Marian Kargol

 

Uwagi do artykułu pt. “PGR był jak rodzina” -

zamieszczonego w Przeglądzie (Polemika).

 

Motto: … po tym wielkiego poznasz w tłumie,

że on tylko zwykł to czynić, co umie.”

Adam Asnyk

 

W jednym z ostatnich numerów “Przeglądu” ( nr 34, 2015) przeczytałem artykuł

p. Krzysztofa Potaczała, pt. “PGR był jak rodzina”. Niestety, zostałem nim zniesmaczony i wręcz oburzony. W moim przekonaniu czytelnik, zwłaszcza młodszego pokolenia, po jego przeczytaniu, musi odnieść wrażenie, że PGR-y to coś okropnego, a ludzie w nich pracujący, to prymitywne lenie i w ogóle najgorszy element. Ponadto autor w wielu zasadniczych kwestiach na ten temat mija się z faktami, często najważniejsze z nich neguje oraz zakłamuje. Także szydzi on z ludzi w nich pracujący.

Zatem dziwię się bardzo red. Jerzemu Domańskiemu – którego szanuję – że tym razem pozwolił na zamieszczenie tak niesolidnego i raczej kłamliwego materiału w “Przeglądzie”.

Pokrótce więc pozwolę sobie na sformułowanie jedynie kilku najbardziej w moim przekonaniu, niewłaściwie przedstawionych kwestii w tym artykule.

Na wstępie, autor przytacza przykład, jak to bieszczadzki – prymitywny oczywiście – chłop był wręcz zmuszany na wyjazdy do teatrów; również nie umiał się w nich należycie zachować. Można to więc odczytać, że taka praktyka ówczesnych kierownictw tych gospodarstw, to oczywisty nonsens. Ciśnie się więc pytanie – po co to robiono? Odpowiedź jest tu oczywista; a więc na pewno po to, aby tym prostym ludziom, z bagażem często przedwojennego analfabetyzmu, przybliżyć choć częściowo dorobek kulturalno-oświatowy nowej Polski. W tym miejscu warto przypomnieć, że pomimo powojennej mizerii finansowej państwa, na kulturę i naukę na pewno nie szczędzono środków. Co z tego, że może ci ludzie dowożeni do teatru czy kina nie do końca rozumieli treści w nich prezentowane. Lecz na pewno jakieś wyobrażenie o tym co widzieli i słyszeli pozostawało w ich odczuciach. A to, że nie zawsze umieli się odpowiednio zachować, nie powinno chyba dziwić: bo kto i kiedy miał przedtem odpowiednio wyedukować najbardziej społecznie skrzywdzoną, najuboższą warstwę chłopską (zwłaszcza rejonu Bieszczad), która w Polsce Ludowej przede wszystkim zasiliła załogi PGR. Być może iż autor dlatego odnosi się szyderczo do tych wyjazdów w ramach edukacji kulturalnej, że porównuje je do dzisiejszych tzw. “wyjazdów integracyjnych”. Jak wiadomo, modny staje się dziś zwyczaj, że jakaś bogata firma organizuje taki wyjazd pracownikom na kila dni. Do odpowiedniego ośrodka (hotelu) celem “odpoczynku”. Chodzi o to, że ma to być jakaś rekompensata za wykorzystywanie tych pracowników zatrudnionych na możliwie najniższych stawkach. Wyjazd taki często zamienia się w zbiorowe podlizywanie się kierownictwu, a atmosfera imprezy bywa (podlewana trunkami) daleka od kulturalnego zachowania się uczestników. Zatem można zapytać autora, czym mianowicie lepszym jest taki współczesny wyjazd “integracyjny” od tego pegeerowskiego? Co takiego niewłaściwego było w tym, że w PRL usiłowano, na miarę swoich możliwości, zapoznać prostych ludzi z różnymi formami kultury?

Następna kwestia, choć na pozór błaha, lecz świadczy wymownie o kompetencji autora co do istoty PGR. Twierdzi on bowiem, że PGR to “wzorzec kołchozowy”. Zatem nie rozróżnia kołhozu od przedsiębiorstwa państwowego jakim był PGR.

Kolejna sprawa, to szyderczy wywód autora o poziomie życia ludzi w PGR. Stwierdza on min., że “nikomu nie brakowało na piwo i salceson”. W tym miejscu więc wypada poinformować autora ( bo chyba nie wie), że ludność tam pracująca dysponowała znacznie bogatszym zestawem produktów żywnościowych. Ponieważ pracownicy ci, oprócz pewnych bezpłatnych świadczeń ( np. mleko, ziemniaki) korzystali z przydomowej działki, na której mogli chować np. świniaka, drób, uprawiać owoce, warzywa itp. Wypada tu dodać, że pracownicy PGR mieszkali bezpłatnych mieszkaniach. W wielu bardziej sytuowanych gospodarstwach, budowano dla pracowników przyzwoite domki jednorodzinne. Tego rodzaju tendencja była coraz powszechniejsza w tychże gospodarstwach. I tu znowu wypada spytać autora: co mianowicie było w tym złego ( czy dziwnego), że w systemie ówczesnego wynagradzania pegeerowców, starano się tym ludziom stworzyć przyzwoite warunki socjalno-bytowe?

Najbardziej chyba fałszywie i bałamutnie autor traktuje temat zasadniczy, a mianowicie rolę i znaczenie PGR-ów w gospodarce narodowej, a także sposób ich unicestwienia. W pewnym miejscu stwierdza on, że: “jeszcze w 1981 r PGR-y przynosiły zyski, ale rok 1991 zakończył się totalną klapą”. W tym miejscu aż się prosi, ażeby odpowiedzieć czytelnikom, dlaczego się to stało. Ale autor tego nie czyni – nie wie – czy celowo uchyla się od odpowiedzi?

Zatem pozwolę sobie znowu na poinformowanie go jaki był faktyczny stan PGR-ów, zwłaszcza pod koniec ich istnienia, a także co się z nimi stało. Otóż w końcu lat 80-tych istniało 1665 tych gospodarstw, posiadających w sumie ok. 3,5 mln ha ziemi. Zatrudniały one ponad 500 tys. ludzi. Produkowały ok. 28% zbóż oraz ok, 24% żywca rzeźnego. W sumie dostarczały na rynek ponad 1/3 ogółu podstawowej żywności. Mimo to, konsekwentna, bezsensowna ich likwidacja trwała przez kilka lat, aż do całkowitego ich zniszczenia. W konsekwencji tego działania, metodą tzw. prywatyzacji zmarnowano w zasadzie majątek PGR, którego wartość oceniono na ponad 7,2 mld zł. Sprzedawano więc go lub wydzierżawiano - a często nawet rozdawano – ten majątek wszystkim, kto się zgadzał, beż żadnych niezbędnych warunków. Skutek był taki, że większość ziemi oraz substancji budynkowej trafiło do różnych pseudo-rolników lub wręcz do spekulantów. Powstały ogromne połacie ziemi opuszczonej w formie odłogów. Wszystkie, zwłaszcza lepsze zabudowania gospodarcze i mieszkalne zostały w różnej formie przejęte przez nowych prywatnych właścicieli. Zaś ludność, która tam pracowała i mieszkała znalazła się w beznadziejnej sytuacji, straciła nie tylko pracę, ale także stosowaną opiekę socjalno-bytową. Należy też dodać, że na skutek takiego podejścia państwa tj,. świadomego niszczenia tej gospodarki, sporo majątku po PGR zwłaszcza ruchomego (maszyny, narzędzia, sprzęt gospodarstwa domowego), zostało po prostu rozkradzione. Warto tu podać o jaki to min. majątek chodziło – mianowicie: 333 tys. mieszkań, 858 gorzelni, winiarni i browarów, 269 masarni i rzeźni, 898 suszarni zbóż i zielonek, 714 mieszalni pasz, 31 młynów i kaszarni, 75 chłodni, 415 sklepów, 147 hoteli, zajazdów i barów, 672 obiektów o charakterze socjalnym, kulturalnym i sportowym oraz 2136 zabytkowych zespołów dworskich i pałacowo-parkowych i inne.

A więc autor nie uważa za stosowne,aby bardziej obiektywnie naświetlić udział tych gospodarstw w ówczesnej gospodarce narodowej, w usługach, rozwoju kultury itp. natomiast już wybitnie kuriozalnym zbiegiem zaciemniającym istotę sprawy jest krótkie jego stwierdzenie o “totalnej klapie” tychże PGR-ów. A to dlaczego tak się stało autora zupełnie nie obchodzi. A może nie? Na wszelki wypadek znowu pozwolę sobie go poinformować, jak to się stało naprawdę. A więc stało się to na skutek nagłego zlikwidowania przez nowe , podobno demokratyczne – państwo. W nowej polityce rolnej wyłącznie ze względów ideologiczno-politycznych zaprzestano uznawania i popierania trójsektorowego rozwoju rolnictwa obowiązującego dotąd ( tj. PGR, spółdzielczości i gospodarstw indywidualnych). Postawiono jedynie na gospodarstwa indywidualne i to zwłaszcza na duże. Aby się to odbyło ( tj. likwidacja PGR) w glorii prawa, zastosowana została jedna z tzw. ustaw Balcerowiczowskich (Ustawa Sejmowa z dnia 19 października 1991 r). A więc PGR-y same nie upadły z “hukiem”, jak to twierdzi autor, lecz po prostu zostały zniszczone i to przez własne państwo. W ten sposób zmarnowany został wspomniany wyżej wielomiliardowy dorobek ciężko pracujących przez wiele lat ludzi. Do tego jeszcze tych właśnie ludzi w wyniku powyższej decyzji spotkała niebywała krzywda i poniewierka. O tej rzeczywistej krzywdzie autor także wyraża się pokrętnie i raczej kpiąco. Z przekąsem on zauważa, że tej pozbawionej pracy, a z biegiem czasu i posiadanego dachu nad głową ludności – za bardzo przyszła z pomocą charytatywna ludność zwłaszcza z centralnej Polski. Wręcz w sposób rozpieszczający. Zapewne autor uważa, że dostateczną miała być słynna wówczas “kuroniówko-zupka”, która w istocie tego problemu nie załatwiła, a raczej była czynnikiem poniżającym ludzką godność. Tymczasem wiadomo, iż w każdym jako tako demokratycznym państwie istnieje konstytucyjne prawo zabezpieczające w razie potrzeby ludziom godziwe warunki socjalno-bytowe. Stanowi ono kanon, że jeśli koś utracił pracę i warunki utrzymania nie ze swojej winy – to państwo jest zobowiązane do zabezpieczenia jego bytu. A jak postąpiło w tym przypadku nasze państwo? Nie dość, że nie udzieliło tym ludziom godziwego wsparcia socjalno-bytowego, to jeszcze pozwoliło, aby wkrótce pozbawiono ich dachu nad głową. Wspomniany zaś, zgromadzony przez wiele lat majątek – państwowi likwidatorzy w ramach prywatyzacji zbywali, często za symboliczną złotówkę lub pozwalali, by pozostawał bez opieki i niszczał czy był wręcz rozkradany.

Następna kwestia to powątpiewanie autora w tą szczególną krzywdę ludności bieszczadzkiej oraz jej ubóstwa materialnego. Otóż jest rzeczą oczywistą, że poziom życia zamieszkującej zwłaszcza PGR-y w tym rejonie, zwłaszcza tuz po wojnie – był szczególnie niski. Powszechnie wiadomo, że ten teren był podczas okupacji jeszcze kilka lat po niej rejonem grasowania band UPA, które doszczętnie go plądrowały zostawiając zgliszcza zabudowań oraz tysiące zakrzaczonych hektarów ziemi. Dlatego też te rozległe pustkowia i odłogi państwo usiłowało jakoś w miarę szybko odbudować i zagospodarować min. poprzez organizacje PGR-ów.

W panujących tu wówczas warunkach resztka powracającej w te tereny miejscowej ludności obiektywnie rzecz biorąc, nie była w stanie odbudować tego rolnictwa. Zatem jedynym wyjściem w tej trudnej sytuacji było właśnie organizowanie PGR. Nic więc dziwnego, że były one budowane w warunkach gorszych niż od zera. Składały się na nie nie tylko trudne warunki glebowe (górzystość, zakrzaczenie itp.), ale także brak podstawowej infrastruktury ( brak prądu, wody, dróg itp.). Dlatego też powstające na tym terenie budynki, były z konieczności niemal prowizoryczne, zwłaszcza na początku organizowania tej gospodarki. Także z konieczności w wielu gospodarstwach, obok miejscowej ludności, zatrudniano np. wojsko, a nawet pewną kategorię więźniów. Ten na ogół skromny standard budownictwa różnych niezbędnych obiektów trudno więc porównywać do PGR-ów zlokalizowanych na terenach Polski centralnej, północnej czy zachodniej, gdzie ta sytuacja przedstawiała się o wiele korzystniej. W tym miejscu warto dodać, że na tych terenach większość PGR-ów miała nie tylko przyzwoite obiekty gospodarcze, a sporo z nich osiągnęła wysoko standard obiektów na wskroś nowoczesnych. Wiele z nich porównywano nawet do najbardziej przykładowych gospodarstw tego typu w krajach o wysoko rozwiniętej gospodarce rolnej ( jak Holandia, Francja czy Niemcy). Przykładowo wymienię min. niektóre z nich. Oto w poznańskim – Manieczki, Lubelskim – Machnów, Lubuskim – Osowa Sień, w opolskim – Głubczyce i wiele innych o podobnie wysokim standarcie gospodarowania. Tego rodzaju gospodarstwa zajmowały się nie tylko produkcją rolną, ale stanowiły w wielu miejscowościach promieniujące na okolicę ośrodki kultury, edukacji i sportu. Pegeerowskie gospodarstwa-osiedla miały swoje żłobki, przedszkola, świetlice, biblioteki itp. z których także korzystała okoliczna ludność.

To też wielce nagannym jest ocena autora o budownictwie w PGR-ach. Odnosi się on do tej kwestii wręcz pogardliwie twierdząc, że była to ohydna architektura, którą “od zawsze zżerał liszaj”, bo brakowało farby - oczywiście z niedbalstwa. A więc jak wspomniałem wyżej, istotnie jeśli chodzi o Bieszczadzkie zabudowania w tych PGR-ach, nie były one na miarę potrzeb z powodu trudnej materialnie sytuacji tego regionu, zwłaszcza w początkowym okresie zagospodarowania tego pustkowia tuż po wojennych przejścia. Nie można jednak uogólniać i przyjmować, że takie budownictwo istniało wszędzie we wszystkich PGR-ach. Ponadto złośliwe twierdzenie o braku farby i liszaju na ścianach to na pewno mogło dotyczyć okresu, kiedy już oficjalnie pozbawiono PGR ich własności i stały się one praktycznie bezpańskie. Zatem celowe mylenie tych faktów przez autora jest wysoce nieprzyzwoitym zabiegiem,

Kolejny nader ważny temat, który porusza w tej publikacji autor to “Iglopol”. Znowu przedstawia ten ważny problem w sposób spłycony i nieobiektywny. Przypomnijmy więc pokrótce czym tak naprawdę był ten obiekt. A więc było to wielozakładowe przedsiębiorstwo przemysłowo-rolne na terenie dzisiejszej Rzeszowszczyzny powstawało stopniowo przez kilka lat. Oficjalnie

1 lipca 1978 r to istniejące już Przedsiębiorstwo Chłodniczego zostało przekształcone w Kombinat Przemysłowo-Rolny pod nazwą “Iglopol” z siedzibą w Dębicy. W momencie jego powstania Kombinat ten zaledwie posiadał 5 chłodni , 1 zakład metalowy, 1 budowlany oraz 244 ha ziemi. Apogeum zaś jego rozwoju notuje się na koniec lat 80-tych ub. wieku. W tym okresie pracowało w nim ok 35 tys. osób i obejmował obszar produkcyjny pomad 80 tys. ha ziemi uprawne. “Iglopol” posiadał oprócz gospodarstw rolnych, chłodnie, zakłady przetwórstwa owocowo-warzywnego, mięsnego i zakłady produkcji metalowej, ogólnospożywcze sklepy firmowe, samochody chłodnicze, produkcję materiałów budowlanych itp. “Iglopol' dysponował dużym zapleczem socjalno-mieszkaniowym, kulturalnym i sportowym. Słowem, było to wręcz unikalne wielofunkcyjne przedsiębiorstwo, które swoimi dokonaniami budziło uznanie nie tylko w kraju, ale także za granicą. Należy zaznaczyć, że “Iglopol” w ówczesnym systemie polityki rolnej był swego rodzaju społeczno-gospodarczym nowatorskim fenomenem. Jego pozytywne efekty w tej dziedzinie wzbudziły szerokie zainteresowanie także środowisk naukowo-badawczych. Między in. uruchomiony został do tych badań duży zespół specjalistów a ówczesnej Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR pod kierunkiem prof. Konrada Bajana. Wyniki tych empirycznych dociekań świadczyły jednoznacznie o celowości rozwijania tego rodzaju przedsiębiorstw. Jego też niestety spotkało unicestwienie. Ostatecznie, oficjalnie miało to miejsce w czerwcu 1992 r, odbyło się to po wcześniejszych wielu jego organizacyjnych wymuszonych z zewnątrz przekształceniach, aby w końcu go rozczłonkować, sprywatyzować, a resztki jego majątku przejąć przez Agencję Własności Skarbu Państwa.

Należy dla pamięci podkreślić, że głównym twórcą i dyrektorem “Iglopolu” był p. Edward Brzostowski. On to, po likwidacji tegoż, w 2003 r zdołał jeszcze uratować pozytywne po nim wspomnienia - tworząc Regionalne Muzeum w Dębicy upamiętniające min. dokonania tego gospodarczego fenomenu z czasów PR.

Tymczasem autor omawianego artykułu i na ten temat wypowiada się drwiąco-kpiąco. Np. “miód i mleko, żyć nie umierać”, 'dla każdego chętnego etat” itp. zgryźliwości. Wydaje się, iż autora wręcz drażni fakt, że ludzie pracujący w tym przedsiębiorstwie posiadali godziwe warunki bytowania.

Gwoli prawdy, autor w jednym jedynie miejscu zająknął się, aby zauważyć jak późniejsi nabywcy tych zakładów traktowali ludzi w nim zatrudnionych. A więc za 500-600 zł, na trzy zmiany oraz chamskie często odnoszenie się do tych pracowników.

To jednak niestety nie niweluje ogólnie negatywnej i szyderczej wymowy tego artykułu.

Co gorsza, autor nie tylko szydzi z PGR-ów, ale także i przede wszystkim mija się z faktami, tendencyjnie i złośliwie je interpretuje. Ponadto ludność tam pracującą traktuje jako gorszą kategorię.

Na zakończenie wypada zrekapitulować pokrótce zasadnicze wnioski jakie nasuwają się po zapoznaniu się z ową omawianą lekturą. Oto one:

- Ewentualny czytelnik tego artykułu, zwłaszcza dostatecznie nie obeznany z problematyką pegeerowską – musi odnieść jak najgorsze wrażenie i nie tylko o systemie tych gospodarstw, lecz także o ludziach, którzy tam żyli i pracowali;

- Autror w wielu zasadniczych sprawach mija się z prawdą, a wiele zakłamuje. Nie wiadomo, czy czyni to świadomie czy też jest niedouczony?

 

- Najbardziej rażącymi wywodami autora jest interpretacja upadku PGR-ów, a właściwie zamazywanie przez niego istotnej przyczyny ich zniszczenia. Przecież wiadomo, że uczyniło to państwo i to wyłącznie z przyczyn ideologiczno-politycznych, nie zaś gospodarczych. Bowiem jedynie ok. 10-15 % PGR-ów z różnych przyczyn gospodarowało źle. Natomiast ta znakomita większość wypełniała dobrze lub nawet wzorowo swoje zadania, nie tylko zresztą produkcyjne ale także kulturalno-społeczne, edukacyjne, sportowe i inne w swoim środowisku;

- Omawiany artykuł jest podobno jedynie fragmentem książki tegoż autora pod tytułem

pod tytułem “Bieszczady w PRL-u 3”. Zatem jeśli jej dalsza treść zawiera tego typu rewelacje i “prawdy” co w tym artykule – to jej twórcy można jedynie pogratulować dobrego samopoczucia. Natomiast ewentualnych czytelników wypada ostrzec przed tymi mądrościami;

- Na samym końcu pozwolę sobie jeszcze zadedykować autorowi oraz ewentualnie jeszcze innym apologetom tego rodzaju niszczenia gospodarki – jakże kompetentną opinię wybitnego o światowej renomie naukowca – na ten temat tj. p. prof. Witolda Kieżuna*) – oto ona:

...” a już prawdziwym skandalem - na granicy przestępstwa, sabotażu, była likwidacja PGR-ów. Oczywiście te rolne kombinaty były różnie zarządzane, ale mimo to dostarczały aż 35% całej żywności. Tymczasem zniszczono je niemal z dnia na dzień w sytuacji, gdy w kraju panowała ogromna inflacja. Efekt tej polityki był taki, że setki tysięcy hektarów stanęło na lata odłogiem, a pewna część nie jest uprawiana do dziś. Nie mówiąc już o tym, że wielu byłych pracowników

PGR-ów nigdy nie znalazło pracy.” (cytat za “Angorą” nr 5. 2014).

 

I to jest prawda o PGR-ach – nic dodać, nic ująć.

 

 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

*) Prof. W. Kieżun – ekonomista, specjalista w zakresie zarządzania. Znany w wielu krajach jako ekspert w swojej dziedzinie. Uhonorowany wieloma odznaczeniami i wyróżnieniami krajowymi i zagranicznymi. Członek honorowy PAN. Aktywny uczestnik Powstania Warszawskiego