Powtórka z rozrywki

Mówią, że historia jest matką nauk. Jeżeli to prawda, to nie zna jej niejaki R. Sikorski – zwany Radkiem. To ten, któremu Pan Kaczyński z Macierewiczem zabrali zabawę polskimi żołnierzykami. Płakał wtedy jak dziecko, tak rzewnie, aż nasz Donald - premier dał mu litościwie na otarcie łez inną zabawkę - jak wszyscy wiemy jest nią ministerstwo spraw zagranicznych. Kwalifikacje naukowe pana ministra owiewa dość tajemnicza aura. Radosław Sikorski ukończył studia, uzyskując tytuł zawodowy licencjata. Następnie uniwersytet Oksfordu na wniosek Radosława Sikorskiego wystawił mu także dyplom Master of Arts, uzyskiwany bez pobierania dalszej nauki po co najmniej siedmiu latach od immatrykulacji.

Radosław Sikorski wskazywał w debacie publicznej na ten dyplom jako podstawę posiadania tytułu zawodowego magistra. Ja też chyba wystąpię z podobnym wnioskiem do Oksfordu. Co prawda kończyłem polską uczelnię, ale moja autorska praca dyplomowa modyfikuje światłą teorię Roberta Owena (Anglika), twórcy spółdzielczości dla potrzeb współczesnej społeczności. Podobnie jego uczestnictwo w wojnie afgańskiej, gdzie zwyczajnie jak to się mówi po warszawsku zakapował Amerykanów, kiedy jako korespondent “The Sunday Telegraph” obserwował odpalenie przez islamskich bojowników rakiet Stinger, potwierdzając, że USA dostarczały Afgańczykom uzbrojenie oraz że amerykańscy doradcy z CIA szkolili ich w Pakistanie.

Kwalifikacje moralno-etyczne pana ministra poznaliśmy po publikacji knajpianych taśm. No i na koniec podwójne obywatelstwo. To dość bogaty życiorys. Gdyby od tego zależała jakość dokonań to bylibyśmy mistrzami świata i elitą elit narodów w dyplomacji. Tymczasem… pan Sikorski pilnie pracuje nad swoim negatywnym wizerunkiem. Zachowuje się jak słoń w składzie porcelany, a nie jak wytrawny polityk za jakiego niewątpliwie się ma. Jeszcze zanim został ministrem naraził się warszawiakom postulując zburzenie warszawskiego PKiNu.

Potem było już tylko gorzej. Widać pan minister uwierzył w swój mesjanizm i zaczął rządzić. Nie interesuje mnie jego stosunek do USA, nie interesują mnie też jego ambicje polityczne ani zaszczyty, po które jak wieść gminna niesie nasz Sikorski stara się usilnie acz bezskutecznie. Dostał już po łapach od przewodniczącego Unii ds. energetyki, dostał po łapach od pani Kanclerz Merkel. Widać w Unii nie wystarczy tak jak w Polsce, mieć “przylizany” przedziałek, znać angielski i nosić źle zawiązany krawat, żeby zostać ministrem. Nie robią na Zachodzie wrażenie ani jego dokonania polityczne ani osiągnięcia naukowe. No tak, ale Buzek i szybkobiegacz z Gdańska dostąpili unijnych zaszczytów. Przecież jeden oddał im cały polski przemysł a drugi pieniądze polskich emerytów. No to i stanowiska dla nich są mimo miernych kompetencji.

Także i nasz odzyskany obywatel postanowił, że on też dokaże czynów oczekiwanych przez Zachód i zaczął od przymilania się naszym śmiertelnym zagorzałym i nieprzejednanym banderowskim wrogom. Jak już “naprawił” co trzeba, na Ukrainie więcej się nie pojawił, ale zaczął wygrażać Rosji. Widać wydawało mu się to nie tylko trendy, ale i poprawne politycznie. Przytomni politycy z całej Unii siedzieli cicho, zaś Unia uchwalała kolejne nieprzyjemne dla Rosjan dolegliwości, tylko jakoś opieszale. Natomiast radosny Sikorski na własną rękę wymyślał coraz to inne restrykcje, które miały dotykać Rosję. Koniec końców Unia wprowadziła zapowiadane ograniczenia, ale wcześniej zabezpieczyła skutecznie swoje interesy, natomiast restrykcje w zakresie gospodarki dotyczyć będą przyszłych działań.

My, Polacy, pawie i papugi narodów po raz kolejny zostaliśmy sami, jedną ręką szczypiąc niedźwiedzia w d… zaś drugą - jak zwykle w nocniku . Niedźwiedź oczywiście spostrzegł, że coś go skubie, więc się otrząsnął, a my odpadliśmy od jego futra. W podzięce za nieprzyjazny doń stosunek niedźwiedź nie chce naszych warzyw i jabłek (na razie), aż strach pomyśleć co będzie dalej. Ale jeśli ktoś znał by historię, to powinien wiedzieć czym się kończą takie harce. Dowiedziała się o tym niegdyś harda amatorszczyzna z pierwszej solidarności pod wodzą mojego “ulubieńca” Balcerowicza, która oświadczyła zdumionemu choć pijanemu Jelcynowi że jak Rosja chce z nami dalej współpracować, kooperować i handlować, to od jutra musi nam płacić dolarami. Niedźwiedź podtarł był się deputacją a już następnego dnia kupował za dolary tańsze, a może nawet lepsze towary na Zachodzie. My mieliśmy sukces dyplomatyczny (dokopaliśmy ruskim) oraz możliwość dalszego dynamicznego rozwoju gospodarczego polegającym na zamknięciu kolejnych fabryk, których produkcja była już nikomu niepotrzebna.

Tak więc dziś nastąpiła “powtórka z rozrywki”. Tym razem padło na chłopów i sadowników, następni w tej kolejce są producenci wszelkiej zwierzyny hodowlanej. Co na to nasz młody zdolny ze znajomością angielskiego? Choć powinien się cieszyć, to pali głupa i oświadcza, że to niegodziwy polityczny odwet ze strony Rosji. Drugi młody, zdolny, również nagrany prawnuk bajkopisarza H. Sienkiewicza oświadcza, że to są koszty uczestnictwa w UE. (tylko czy UE o tym wie) bo sama Unia nie doznała od Rosji żadnych krzywd. Kolejny “wielki” spec od rządów oświadczył, że straty sadowników z powodu rosyjskich sankcji pokryje sama UE. Pokryje, albo nie pokryje. Jeżeli nawet pokryje, to daj Boże pieniądz, sadownik zobaczy go gdzieś na nowy rok. A gdzie bieżące opłaty, ZUS, podatki, raty. Przecież (tak wynika z nagranych taśm) władza nienawidzi przedsiębiorczych.

Kiedyś za takimi obrabowanymi przez państwo upominał się A. Lepper. A teraz…??? Jaśnie oświecony pan prof. Belka krzyczał na A. Leppera. “Powrotu do etatyzmu wam się zachciewa”. Ciekawe czy Belka ma dziś inną sensowną receptę na przykrości powodowane sankcjami. Jakie prawo ma rząd do formowania apelu do społeczeństwa o nadzwyczajne zakupy jabłek. A co z warzywami? A co z mięsem?

Wszystkie moje eseje zawierają uzasadniony postulat wprowadzenia właśnie potencjału państwa do gospodarki, ale nie tylko. Rządzący, jak pies ogrodnika, sam nie zeżre i drugiemu nie da. Gdyby tak jak w Czechach wolno było produkować okowitę z jabłek, sadownicy robili by spirytus. Gdyby nie idiotyczne przepisy, z jabłek można by produkować wina (dziś prywatny może wyprodukować 120 litrów na użytek własny). Zaiste pozycja państwa to postawa bezradnego nocnego stróża. O tym mówi L. Miller, ale dlaczego nie formułuje oczekiwanych postulatów.

To dziwne, już nikt na świecie nie realizuje zasad Konsensusu Waszyngtońskiego – ale nie dotyczy to Polski. My z nadzieją jurną budujemy kapitalizm – w wersji amerykańskiej. Nasze elity, np. Belka, Hausner, będąc w rezerwie kadrowej zajmują lukratywne stanowiska w RPP po to, aby po następnych wyborach wskoczyć do rządu. Tak jest w USA. Tak, tylko w USA już Bil Clinton zabronił w swoim państwie stosowania tego “cudu” ekonomii Miltona Friedmana pod rządami której upadały gospodarki państw. W USA rządzący MUSZĄ dbać o interesy swoich obywateli. Wychodzi jednak na to że polskie władze zamiast o nasze interesy dbają o interes amerykanów, ale robią to za nasze pieniądze.

Nie chcę się znęcać, ale muszę na zasadzie retorsji. Do zdumionych sadowników wyszedł pan Sawicki – wieczny poseł, obecnie minister. Ten “mąż stanu” na wnoszone przez producentów owoców miękkich (truskawki, maliny porzeczki) żale na niskie ceny skupu i skargi na zmowę cenową firm zajmujących się skupem surowców oświadczył, że powinni uzyskać podmiotowość, bo dziś nie są stroną w sporze na zmonopolizowanym rynku skupu owoców i producentów soków. Bezczelność tego oświadczenia powinna zmieść ze sceny politycznej cały PSL ponieważ ten pan siedzący na wysokim stołku w ministerstwie ma świadomość koniecznych zmian w strukturze gospodarczej resortu, za który odpowiada. Przez lata nie robi nic, a jak dochodzi do katastrofy, to powiada producentowi “… no co chcesz! Przecież nie zrobiłeś tego, tego i tego, a powinieneś.”

Nowym a jak by starym ruchem Lewicy jest alians z partią Palikota. Nie mam nic do ludzi z tej partii, żałuje że nie ma ich w SLD, ale sam jej szef jest jak mówią moi synowie chodzącym obciachem. Dobranie do kompanii Kwaśniewskiego, Siwca, i Kalisza… to dyskwalifikacja. Odnoszę wrażenie, że na Lewicy nie ma ducha zmian w gospodarce, a miałem nadzieję że L. Miller po tym jak skonsolidował partię, odważy się na ruch mniej ryzykowny niż wykonywany przez Ludwika Erharda i Konrada Adenauera. Oni ryzykowali własną głową wprowadzając własną wersję systemu gospodarczego, odmiennego od uzgodnionego z Amerykanami, dziś nazywaną Społeczną Gospodarką Rynkową. Pan L. Miller ryzykuje najwyżej wiekopomną sławą i zagwarantowaniem partii powodzenia w kolejnych wyborach .

Jeżeli nie jest przekonany co do kierunku zmian, niech zażąda wykładni Trybunału Konstytucyjnego w sprawie realizacji założeń gospodarczych zawartych w Art. 20 naszej Konstytucji traktujących o Społecznej Gospodarce Rynkowej właśnie. Wykładnia może być tylko jedna. Fakt, że w partii musiały by zaistnieć gremia znające gramatykę ekonomii matematycznej, posiadający umiejętność jej wykorzystania i oczywiście prawidłowego stosowania. To moim zdanie niewielki koszt za wprowadzenie społeczno gospodarczego porządku gospodarczego, gwarantującego jeśli nie egalitaryzm to na pewno możliwości równego dostępu do jego owoców.

Ten ruch obaliłby raz na zawsze mit o braku możliwości godziwych zarobków – zbliżonych do zachodnich. Wprowadził by jeszcze jeden element – element konkurencyjności, albowiem dziś , w czasach powszechnego monopolu z elementami oligopolu zamiast konkurencji dominuje zmowa przedsiębiorców, o czym monopoliści doskonale wiedzą i zrobią wszystko, aby nie dopuścić do wprowadzenia konkurencji ponieważ znaczyłoby to możliwość ich rychłego bankructwa. A przecież zasada konkurencyjności to sól, lub jak kto woli, fundament systemu nazywanego Społeczną Gospodarką Rynkową.

 

Adam Zbigniew Gusiew