O tym i owym…

Poziom szaleństwa, z jakim mamy do czynienia w ciągu ostatnich trzech miesięcy rządów PiS, nakazywał wstrzymanie się od jakichkolwiek komentarzy. Kumulacja tak wielkiej ilości niedorzeczności, jakie mają miejsce w polityce naszego kraju, wymaga zastanowienia nad własnymi zdrowymi(?) zmysłami i chyba ma ten jedyny walor, że jest niespotykana w cywilizowanym świecie. Zadziwiające w tym galimatiasie są poczynania pana prezesa, którego uważałem za wytrawnego polityka. Jednak Jego znane fascynacje Marszałkiem mają tę wadę, że Dziadek był socjalistą których pan K. nie cierpi. Po drugie był czynnym bojownikiem a później żołnierzem, czego o panu K powiedzieć się nie da. Zmiany, jakich Marszałek dokonywał w strukturach rządu miały ten walor, że miały sens, np. powołanie pana Kwiatkowskiego na ministra gospodarki w miejsce swojego stryjecznego brata. Kolejnym nielubianym a trafionym nominatem był Stefan Starzyński. Dziadek lubił kobiety, kochał swój naród… Pan Prezes lubi koty i jest demonem socjodestrukcji. To dość poważne różnice między mentorem i żakiem, które muszą budzić zdziwienie.

Ale idźmy dalej. W ostatnim czasie (przedwyborczym) pan Prezes nie krył fascynacji dokonaniami innego polityka - Wiktora Orbana i zdecydowanie chciał swoj¹ politykź poprowadzię w tym samym kierunku, ale… Pan Orban wygra³ wybory, bo naród zaakceptowa³ jego program. Pan Orban dla swojego programu osi¹gn¹³ poparcie ¾ spo³eczeństwa. Pan Prezes ledwie 1/3 a i to w oszukańczy sposób. Orban zmieni³ konstytucję bo miał konstytucyjną większość w parlamencie. Pan prezes usiłował zamordować konstytucję wyprawiając niewiarygodne łamańce prawne, ośmieszając sejm i prezydenta. Orban ma społecznie akceptowany program energetyczny oparty na współpracy z Rosją, czego pan prezes nigdy nie dokona. Orban ma znakomity program – ofertę prokreacyjną. PiS przyjął prymitywną, w istocie socjalną formę rozdawania ryb zamiast wędek.

Śmieszne jest to, że zakonnicy pana Prezesa z mołojecką swadą, absolutnie bezrefleksyjnie tłumaczą słuszność swoich poczynań w nadziei, że głupi lud to kupi. Lud to oczywiście weźmie, ale nie kupi. Przerażająca jest percepcja przyzwoitych, żeby nie powiedzieć godnych zachowań ludzi sprawiedliwej partii. Prezydentowi udowadniają, że podobnie jak Hofman wyłudzał pieniądze z państwowej kasy. Tyle że tamten to pospolity hochsztapler a tu prezydent i w dodatku dr nauk prawniczych. Jakoś ucichło! Następny drobny kancik zastosował pan minister Szałamacha. Studiował w USA, ale kasę brał z sejmu. Teraz zapewne wiedza, jaką zadysponuje, z nawiązką zwróci państwu te marne dziesiątki tysięcy. Już nawet zaczął – wprowadził 500 + a na przyszły rok nie ma zabezpieczonego budżetowania tego światłego programu, więc pewnie podniesie WAT a to umie każdy głupi. Zresztą pan Prezes dał się podejść jak dziecko ludziom z MFW i BŚ i spece z USA zainstalowali mu dwóch emisariuszy tj. Szałamachę i pana Morawieckiego.

Żeby dokończyć ten temat przypomnę, że pan Petru jest poplecznikiem balcerowicza i namiestnikiem MFW. To wszystko armia neoliberałów. Te fakty są dowiedzione. Niebanalny 25 letni plan autorstwa pana Morawieckiego dowodzi wyjątkowo starannego wykształcenia, albowiem świat nie zna możliwości zaplanowania tak ogromnej przestrzeni czasowej, to oczywisty nonsens. Zaś rozwój polegający na absorbcji obcego kapitału, to prosta droga do neokolonializmu. Poza tym pan minister ma świetne cechy ministra rozwoju ponieważ spełnia kryteria szmoncesu, w którym zarząd przyjmuje do pracy nowego speca od rozwoju. Pytanie jest takie: “ile to 2 x 2” - kolejni kandydaci odpowiadają że cztery! Zarząd wszystkim dziękuję, aż wchodzi Aron. Panie Aron, pyta przewodniczący, co to będzie 2 x 2? Aron chwilkę myśli i odpowiada “A ile ma być?” Posadę dostał. Postawę szmoncesowego Arona przyjął pan Morawiecki, przytomnie krytykując jakieś błazeństwo rządu, ale już następnego dnia z rana pytany przez redaktora Rymanowskiego jak to jest z tym krytykowanym projektem, bo pani premier jest innego zdania, odpowiedział: “jeżeli pani premier tak mówi, to znaczy tak będzie…”.

Jeszcze słówko o panu prezydencie. Zrezygnuję z urzędu, jeśli w ciągu roku nie zrealizuję trzech swoich obietnic - powiedział pan prezydent. No cóż, słowo się rzekło. A więc, obniżenie wieku emerytalnego. Okazuje się że pan prezydent otoczony wianuszkiem przeważnie dyżurnych speców od gadania stworzył Narodową Radę Rozwoju. To oczywiste kpiny z nauki i wiedzy i prezydent niebawem za to zapłaci. Tymczasem w sprawie wieku emerytalnego, spece którzy z naszych podatków otrzymują kolosalne apanaże, okazują się być utytułowanymi bezradnymi nadętymi balonami pozbawionymi umiejętności abstrakcyjnego myślenia. Rachunki, jakie w tej sprawie wykonują, nie upoważniają do naukowych tytułów, to poziom starego technikum ekonomicznego. Więcej na ten temat niczego nie powiem.

Kolejna obietnica, na której wykładają się nasze intelektualne elity, to problem frankowiczów. Pomysł prezydenta nie zły, tylko nie ten płatnik. Komu się zmiele, temu się skrupi – to klasyka gatunku, bo choć jest tu wina naszego państwa, którego służby specjalne zawiodły i za to polskie państwo powinno zapłacić, ale… nie tylko nasze. Jeżeli elity – niemal hufce elit ekonomicznych nie wiedzą co zrobić, to jest to albo skrajnie nieodpowiedzialne, albo dyplomy do weryfikacji. O 500+ już było, ale o kwocie wolnej od podatków nie było i nie będzie. “To jak panie Zalewski – słowo się rzekło, kobyłka u płotu”. Ta błazenada w wykonaniu zwycięzców wyborów doprowadzi do zniknięcia po wsze czasy takiego przeraźliwego tworu politycznego z pogranicza grozy i fantasmagorii. I jeszcze ten grób, który moim zdaniem własnoręcznie kopią sobie mołojcy z partii prezesa, to sprawa Prezydenta L. Wałęsy.

To oczywiste, że sensacyjne “odnalezienie” teczek na L. Wałęse na długo przysłoni wszystkie facecje, jakie wyprawia ten rząd. Teczki to ulubiony temat pana prezesa. Pamiętam jak zaraz po poprzednich zwycięskich pisowskich wyborach, pan bliźniak, w czasie jakiejś imprezy wyszedł na scenę z teczką pod pachą , otworzył ją i powiedział: - “Oto przedstawiam państwu sfałszowaną przez SB teczkę, w której fałszerze oskarżają mnie o współpracę z SB. Oświadczam państwu, że to wszystko fałsz…. I koniec. Myślę że gdyby Pan Wałęsa postąpił podobnie, dziś miałby święty spokój, albo ciągnął by za sobą Kaczyńskiego. Ale od początku. Nie na darmo starsi historycy, co prawda cichutko, ale namawiają młodzież o umiar w ocenach i uwzględnienie kontekstu tamtych czasów. I to jest bardzo ważne. Osobiście nie lubię pana Wałęsy, nigdy na niego nie głosowałem ale i nie plułem i nie pluję. Kontekst jest niesłychanie ważny i pan prezes powinien powściągnąć zapędy gówniażerii, która biega po wszystkich telewizjach i z wypiekami na twarzach pieprzy co jej ślina na jęzor przyniesie, bo o pomyślunku nie ma co marzyć. Zastanawiające jest to, że w obliczu “porażających dokumentów” wszyscy, ale to wszyscy ówcześni przywódcy Solidarności murem stanęli w obronie Wałęsy. Od Bujaka do Onyszkiewicza, Frasyniuka i Wójca oraz wielu, których nazwisk nie pomnę. Ujmę to inaczej. Nikt ważny z dawnej opozycji o Wałęsie nie powiedział złego słowa. Pewnie wiem dlaczego i dokładnie to rozumiem – może dołączam się do tych głosów arogancko, bo nigdy do Solidarności nie należałem ale… nie trzeba było wtedy należeć, żeby dostać się w łapy SB.

Prawie całe życie byłem prywaciarzem i spokój ceniłem sobie nade wszystko. Poszedłem po coś do sklepu elektrycznego który był gdzieś przy barbakanie. Miałem kupić jakieś elementy elektryczne, niestety sklep był zamknięty, więc wróciłem na rynek z zamiarem pójścia na Krakowskie do autobusu 175. I nagle z przeciwka tabun chłopaków pędzi prosto na mnie. Na Freta ciasno, nie bardzo jest się gdzie schować, więc zamiast uciekać mało czujnie wskoczyłem za jakiś załom. Chłopaki przebiegli, więc wychylam się i… łup, jeden sprawny cios i leżę, czuję że mam rozbitą głowę, oczy zalewa krew, nic nie widzę, gdzieś mnie ciągną, coś wrzeszczą, słyszę, że jadę samochodem – ciężarówka, dookoła młodzi chłopcy. Wychodzimy, Biegiem, wszyscy do piwnicy (aresztu) przesłuchanie. Porucznik karze mi przemyć twarz. O nic nie pytają, odczytują jakieś paragrafy i pytają, czy się przyznaję. Tłumaczę że nie, że ja tu jakimś przypadkiem, fest kopniak rzuca mnie na ścianę. Wreszcie pytanie, co tam robiłeś. Odpowiadam co i jak, ale widzę, że to na nic i że zaraz pewnie znowu oberwę. Wyciągaj pasek, sznurówki i wszystko z kieszeni. Portfel z gotówką, O, co to za kartki?! Ulotki??? Rozwija, czyta. Co to jest? Mówię, że to spis części zamiennych do telewizorów, mam zakład naprawczy, byłem po części, ale sklep był zamknięty. Dobra sprawdzimy - depozyt i na korytarz z nim. Portfel, gotówka, zegarek, zapiski, podpisz… Na korytarzu czekałem do wieczora. Wołają mnie. Jakiś sierżant mówi, że sprawdzony pozytywnie, zamieszkuje, pracuje, żona urodzona… dwoje dzieci, lat tyle i tyle, jedno w szkole nr 10 1 klasa, drugie 3 lata, przedszkole na ks. Trojdena. I dalej - odbył służbę wojskową, usunięty z PZPR, ukończył technikum Kasprzaka, żona SGPiS, pracuje w INCO... W kilka godzin wiedzieli wszystko. No to masz dużo do stracenia - mówi sierżant: żona, dom, praca, dzieci, wszystko od państwa. Zabieraj się stąd, bo następnym razem… Portfel, gotówka pasek, zegarek, jakieś karteluszki, podpisz tu i tu. Podpisałem. I choć to może dobrze o mnie nie świadczy, do dziś nie wiem co podpisywałem, zresztą było mi to wtedy tak dokładnie obojętne, że pewnie i lojalkę bym podpisał, byle się stamtąd wydostać i nigdy nie wrócić.

Myślę, że działacze Solidarności wiedzieli co ich czeka w razie wpadki. Znali procedury ubeckich aresztów i więzień, wiedzieli, że każdy musiał podpisywać. A co, wiedziało tylko SB. I dlatego rewelacje Kiszczaka tak mocno ich nie obchodzą, a co starsi apelują o kontekst. Na liście Wildsteina mojego nazwiska nie ma. Wiem, co przeżywał młody chłopak ze wsi bez wykształcenia z żoną, z przychówkiem, zakładowym mieszkaniem i pracą, która była dla niego wielkim awansem społecznym na miarę czasów. SB też wiedziało. To nie dziś, że jak mi się nie podoba, to paszport i na drugi koniec świata. Wtedy SB decydowało, kto dostanie a komu odmówią wydania paszportu, bez podania przyczyn. A dokumenty? Pewnie przy dzisiejszej technice można bezbłędnie podrobić dokumenty królowej angielskiej, a nie tylko jakieś fiszki i zapiski. Wyobrażam sobie co by mówili - gdyby walczyli - dzisiejsi chojracy, typu Ziobro czy Jaki, których w tych latach tatuś pewnie nawet jeszcze nie projektował. Niech by stanęli przed przemożną i brutalną siłą, jak dostali by po pysku za złe odpowiedzi, jak by im parę szturmówek na plechach wyprostowali tak, żeby im zęby z życi czwórkami wychodziły, przepędzili przez ścieżki zdrowia, wtedy mieli by prawo poszczekiwać. Nie słychać pana prezesa, to dobrze - on też wie, co to znaczy, bo też w SB zaliczył dołek. Nie rozumiem też zajadliwej napaści na Wałęsę ludzi z gębami pełnymi zasad moralnych, którzy mało nie ukrzyżowali Michnika za Maleszkę. Wałęsa zdrajca. A ten powiatowy prokuratorzyna oskarżający w czasie stanu wojennego, obecnie robi za gwiazdę u Kaczyńskiego. Kim jest ta miernota, która ma czelność wyciągać łapy po godności poselskie, kpi sobie w żywe oczy ze swoich ofiar ku uciesze PiS-owskiej gawiedzi. A sędzia Kryże. Ten prawdziwy Polak oskarżał w stanie wojennym. A towarzysz Jasiński!? Że o innych z litości nie wspomnę. Ta moralność z całą pewnością zaskoczyła by samego Kalego. Ale PiS da radę...

 

Adam Zbigniew Gusiew