałkanach spore szanse z uwagi na fakt, że wielu muzułmanów w tym regionie tradycyjnie związanych jest z Turcją, a muzułmanów tam ciągle przybywa. Turecka kultura, przynajmniej ta świecka, jest na Bałkanach bardzo atrakcyjna, o czym świadczy np. duża oglądalność znanych i u nas, historycznych, i nie tylko, seriali telewizyjnych. Ponadto sprzyjać Turcji w samych Niemczech i w Europie Środkowej będzie tureckie pochodzenie większości niemieckich muzułmanów (kwestia lojalności, powiązania rodzinne). W rywalizacji na Bałkanach i w całej Europie coraz mniejsze wływy mieć będzie natomiast radykalny islam importowany i zasilany petrodolarami z Arabii Saudyjskiej. Przyczyną spadku znaczenia Arabii Saudyjskiej i radykalnego islamu w walce o wpływy na Zachodzie, w Afryce i w świecie islamu będą nieniknione procesy modernizacyjne w tym kraju, spadek cen i znaczenia ropy, wrogość ze strony nie tylko szyickiego Iranu, ale i niechęć ze strony Zachodu, zmęczonego już przymykaniem oczu na finansowanie skrajnego islamu. W sporze o wpływy na Bałkanach, solidarnych przeciwników znajdzie Arabia Saudyjska zarówno w Niemczech, jak i w Turcji. Rezultatem swoistej bitwy o Bałkany może być kolejna powtórka z historii, która skończy się nieakceptowalnym co prawda przez Zachód, ale realnym, cichym sojuszem tych państw bałkańskich, które prezentują tradycje chrześcijańskie, przeciwko muzułmanom. Jeżeli dodać do tego (przebrzmiałe?) marzenia (czy mrzonki?) o powstaniu tzw. Wielkiej Albanii, Wielkiej Serbii i Wielkiej Chorwacji – nowe piekło gotowe. Największe szanse realizacji ma tu zamysł utworzenia Wielkiej Albanii poprzez połączenie Albanii z Kosowem. W Bośni i Hercegowinie oraz w Bułgarii i Macedonii (tu szczególnie, bo mniejszość albańska) dojść może do poważnych zamieszek na tle etnicznym. Wszystko to dziać się może częściowo przez nie do końca – jak często bywało - przemyślaną politykę Zachodu. Paradoksalnie, militarna siła Amerykanów i NATO w regionie Środkowej Europy wykorzystywana być może niestety w przyszłości do tłumienia zamieszek na Bałkanach. Piszę to ze smutkiem, bo obawiam się, że w całym świecie zachodnim, mimo krwawych doświadczeń, wiedza o Bałkanach jest ciągle niewystarczająca. Wydaje się, że mocnym remedium na sprzeczności trawiące Bałkany jest już w tej chwili przynależność większości państw bałkańskich do Unii Europejskiej i NATO oraz mogłaby być ściślejsza niż dotąd współpraca z pozostałymi państwami środkowoeuropejskimi, w ramach Unii Europejskiej oczywiście, a nie w konfrontacji wobec Unii. Nie wykluczone jednak, że bardziej korzystne dla pozostałych krajów Europy Środkowej będzie nie angażowanie się bezpośrednio w ewentualne konflikty na Bałkanach. Nie wiadomo przy tym czy ambicje tureckie, bardziej niż Bałkany, nie zaspokoi ekspansja w kierunku Azji Środkową i Mongolii, skąd Turcy przybyli i gdzie żyją zbliżone do Turków językowo narody. Możliwy jest przy tym jeszcze jeden “turecki” scenariusz, w którym Turcja (wraz z Rosją) staje się składową częścią świata zachodniego. Taki scenariusz przewiduje Zbigniew Brzeziński.

Państwa środkowoeuropejskie powinny wypracować wspólny pogląd na turecko-niemiecką rywalizację w regionie Warto przy tym zastanowić się przez chwilę, czy którykolwiek z krajów środkowoeuropejskich potrafiłby zintegrować islam tak jak czynią to Niemcy lub Rosja. Odpowiedź jest zdecydowanie negatywna, gdyż są to najczęściej małe, słabe ekonomicznie i demograficznie kraje, państwa i narody, które z olbrzymim trudem dobiły się niezależności i w żaden sposób nie są w stanie wchłonąć większej liczy obcokrajowców, muzułmanów czy kogokolwiek innego. Boją się o utratę własnej tożsamości. Milan Hodža, przy całej swej krytyce nacjonalizmu, powiedziałby zapewne, że małym narodom wolno więcej. Znaczną szansę na przyjęcie nieco większej liczby obcokrajowców przez te kraje miałby program, który zakładałby imigrację zróżnicowaną nie tylko narodowościowo, ale przede wszystkim religijnie i niekonieczne muzułmańską. Dlatego niewiele pomoże tu wygrażanie palcem ze strony urzędników z Brukseli. Niektóre państwa środkowoeuropejskie, “przyciśnięte do muru”, gotowe będą nawet wyjść z Unii Europejskiej, rezygnując z wszystkich korzyści płynących z członkostwa. Dla jedności europejskiej byłaby to tragedia. Państwem najbardziej “predystynowanym” w regionie do ewentualnego przyjęcia nieco większej liczby wyznawców islamu byłaby ewentualnie Polska, która dałaby sobie z problemem radę. Byłby to sposób skuteczny i nie odbiegający od standardów zachodnich, skuteczny, bo przypominający nasze sprawdzone tradycje. Odnosząc się do chwili obecnej trzeba powiedzieć, że pewne liczby muzułmańskich uchodźców Polska powinna z humanitarnych względów zdecydowanie przyjąć, szczególnie te wcześniej z rządem polskim uzgodnione. Diabeł jednak tkwi w szczegółach, a właściwie w liczbach. Kto w Polsce odważy się podjąć decyzję przyjęcia np. miliona muzułmanów w sytuacji, gdy z Polski emigruje młodzież, a ta która pozostaje z trudnością decyduje się na posiadanie dzieci? Inna sprawa, że wbrew pozorom, muzułmanie w Polsce czuć się mogą za jakiś czas lepiej niż na Zachodzie i poczekajmy jeszcze trochę, a z krajów zachodnich i z Rosji wyznawcy Allacha uciekać będą do Polski i znajdą tu schronienie. Obecnie jednak jesteśmy na etapie, w którym próbuje się narzucić Polsce i pozostałym krajom środkowoeuropejskim większą liczby imigrantów, co jest pożywką dla – godnych z kolei wyraźnego potępienia - skrajnie ksenofobicznych nastrojów, a także “paliwem” dla eurosceptyków. W Brukseli nie brana jest przy tym pod uwagę sytuacja na Ukrainie, skąd w każdej chwili wyruszyć może fala zdesperowanych ludzi, szukających pracy i azylu dla swych rodzin. Z uwagi na bliskość kulturową i językową, większość z nich zechce zostać w Polsce i zostanie tu przyjęta. Sytuacja skomplikuje się jednak zupełnie wówczas, gdy Niemcy i inne kraje zachodnie otworzą swe rynki pracy także dla imigrantów z Ukrainy. Z miliona Ukraińców pracujących w Polsce wiele osób zdecyduje się na wyjazd na Zachód, gdzie płace są ok. 3 razy wyższe niż u nas. Wtedy na rynku pracy w Polsce powstanie olbrzymia luka, która spowodować może poważne perturbacje gospodarcze. Znalazło by się tu więc miejsce dla imigrantów islamskich. Obawa jednak przed islamem i protesty społeczne spowodują prawdopodobnie, że poszukiwani będą pracownicy z innych kierunków geograficznych, np. z Filipin, gdzie większość ludności to katolicy. W najbliższych latach konieczny okazać się może zwiększony wysiłek budowy mieszkań dla młodych polskich rodzin oraz dla imigrantów zasilających polski rynek pracy. Idealnym sposobem na rozwiązanie tych problemów i zatrzymanie młodzieży w Polsce byłoby podniesienie płac.

Skrajny nacjonalizm w Polsce to margines, ale jest przeszkodą w integracji Środkowej Europy w ramach Unii Europejskiej

Niepokojący wzrost nastrojów nacjonalistycznych nie sprzyja w Polsce otwarciu na współpracę w ramach UE, nie sprzyja także idei współpracy środkowoeuropejskiej. Także w pozostałych krajach środkowoeuropejskich rodzące się nacjonalizmy oddalają realizację ściślejszej współpracy w regionie. Początkowo, co prawda, nacjonalizmy środkowoeuropejskie mogą znaleźć wspólne cele, np. w walce przeciwko narzucaniu nam kwot uchodżców przez Brukselę. W dalszej jednak perspektywie nacjonalizmy są ze sobą nie do pogodzenia; nie znajdą pól do współpracy, lecz pola do rywalizacji. Liczenie przez polskich skrajnych nacjonalistów na to, że Polska sama odegra wielką rolę w Europie, a w Europie Środkowej będzie dominować, jest niebezpieczną mrzonką i nie znajdzie potwierdzenia w rzeczywistości. Sama Polska, bez wsparcia regionu, jest zbyt słaba, by spełnić sojusznicze oczekiwania Stanów Zjednoczonych czy mieć większe znaczenie w Europie Środkowej i w Unii Europejskiej. Sama Polska oznacza rezygnację z szerszej współpracy środkoweuropejskiej i pozostawienie pozostałych krajów regionu bez naszego poparcia. Towarzyszący nacjonalizmowi w Polsce pewien szczególny rodzaj skrajnego klerykalizmu jest nie do pogodzenia z podobnymi sentymentami w Środkowej Europie, np. na Litwie, czy na Ukrainie. Ten rodzaj “patriotyzmu” nie znajdzie zrozumienia wśród innych tradycji w Europie Środkowej, takich jak protestantyzm, prawosławie czy w niemal ateistycznych Czechach (byłaby szkoda, bo jak wynika z badań, Polacy i Czesi lubią się coraz bardziej!).

Do czego prowadzi nacjonalizm, wiemy z własnej historii i z historii sąsiednich narodów. Aby jednak nie rozdrapywać nie do końca zabliźnionych ran, posłużmy się przykładem Bałkanów. Robert David Kaplan był głównym geopolitykiem Stratforu, prywatnej amerykańskiej agencji wywiadowczej (jej założycielem jest znany w Polsce George Friedman, jego prognozy nie zawsze się sprawdzają), kiedy napisał książkę poświęconą Bałkanom, przetłumaczoną na język polski – Bałkańskie Upiory, podróż przez historię (przełożył Janusz Ruszkowski, Wydawnictwo, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010). W książce tej region Europy Środkowej, rozumianej przez nas jako obszar między Niemcami, Rosją, Włochami i Turcją, dzieli on na Europę Środkową, gdzie dostrzega chęć współpracy oraz na Bałkany, gdzie tej chęci brak. Analizując historię Bałkanów, wśród źródeł tragicznych losów tego regionu w ostatnim stuleciu wskazuje na nacjonalizm wszystkich uczestników wydarzeń. Kaplan zwraca uwagę na nacjonalizm chorwacki. Zarzuca Chorwatom zupełnie nieuzasadnione przekonanie o kulturowej wyższości nad Serbami. Ideologicznym animatorem konfliktu chorwacko-serbskiego był arcybiskup Zagrzebia Alojzije Stepinac (Beatyfikowany w 1998 roku przez Jana Pawła II, M.P.). Rdzeniem chorwackiej nacjonalistycznej tradycji w marzeniach Stepinaca, było dążenie do nawrócenia wszystkich Serbów na katolicyzm. Masakry prawosławnych Serbów podczas II wojny światowej dokonane przez Chorwatów w katolickiej Chorwacji oraz sąsiedniej Bośni i Hercegowinie były potworne. Dla Tity z kolei (pochodzącego z rodziny chorwacko-słoweńskiej) federalizm jugosłowiański oznaczał ograniczanie wpływów liczebnie dominujących Serbów i wspieranie innych grup, zwłaszcza Chorwatów i Albańczyków. Z kolei Serb Slobodan Milošević 28 czerwca 1987 roku, w kolejną rocznicę klęski na Kosowym Polu odwołał się do serbskich odczuć narodowych i powiedział: “Ani dziś, ani w przyszłości, nikt nie ma prawa was poniżać”. I wtedy, uważa Kaplan, rozpoczęła się rewolta przeciwko federacji jugosławiańskiej. Choroba Bałkanów, pisze Kaplan, to sprzeczne marzenia o utraconym imperium. Każdy naród bałkański domaga się przywrócenia takich granic, kiedy jego imperium osiągnęło szczyt rozwoju terytorialnego, co zwykle miało miejsce w głębokim średniowieczu. Dotyczy to m.in. Albańczyków i Greków. Na Bałkanach są 3 zapalne miejsca: Kosowo, Bośnia i Hercegowina oraz Macedonia. Wydawałoby się przy tym, że Serbów, Greków, Rumunów, Bułgarów i Macedończyków powinno łączyć prawosławie, ale nie łączy, bo kościoły prawosławne na Bałkanach to w zasadzie autokefalie. Inna ciekawa obserwacja Kaplana to przekonanie, że na Bałkanach paliwem dla nacjonalizmu jest ubóstwo, co jak się wydaje - ma także aktualnie zastosowanie w polskim przypadku.

Marzenia co niektórych o samodzielnej, wiodącej roli Polski w regionie (bez wsparcia tego regionu dla nas) stają się wręcz zabawne i straszne. Zresztą w regionie ideałem w przeszłości i obecnie zawsze było i jest partnerstwo, a nie hegemonia wobec innych. Tak przynajmniej wyobrażał to sobie podczas II wojny światowej katolicki uczony Oskar Halecki. (Oskar Halecki, East Central Europe in Postwar Organization, July, 1943, s. 57) W tym akurat przypadku sięgnąć możnaby (przynajmniej częściowo) do dalekiej przeszłości, a mianowicie do tradycji I Rzeczpospolitej, gdzie Polakiem (wtedy co prawda szlachcicem, ale dzisiaj już Środkowoeuropejczykiem) mógł być katolik, prawosławny i protestant. W dodatku – różnego pochodzenia etnicznego. Konieczne jest przy tym dokładne rozróżnienie w Europie Środkowej między patriotyzmem a nacjonalizmem. A u nas w Polsce, na użytek wewnętrzny trzeba powiedzieć sobie jasno: polskość powinna być atrakcyjna i przyciągać obcych, powinna przygarniać, a nie wykluczać. To co polskie nie może być odrażające i odpychać innych. Na dłuższą metę nacjonalizm nie ma racji bytu, jest samobójstwem. W Europie Środkowej, która jest częścią Unii Europejskiej, cenione będą te narody, które szanują różnorodność innych nacji i których kultura będzie dla innych przyjazna. W samej Środkowej Europie tworzyć się powinna tożsamość środkowoeuropejska. Jej powstawaniu służyć mogą m.in. trafnie dobrane przykłady ze wspólnie przeżywanej historii. Nie będzie takim przykładem idea Międzymorza Józefa Piłsudskiego, która już przed II wojną światową poniosła klęskę. Nie było na nią zgody wśród państw środkowoeuropejskich. Może z wyjątkiem Rumuniii, z którą Polska utrzymywała dobre stosunki. Podczas II wojny światowej rząd emigracyjny w Londynie prezentował zgoła inną koncepcję sfederalizowania regionu. Ta koncepcja, w przeciwieństwie do Międzymorza, cieszyła się poparciem wszystkich emigracyjnych rządów środkowoeuropejskich; większego entuzjazmu nie przejawiali do niej co prawda nasi wschodni sąsiedzi – Ukraińcy, Białorusini i Bałtowie. Wchodzili oni zresztą wówczas w skład Związku Radzieckiego i o żadnym sfederowaniu ich z resztą Europy Środkowej nie mogło być mowy. W każdym, dosłownie, kraju środkoweuropejskim znależć można postaci z okresu II wojny (polityków i uczonych), które opowiadały się za współpracą środkowoeuropejską opartą nie na dominacji lecz właśnie na partnerskiej współpracy.

Byłoby przy tym wielkim błędem, gdyby idea Międzymorza miała być przeciwwagą dla pozycji Niemiec w Unii Europejskiej. (Trzeba sobie uświadomić ten oczywisty fakt, że dla Stanów Zjednoczonych Niemcy są ważniejszym partnerem niż Polska). Pomysł taki nie znalazłby zresztą zrozumienia ze strony państw regionu, które z Niemcami chcą współpracować i widzą w Niemczech przyjaznego partnera.. Idea Międzymorza i nawiązywanie do polityki jagiellońskiej ustawiałoby Polskę w konfrontacji nie tylko do Rosji, ale także wobec państw bałtyckich, Białorusi i Ukrainy. Prawidłową odpowiedzią na potrzeby regionu jest istniejąca już Grupa Wyszehradzka (i ewentualny utworzony wokół niej blok), która nawiązuje do przemyśleń i dokonań środkowoeuropejskich rządów emigracyjnych w Londynie, a w których ważną rolę odgrywali ludowcy. Tak więc nośne obecnie w naszym regionie idee wiążą się nie z postacią Józefa Piłsudskiego, który w samej Polsce jest i pozostanie ważną postacią historyczną, lecz z postaciami Władysława Sikorskiego, Edvarda Beneša i Milana Hodžy. Nie wolno też rezygnować z tak ważnego forum dla polskiej polityki zagranicznej jakim pozostaje Grupa Weimarska (Niemcy, Francja, Polska).

Uwagi końcowe

Agresja, ekspansja czy eksplozja demograficzna miały zawsze znaczenie polityczne, społeczne i gospodarcze. Podobnie jak niski przyrost naturalny wśród niektórych narodów. Myślę, że demografowie badają w sposób precyzyjny to co ma miejsce w Europie. Przynajmniej niektórzy wizjonerzy oraz uczeni zajmujący się prognozowaniem dowodzić mogą wkrótce, że islam odegra już niedługo na Zachodzie niezwykle ważną rolę. Tak jak dzieje się to już w Niemczech, islam w całej Europie stać się może powoli częścią europejskiej kultury i tożsamości. Być może, to właśnie islam stanie się dodatkowym spoiwem, którego tak bardzo leniwej Europie brakuje. Nie oceniam czy to dobrze czy żle, ale tak może się zdarzyć. Byłoby napewno źle, gdyby w Europie zaczął przeważać islam radykalny. W tym przypadku należałoby odpowiednio wcześniej wschłuchiwać się w przekaz płynący z ust imamów i eliminować mowę nienawiści. Eliminacja mowy nienawiści nie powinna ograniczać się jednak wyłącznie do środkowisk muzułmańskich. W tym celu ustanowić należy odpowiednie prawo w Polsce, w Europie Środkowej i w Unii Europejskiej. Mam przy tym wątpliwości czy Europa zdoła w dalszej perspektywie powstrzymać rosnącą liczbę muzułmanów. Jeżeli nie ich napływ, to o ich liczbie zdecyduje wysoki przyrost naturalny.Tutaj otwiera się przestrzeń dla ewentualnego wysiłku ewangelizacyjnego, podobnego do tego jaki, w niezwykle małej oczywiście skali, ma miejsce wobec Wietnamczyków w Polsce. Zasadniczą jednak sprawą w Polsce i w całej Europie jest potrzeba akceptacji różnorodności. Nie tylko jednak obawa przed radykalnym islamem powinna spędzać sen z głowy globalnych strategów a proces rozprzestrzeniania broni masowej zagłady, groźba katastrofy nuklearnej i ta straszna broń w rękach szaleńców. Broń ta zagraża wszystkim, niezależnie od wiary, narodowości i koloru skóry. Aby sprostanie tym licznym wyzwaniom, globalnym i regionalnym, było możliwe, Europa Środkowa musi ustalić własne priorytety oraz szybciej niż dotąd integrować się jako region w ramach Unii Europejskiej, która powinna stać się ugrupowaniem ponadnarodowym Integracja Europy Środkowej oraz Unii Europejskiej zabezpieczy nas też przed ewentualnymi pokusami mocarstw powrotu do polityki stref wpływów. Na takiej integracji powinno zależeć też Stanom Zjednoczonym, które tylko w silnej i zjednoczonej Europie znależć mogą solidnego partnera. Unia Europejska i Stany Zjednoczone są sobie potrzebne. Bez Unii Europejskiej Stany Zjednoczone znaczą w świecie o wiele mniej. O to m.in. chodziło prezydentowi Obamie, gdy przestrzegał Brytyjczyków przed Brexitem.

Maksymilian Podstawski

Maj 2016