PLAN BALCEROWICZA PO LATACH

- Debata Zespołu Instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową –

Minęło 20 lat od wprowadzenia planu Balcerowicza będącego pakietem szokowych reform gospodarczych o niezwykle dotkliwych skutkach społecznych. W rocznicę obowiązywania tamtego pakietu przez media przetoczyła się fala entuzjazmu dla odwagi Leszka Balcerowicza i jego ekipy. Mniej za to mówi się o konsekwencjach, jakie odczuło i odczuwa do dzisiaj znaczna część polskiego społeczeństwa. Te kwestie stały się tematem debaty Zespołu Instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową. Zapraszamy do wzięcia udziału w tej debacie i nadsyłania własnych refleksji i przemyśleń.

 

Jan Herman

Pamiętam, że ok. 10 lat przed ogłoszeniem swego planu, czyli w okresie tzw “festiwalu” Solidarności Leszek Balcerowicz był doktorem w Szkole Głównej Planowania i Statystyki i przewodził grupie kilkudziesięciu młodych naukowców z różnych ośrodków akademickich z całej Polski. Wymyślili coś, co się nazywało reformą trzydziestolatków. Była to społeczna gospodarka rynkowa w polskim wydaniu.

Potem tow. Balcerowicz przebywał w USA na stypendium Fulbrighta i odnalazł się, gdy Solidarność ponownie powróciła do władzy. Solidarność zarówno ta przed 10 laty jak i potem w swej konstrukcji społecznej opierała się o bazę lewicowo-konserwatywną. Chodziło wtedy o rady robotnicze, związki zawodowe, postulaty powszechnego dostępu do edukacji i kultury. Z drugiej strony jako priorytet - tradycja, rodzina, Kościół itp, co wyrażała słynna klapa przywódcy.

W swych głównych postulatach Solidarność stała na pozycjach przeciwnych temu, co dzisiaj określa się jako neoliberalizm, ale zafirmowała plan, który Balcerowicz rozwinął do tego stopnia, że stał się przeciwieństwem jego poglądów sprzed 10 lat. I to co wprowadzał, było dokładnie wbrew temu co Solidarność zapowiadała społeczeństwu.

A przecież już w sierpniu 1989 r., gdy było wiadomo, że Tadeusz Mazowiecki zostanie premierem, ten ogłaszał, że szuka polskiego Erharda, czyli kogoś do wprowadzenia w Polsce społecznej gospodarki rynkowej. Balcerowicz się do tego znakomicie nadawał, gdyż jak pisze T. Kowalik w swojej książce o transformacji, był wyznawcą teorii Erharda oraz społecznej gospodarki rynkowej. A okazało się, że zatrudnił skrajnego neoliberała.

Były to więc trzy szwindle, trzy podstępy czy trzy paradoksy, które trudno zrozumieć, a które spowodowały, że zamiast tego o co Solidarność walczyła, wbrew temu co sądzono, że premier Mazowiecki będzie promował oraz wbrew temu, co sam niegdyś głosił, wprowadził system gospodarczy będący odwrotnością wszystkich tych zapowiedzi.

Wacław Tomasiak

Plan Balcerowicza posiada jedną pozytywną cechę, a mianowicie, że zdławił szalejącą inflację. Ale za jaką cenę?

Pan Balcerowicz nie zadał sobie podstawowego pytania – czemu ma służyć transformacja gospodarki i jaki ma być cel, do którego dąży?

Wprowadzano ten plan w warunkach chaosu, gdzie nie było myślenia w kategoriach ekonomicznych. Po pierwsze, nie zbadano jaka jest struktura polskiej gospodarki. Twierdzenie Balcerowicza, że gospodarka socjalistyczna była niewydolna, jest prawdziwe, ale zabrakło odpowiedzi na pytanie, gdzie tkwią przyczyny tej nieefektywności.

Byłem wtedy członkiem rady naukowej przy ministrze gospodarki materiałowej i paliwowej, której przewodniczył prof. Hebda. Wykorzystaliśmy wtedy dane GUS-u i przyjrzeliśmy się strukturze majątku narodowego PRL-u. Struktura majątku narodowego na Zachodzie przedstawiała się następująco: przyjmując za 100 proc. wartość majątku w poszczególnych krajach to najczęściej ok. 70 proc. stanowiły maszyny i urządzenia produkcyjne, 15 proc. stanowiły budowle, hale a resztę zaplecze.

W Polsce w owym czasie było dokładnie odwrotnie: Urządzenia produkcyjne stanowiły w różnych branżach od 15 do 30 proc., natomiast w większości na ten majątek składały się hale, zabudowania gospodarcze i zaplecze.

Balcerowicz powinien był wykorzystać parametry ekonomiczne i zmusić przedsiębiorstwa do pozbycia się tego ciążącego im balastu. Jeżeli np. wybudowano potężną halę za dziesiątki milionów złotych i potem się zastanawiano, co w niej produkować, to wiadomo było, że produkt, który w niej powstanie, nie mógł być efektywny choćby ze względu na zbyt duże obciążenia kosztowe.

Dlaczego jednak tak dużo państwowych przedsiębiorstw przeżyło te najtrudniejsze lata na początku tej transformacji? Stało się tak, bo te ogromne powierzchnie wydzierżawiano zarówno do celów produkcyjnych, jak i magazynowych.

Gdyby Balcerowicz chciał wprowadzić parametryczne sterowanie choćby w postaci podatku od środków pracy, które bezpośrednio nie przyczyniały się do wytwarzania produktu, mógłby uniknąć wielu błędów, które popełnił. Brak takiej strategii spowodował zastąpienie planowania niewidzialną ręką rynku, co okazało się katastrofalne w skutkach. I tak rozwiązano bezmyślnie PGR-y, pozbawiając miliony ludzi perspektyw i środków do życia. A wystarczyło przekształcić PGR na tamtym etapie w spółki pracownicze i zwolnić je z części podatków po to, aby mogły produkować i sprzedawać na rynku.

Błędem było wpuszczanie do polskiej gospodarki specjalistów z Zachodu na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, którzy wyceniali poszczególne przedsiębiorstwa z różnych branż. Te wyceny były niemiarodajne, a często szkodliwe, bo chodziło o jak najtańsze przejęcie dobrze prosperujących przedsiębiorstw, a często o ich likwidację.

Prywatyzacja poszła na żywioł. Firmy sprzedawano często tylko po to, aby nabywca mógł się pozbyć krajowej konkurencji na polskim rynku. Trzeba było wprowadzić zapisy, które obligowałyby nabywcę do prowadzenia działalności wytwórczej na bazie przejętego majątku. A myśmy zamiast produkcją zajmowali się w najlepszym przypadku składaniem sprowadzanych z zachodnich fabryk części, likwidując w ten sposób bezrobocie gdzie indziej a nie u nas.

Najgorsze co zrobiono to zniszczono kadrę specjalistów przemysłowych. Maszynę można kupić i wymienić, a tego się nie da zrobić z ludźmi, których szkolenie jest żmudne i kosztowne.

Zamiast ściągać doradców do wyceny majątku produkcyjnego, należało szkolić polskich przedsiębiorców. Oni byli otwarci na innowacje i nowe mechanizmy zarządzania, ale nie mieli pojęcia jak działa wolny rynek. Przy takiej transformacji podstawową sprawą jest zadbanie o kapitał ludzki, bo łatwo go roztrwonić, ale trudniej wyszkolić specjalistów.

Fundusze uzyskane z prywatyzacji zostały przejedzone. Nic za nie nie zbudowano, a posłużyły tylko do załatania kolejnych dziur budżetowych. To tak jak w rodzinie nie myślącej o przyszłości: wyprzedaje się meble, aby zostać w pustych ścianach, a z czasem i bez mieszkania. Trudno zrozumieć, dlaczego w pierwszej kolejności sprzedawano firmy tzw. perły w koronie, które zupełnie dobrze prosperowały i generowały zyski do budżetu państwa. Sprzedając je na podstawie często pochopnych i tendencyjnych wycen ogołocono budżet państwa z jego podstawowych dochodów.

Błędem było także utworzenie Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Część tych firm wykupiono za bezcen i dziś ich nie ma, a wartość innych sprowadzono do poziomu zerowego. Niektóre się utrzymały i nadal produkują chociażby w przemyśle chemicznym, ale to są przypadki wyjątkowe.

Przedsiębiorstwa państwowe, których organami założycielskimi były poszczególne ministerstwa, np. gospodarki czy skarbu były zarządzane fatalnie. Działo się tak i dzieje nadal, bo ich zarządcami byli i są często przypadkowi ludzie, najczęściej z klucza partyjnego. Przed wyborami mówi się wiele o odpolitycznieniu gospodarki, a po wyborach już tylko obsadza się stanowiska w kluczowych firmach i spółkach.

Ciosem dla naszej gospodarki było także szerokie otwarcie rynku na import bez choćby szczypty wyobraźni ekonomicznej. Brak instrumentów sterowania tym procesem pogrążył do reszty polskie przedsiębiorstwa. Upadły i już się nie podniosły całe gałęzie naszego przemysłu.

 

Władysław Bujwid

W początkach lat osiemdziesiątych uczestniczyłem w zespole, którego przewodniczącym był prof. Baka a jego zastępcą prof. Sadowski. Zespół ten w warunkach jeszcze PRL-u podjął działania zbliżające nas do gospodarki rynkowej, a szczególnie kadrę kierowniczą przedsiębiorstw. W Polsce wprowadzenie zasad gospodarki rynkowej było łatwiejsze niż w innych krajach socjalistycznych, bo tam nie było takiego przygotowania.

Jeśli idzie o Balcerowicza to z przytaczanych o nim opinii można wywnioskować, że był monetarystą, ale nie działaczem gospodarczym. Plan Balcerowicza, jak można się choćby dowiedzieć z książki Nami Klein, był jedną z szokowych terapii przygotowanych przez neoliberalnych działaczy korzystających z kryzysu finansowo-gospodarczego, jakie wtedy w Polsce istniał.

Jednym z najważniejszych zadań to było opanowanie inflacji. Pytanie – kiedy i skąd ona się wzięła? W PRL-u przecież nie było inflacji. Inflacja pojawiła się wraz z Solidarnością, która wymusiła wzrost płac bez pokrycia efektami z produkcji. Ówczesna władza nie miała realnej siły, która by zahamowała niekontrolowany wzrost płac.

Pamiętam opinie prof. Baki i Sadowskiego, którzy mówili, że można by wprowadzić reformy, ale opór “materii” jest tak wielki, że trzeba by iść na wojnę z całym społeczeństwem albo zrezygnować z wielu reform. Wraz z planem Balcerowicza pojawiła się okazja do ich przeprowadzenia, gdyż Solidarność zafirmowała reformy, które okazały się społecznie szkodliwe i w gruncie rzeczy antysolidarnościowe. Dlatego wielu działaczy politycznych było zadowolonych z tego, że Solidarność przejęła na siebie społeczne koszty tych reform i całe odium, które na nią spadło.

Na czym polegała perfidia reform Balcerowicza? Po pierwsze na niekontrolowanym otwarciu rynku wewnętrznego na cały świat. Myśmy do tej pory działali na rynku RWPG, który obejmował ok. 10 proc. rynku globalnego. Na tym rynku istniała określona struktura kosztów w różnych branżach. W stosunku do tego, co działo się na świecie mieliśmy technologie w znacznym stopniu przestarzałe a koszty wytwarzania były znacznie wyższe niż na Zachodzie.

Nagłe otwarcie handlu spowodowało, że ok. 40 proc. przedsiębiorstw okazało się deficytowych i niekonkurencyjnych, co spowodowało ich upadek. Przedsiębiorstwa nie można przestawić na inne warunki działania z dnia na dzień, a na to nie dano czasu. Można było temu zaradzić, wprowadzając cła ochronne choćby na pewien okres. Kto dałby radę się przystosować w tym czasie to mógłby przestawić swoje przedsiębiorstwo na inne tory, inne upadłyby, ale byłby to proces rozłożony w czasie. A tak był to mocny cios zadany całej polskiej gospodarce.

Drugą kwestią był popiwek, czyli podatek od ponadnormatywnego wzrostu płac. Ten wzrost był bardzo wysoko opodatkowany i to w warunkach powstających szybko prywatnych przedsiębiorstw, gdzie popiwek nie obowiązywał i pod tym względem nie było tak drastycznych ograniczeń. Nic dziwnego, że najbardziej wartościowa kadra przenosiła się z przedsiębiorstw państwowych do biznesu prywatnego. O to chodziło tym, którzy chcieli zniszczyć gospodarkę państwową.

Takim trzecim uderzeniem była przecena zapasów. W związku z wysoką inflacją przedsiębiorstwa były zmuszane do przeceny swoich zapasów o wskaźniki inflacji. A cała wartość podwyżki wartości tego zapasu uznawana była za dochód przedsiębiorstwa, który był poddawany opodatkowaniu. Nie był to realny dochód, ale trzeba było od niego zapłacić podatek. Gdyby to była przecena tylko tej części materiałów użytych do produkcji, to miałoby to uzasadnienie. Ale te zapasy, które pozostały w magazynie, a podlegały przecenie, nie stanowiły żadnego dochodu przedsiębiorstwa.

Kierując się przesłankami doktrynalnymi zniszczono także państwowe gospodarstwa rolne. One funkcjonowały w ten sposób, że brały kredyty na wiosnę, a kiedy sprzedawały zbiory, spłacały kredyty jesienią. Były one oprocentowane na ok. 7 proc., a za Balcerowicza to oprocentowanie skoczyło do 70 proc. i kazano te odsetki w tej wysokości spłacać co miesiąc. One nie płaciły, bo jak nie miały sprzedaży to nie miały z czego regulować tych należności, wobec tego podwyższono im odsetki do 140 proc. miesięcznie. I wystarczył tylko rok, aby je wykończyć, a później przyszła decyzja o obligatoryjnym rozwiązaniu PGR-ów.

Perfidia tych wszystkich narzędzi finansowych polegała na woli zniszczenia gospodarki państwowej i taki w istocie był cel owego planu Balcerowicza.

 

Wacław Tomasiak

Mam taką uwagę: w obecnym czasie na forum Unii Europejskiej odbywa się dyskusja nad zasadami handlu emisji dwutlenkiem węgla. Dlaczego wszystkie kraje nie otwierają swych rynków tak jak Balcerowicz, tylko każdy dba o własne interesy, bo wie że silniejszy zjada słabszego.

Druga kwestia: dlaczego w czasie naszego wchodzenia do UE tak szybko urealniano ceny paliw, by dorównać innym krajom? Dzisiaj trudno sobie wyobrazić jakakolwiek gałąź gospodarki, która by nie była związana z energią. Sprowadzenie u nas cen paliw do poziomu UE spowodowało dalsze obciążenie i tak słabej naszej gospodarki. Koszty produkcji poszły w górę, co uderzyło w szereg jeszcze jako tako funkcjonujących polskich przedsiębiorstw.

 

Władysław Bujwid

Weźmy wartość polskiej produkcji – przed reformą Balcerowicza i po reformie. Spadek wyniósł ponad 40 proc, a wzrost odbywał się potem długo i powoli.

 

Odylon Gawęda

Niewątpliwie zasługą Balerowicza było zduszenie inflacji, natomiast rodzą się wątpliwości czy metoda była słuszna. Balcerowicz do dzisiaj przybiera pozę mentora i wyklucza wszelkie wątpliwości co do obranej przez siebie drogi reform. Jego mantrą jest mówienie o prywatyzacji wszystkiego i za każdą cenę. Trzymanie się tego dogmatu przyczyniło się do wielu nieszczęść dla naszej gospodarki, bo sama idea prywatyzacji jest słuszna, ale trzeba ją wprowadzać powoli i z dokładnym wyliczeniem skutków. Pewnym postępem w tego rodzaju myśleniu jest akcentowanie konieczności odpolitycznienia gospodarki, tak aby nasze wiodące przedsiębiorstwa nie padały łupem kolejnych ekip partyjnych dochodzących do władzy.

Balcerowicz chce, abyśmy porównywali się z Niemcami i przytacza przykład, że w 1989 roku nasza gospodarka była na poziomie 30 proc. PKB Niemiec, a w tej chwili mamy 50 proc. Dowodzi też, że jeśli utrzymamy “twardy” kurs to za 20 lat możemy Niemcy dogonić. W sprawie PKB może to tak wyglądać, ale jeśli chodzi o poziom życia to my jesteśmy w Unii po Bułgarii i Rumunii na trzecim miejscu od końca i trudno uwierzyć, że wraz ze wzrostem PKB może się to zmienić. Znaczna część zysku wypracowanego w ramach PKB jest przecież wyprowadzana za granicę.

 

Wacław Tomasiak

To konsekwencja takiej a nie innej prywatyzacji. Dane statystyczne wskazują, że eksport wzrósł, ale proszę zwrócić uwagę na strukturę tego eksportu. To jest nic innego jak eksport kooperacyjny, u nas montuje się z części po kosztach możliwie najniższych a gotowy produkt wywozi się za granicę, gdzie sprzedaż przynosi obcemu właścicielowi godziwe zyski.

 

Zbigniew Kaźmierczak

Jeśli mamy wolność gospodarczą to również powinna obowiązywać równość sektorów gospodarczych czy to państwowych czy prywatnych czy spółdzielczych. Tymczasem robi się wszystko, aby życie ułatwić wielkiemu prywatnemu kapitałowi a utrudnić przedsiębiorcom państwowym i spółdzielczym. Na początku lat 90. podczas przemian głośno mówiono o efektywności gospodarki państwowej i spółdzielczej a po cichu o zniszczeniu “komunistycznych” molochów. Ten tryb myślenia obowiązuje do dzisiaj.

Wtedy to dzielono przedsiębiorstwa na części, aby łatwiej je było przejąć i powstawało mrowie pasożytniczych spółek i spółeczek oplatających ciasną siecią te przedsiębiorstwa. Spółki te jak pompy wysysały z przedsiębiorstw kapitał, majątek, kadrę i fachowców, by po jakimś czasie upaść i przepoczwarzyć się w innego pasożyta. Zaś na gruzach zdemolowanych zakładów państwowych wzrastały fortuny wielu dzisiejszych “krezusów”.

Zrobiono wszystko, ażeby odbudowa polskiego przemysłu zarówno teraz, jak i w przyszłości, była niemożliwa, bo przecież wzrost PKB może dokonywać się z obrotu kapitałowego a niekoniecznie z efektów produkcji.

 

Jan Herman

Balcerowiczem rządziły dwa pryncypia: inflacja i prywatyzacja. Według jego zamierzeń wskaźnik inflacji miał się radykalnie obniżyć i tak się stało. Każdy ekonomista dążyłby do tego celu, bo w wysokiej inflacji pieniądz traci na wartości i obniża się jakość życia.

Drugim jego założeniem było, że własność prywatna jest bardziej efektywna niż własność uspołeczniona, dlatego należy dążyć do powszechnej prywatyzacji.

Do tych punktów Balcerowicz dołączył pakiet reform. To był popiwek, czyli podatek od wzrostu ponadnormatywnych wynagrodzeń.

Innym składnikiem pakietu była dywidenda, czyli podatek od niewykorzystanego majątku. Chodziło wtedy o kapitał produkujący kapitał i kapitał produkujący środki produkcji. W praktyce wyglądało to tak, że inwestowano w hale czy ośrodki wczasowe, czyli w majątek przedsiębiorstwa, aby tylko nie kierować funduszy na płace. Potem ten niewykorzystany majątek obciążano podatkiem, który nie wiadomo dlaczego nazywano “dywidendą”.

Kolejnym składnikiem pakietu był powszechny program prywatyzacji, który składał się z dwóch elementów. Wyznaczono 412 przedsiębiorstw, które miały zostać jednoosobowymi spółkami skarbu państwa, czyli przedsiębiorstwa ze 100 proc. udziałem skarbu państwa. To dawało możliwość wydzielenia jakiejś części i jej odsprzedanie lub sprywatyzowanie przedsiębiorstwa w całości. Te 412 przedsiębiorstw następnie pogrupowano w Narodowe Fundusze Inwestycyjne, które były dysponentami akcji tych przedsiębiorstw. Były to w 90 proc. podmioty zagraniczne.

Czwarty składnik pakietu dotyczył rolnictwa. Nikt w Europie jak dotąd nie znalazł dobrej recepty na szacowanie owoców pracy w rolnictwie. Dlatego prywatne rolnictwo pozostawiono na uboczu, a zabrano się za PGR-y jako przedsiębiorstwa państwowe. Obarczono je popiwkiem, dywidendą i innymi obciążeniami i doprowadzono do upadku. Rolnictwo prywatne natomiast w owym czasie wytrzymało presję otwartych rynków i importu żywności z Zachodu.

Ta gospodarka z poprzedniego okresu, mimo swoich niedoskonałości, kierowała się swego rodzaju logiką systemową. Dlatego przy transformacji zastosowano zupełnie odmienną filozofię zarządzania bez możliwości stopniowego dostosowania się do nowego systemu. Zachodni reflektanci na prywatyzowane przedsiębiorstwa stwierdzali, że nasza gospodarka jest dla nich niewiele warta, natomiast pewną wartość przedstawiały rynki zbytu tych przedsiębiorstw. Stąd częste perturbacje z ich wyceną i zaniżona wartość księgowa.

Wyjątkowo dotkliwym kosztem tych operacji było rosnące lawinowo bezrobocie. W poprzednim okresie było ono praktycznie nieznane. Bezrobocie to nie tylko koszty ponoszone przez całe rodziny, ale ogromna społecznie dotkliwa patologia. Stąd m.in. wzrost przestępczości zorganizowanej oraz pospolitej, pojawienie się grup tzw. “złomiarzy”, biedaszybów, złodziei kolejowych itd. Statystyki policyjne w tamtym czasie odnotowały ogromną ilość zabójstw na tle gospodarczym oraz samobójstw ludzi nagle pozbawionych pracy.

Przed wprowadzeniem pakietu Balcerowicza, który rujnował m.in. wieś, zatrudnienie, przedsiębiorstwa, handel detaliczny, sieć bankowości, ubezpieczeń społecznych i który wyceniał tę gospodarkę na 10 proc. jej dotychczasowej wartości – należało przewidzieć, jakie to przyniesie skutki. Tym się jednak nie zajmowano i puszczono prywatyzację na żywioł.

 

Władysław Bujwid

Nie należy zapominać, że pakiet reform Balcerowicza mocą ustaw wprowadził sejm kontraktowy, w którym większość posiadali posłowie lewicy. Balcerowicz przedstawił swoje propozycje, ale decyzje podejmował Sejm. Posłowie posiadali ekspertów i doradców, którzy mogli w danych kwestiach proponować inne rozwiązania i przewidywać skutki społeczne wprowadzanych reform.

 

Mieczysław Kozłowski

Przy wprowadzaniu tego planu spodziewano się pewnego obciążenia społeczeństwa i związanych z tym możliwymi niepokojami społecznymi. Starano się temu zaradzić nie tylko rozpinając parasol ochronny Solidarności, ale np. spodziewając się zwiększenia bezrobocia stwarzano możliwość wcześniejszego przechodzenia na emeryturę niemałej rzeszy ludzi i to przez dłuższy czas. Zwalnianym z przedsiębiorstw dawano odprawy i to czasem niemałe, pracownikom prywatyzowanych przedsiębiorstw dawano udziały ich przedsiębiorstw, pakiety akcji, w których początkowo partycypowali, a potem niekiedy były to pakiety bezpłatne, a nawet zasiłek dla bezrobotnych nie był tak niski jak teraz i obowiązywał przez cały rok a nie jak teraz tylko przez połowę roku.

Tak więc pewnego rodzaju “poduszka” socjalna miała zastosowanie, chociaż dotyczyła tylko pewnej części ludzi dotkniętych redukcjami. Te zabezpieczenia funkcjonowały przez krótki czas, bo kiedy przekonano się, że parasol Solidarności nie jest dziurawy, reformatorzy poszli na całość, czego skutkiem jest dzisiaj katastrofalne bezrobocie wśród młodzieży sięgające blisko 50 proc. absolwentów wyższych uczelni. Ta młodzież jest innowacyjna i pełna dobrych chęci, powinna wnosić nowe pomysły do gospodarki i zarządzania, a spędza czas na bezrobociu bądź jedzie na “zmywak” za granicę. To także dotkliwy koszt owych przemian ustrojowych z tamtych lat.

Skutki owej “poduszki” odczuwamy do dzisiaj i nie bez kozery media i tzw. poważni ekonomiści krzyczą jednym głosem, że grozi nam krach emerytalny. Za dużo jest młodych emerytów i rencistów i trzeba szybko podjąć działania w kierunku zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn lub podnieść górny pułap o co najmniej dwa lata, aby rozładować nawis, który grozi kryzysem finansom państwa. A to przecież jest rezultat tamtych reform, bo chodziło o to, aby spacyfikować możliwe napięcie społeczne. Tamte posunięcia udało się wdrożyć, ale skutki społeczne odłożyły w czasie i teraz my będziemy płacić za nie rachunki.

 

Odylon Gawęda

Taka “poduszka” socjalna była i funkcjonowała, ale to ona spowodowała daleko idącą demoralizację pewnej części społeczeństwa. Tamte ułatwienia spowodowały, że ludzie oczekują ich także dzisiaj i chcą przechodzić na emeryturę w bardzo wczesnym wieku. Tamte mechanizmy wprowadzono po to, aby nie było sprzeciwów wobec prywatyzacji, a uderzyły bumerangiem w całą gospodarkę.

 

Wacław Tomasiak

Tu trzeba dodać, że nikt nie monitoruje, jakie kadry i w jakich dziedzinach gospodarki są potrzebne i szkolenie na wyższych uczelniach odbywa się w sposób żywiołowy, ale nieefektywny. Szkoli się kto chce, byle mieć dyplom, a rezultat jest taki jak w modelu amerykańskim, że produkujemy marketingowców i byle jakich ekonomistów, a to dlatego, że łatwiej jest nimi manipulować, bo pracownicy z doświadczeniem zawodowym mogą mieć różne punkty widzenia, różne żądania i dlatego mogą być niewygodni.

Na przestrzeni dwudziestu ostatnich lat dokonała się dewastacja nauczania na wyższych uczelniach, szczególnie na potrzeby gospodarki. Obcina się programy i zawęża nauczanie do elementów, które w obecnej rzeczywistości często już nie mają zastosowania. Przyczyniła się do tego także likwidacja szkolnictwa zawodowego, co pozbawiło polską gospodarkę jakże dzisiaj potrzebnych fachowców.

 

Jan Herman

Podkreślam: fakt, że to iż stan wielu aspektów codzienności radykalnie się poprawił – nie jest żadnym argumentem na rzecz tego, aby kilkanaście milionów ludzi w 20 lat po reformie żyło poniżej lub niewiele powyżej granicy nędzy. Pełne półki z towarami nie zmieniają sytuacji, której istotą jest niedostępność tych towarów (tym razem ekonomiczna).

Niezła kondycja podmiotów gospodarczych nie zmienia faktu, że ludzka zapobiegliwość i inicjatywa jest w przeważającej masie eksploatowana na rzecz wąskiej grupy sukcesorów nowego systemu lub marnotrawiona. Miliony przepisów prawa “demokratycznego” nie zmieniają sytuacji, że, której istotą jest ciemiężenie słabszych przez silniejszych w oparciu o to prawo.

To, że np. rolnictwo “odkuwa” się powoli, nie zmienia faktu, że w kraju zdolnym wyżywić ok. 100 mln ludności, większość żywności jest importowana. Łatwość stania się przedsiębiorcą czy kredytobiorcą nie zmienia faktu, że pozorni “beneficjenci” są karmą dla tych, którzy rynek podporządkowali sobie.

Poniżej wszelkich oczekiwań jest państwo, które w ciągu 20 lat poszerzyło swoją “wszędobylskość” i ucisk, podporządkowują sobie samorząd terytorialny, przechwytując dzięki funduszom unijnym kliencki “III sektor” i uprawia jako normę swoją arogancję-alienację. Stężenie pomyłek, błędów i patologii, przy rosnącym zadłużeniu wewnętrznym i problemach budżetowych już dawno przekroczyło dopuszczalne granice.