Czy nasze władze boją się prawdy?

w 70-tą rocznicę zbrodni ukraińskich nacjonalistów na Kresach RP -

motto: “słońce nie świeciło już nad ziemią,
bo je zasłaniały dymy pożarów,
a nocami zamiast gwiazd i księżyca,
świeciły pożogi, płonęły miasta, wsie, kościoły”...

 

W lipcu br. ( 11.07.2013) mamy 70 rocznicę apogeum ludobójstwa popełnionego przez nacjonalistów ukraińskich na polskiej ludności Kresów II Rzeczpospolitej. W tym dniu 1943 r bandyci spod znaku UPA, OUN zaatakowali jednocześnie 167 miejscowości i wymordowali kilkanaście tysięcy Polaków oraz innych mniejszości narodowych. To okrutne zdarzenie podkreślamy szczególnie dlatego, że miało ono miejsce tylko w jednym dniu i było dokonane na tak wielką skalę. Jednakże w tym miejscu należy podkreślić, że owe mordy dokonywane były w długim okresie tj. w latach 1939 – 1947 i ich niechlubnym plonem było ok. 200 tys. zamordowanych. Ludobójstwa tego dokonano przede wszystkim na zamieszkujących kresowe wsie polskich chłopów, pozbawionych naturalnych przywódców i działaczy społecznych , których w czasie okupacji zgładzono, aresztowano, lub deportowano.

Aby przybliżyć, a raczej przypomnieć te tragiczne wydarzenia, wypada naświetlić nieco szerzej tło, przyczyny i skutki wspomnianej tragedii. Należałoby także szczegółowiej udokumentować owe wydarzenia. Dlatego też posłużę się przede wszystkim pamięcią, własnymi przeżyciami oraz wiadomościami pochodzącymi od ludzi, których w jakiś sposób dotknęła owa tragedia.

Moją relację o tych zbrodniczych aktach nacjonalistów ukraińskich postaram się z konieczności skrótowo przedstawić z mojego terenu, który umownie nazwać można “pograniczem Kresów”, gdyż dotyczy on części woj. lwowskiego oraz południowo – wschodniej części woj. lubelskiego.

Bowiem urodziłem się (i przez wiele lat mieszkałem) w “kolonii” Turyna *) – wieś Tarnoszyn, pow. Tomaszów Lubelski (dawniej Rawa Ruska, woj. lwowskie). Jest to miejscowość położona przy obecnej granicy polsko-ukraińskiej, dawniej ściśle związana gospodarczo i kulturowo z regionem lwowskim. Tą moją miejscowość – przed II wojną – zamieszkiwali głównie Polacy i częściowo Ukraińcy. Na Turynie spośród 27 rodzin, tylko 5 to były rodziny ukraińskie, w tym jedna mieszana. Natomiast nasza macierzysta wieś Tarnoszyn to duża miejscowość licząca na koniec 1939 r około 280 rodzin, a jej początek sięga czasów Władysława Jagiełły. W Tarnoszynie 2/3 ludności to byli Polacy, resztę stanowili Ukraińcy wyznania prawosławnego. Do okupacji te dwie nacje koegzystowały bez większych problemów, uczestnicząc nierzadko wspólnie w uroczystościach religijnych w kościele i w cerkwi. Zanim jednak przejdę do wspomnianych wydarzeń – głównie z tego terenu mojego miejsca zamieszkania – a to odnosi się przede wszystkim do bliższych i dalszych okolic Tarnoszyna, wypada sformułować kilka uwag ogólniejszych.

Nieco historii: jak wiadomo dawne ziemie wschodnie R.P. Były w dalszej i bliższej przeszłości krainami, na których rozwijała się kultura, gospodarka i w znaczniejszym stopniu mieszane etnicznie osadnictwo. Zachodziły też procesy polonizacyjne głównie w odniesieniu do warstw wyższych zamieszkałych tam narodowości: Rusinów, Ukraińców, Łemków, Bojków, Ormian, Tatarów, Żydów i wielu innych nacji tam zamieszkałych i zgodnie najczęściej wspólnie żyjących.

--------------------------------

*) “kolonia” Turyna – to przyczółek wsi Tarnoszyn oddalony od niej ok. 1,5 km.

Kojarzyły się mieszane małżeństwa, powstawały w ten sposób – rzecz jasna – mieszane rodziny zarówno pod względem narodowościowym jak i religijnym. Kultura polska w zasadzie dominowała i to nie tylko z tych powodów, o których się dzisiaj często mówi, że była niejako narzucana, ale też i to głównie dlatego, iż chętnie ją -zwłaszcza warstwy, nazwijmy to umownie, oświecone – przyjmowały i uznawały za swoją. Dotyczy to zarówno mieszkańców dzisiejszej Ukrainy, Białorusi, Litwy. Wielu z nich, a zwłaszcza Żydów, wpisało się twórczo w Polską literaturę i sztukę. Niestety, trzeba w tym miejscu stwierdzić, że ten wspólny rozwój i harmonijne współżycie były nader często przerywane – głównie na obszarach Ukrainy – krwawymi walkami, zbrodniami z tego płynącymi, a nawet – jak w latach II wojny światowej i kilka po jej zakończeniu – ludobójstwem. Bo tylko tak można nazwać to, co tzw. banderowcy, UPA i jej polityczna nadbudowa czyli OUN, czyniły z zamieszkałymi tam z dziada – pradziada (jak się zwykło mówić) Polakami.

Wołyń i Podole np. to obszary – jak wiadomo – zamieszkałe przez ludność mieszaną. Ludność polska i ruska zamieszkiwały tam od zarania dziejów. Lwów i wiele innych miast to ośrodki pod względem narodowościowym mające wówczas przeważnie charakter polski i w mniejszym stopniu żydowski. Co nie oznacza, że mieszkali tam wyłącznie Polacy. W samym Lwowie oraz Małopolsce Wschodniej lub jak później te tereny nazywano w czasie zaboru austriackiego – Galicji, Ukraińcy w miastach stanowili nikły procent. Znacznie więcej ich mieszkało na wsiach. Mimo to ukraińscy nacjonaliści współpracując z hitlerowcami przeprowadzili tam zbrodnicze czystki. Trzeba podkreślić, że Niemcy w tych bratobójczych walkach odgrywali rolę inspiratorów.

Zanim doszło do znanych tragedii – mordów UPA na Polakach zamieszkujących Wołyń, Polesie i inne wschodnie tereny Polski, warto rzucić pewne światło na kształtowanie się stosunków polsko-ukraińskich na tych terenach. Trzeba podkreślić, że Ukraińcy zawiedli się z powodu tego, że nie udało im się uzyskać samodzielności w wyniku I wojny światowej. Nieudany okazał się krótkotrwały pakt S. Petlury z J. Piłsudskim. Jak wiadomo, w kwietniu 1920 r rząd polski zawarł umowę z tymczasowym rządem Petlury, uznając go za prawowitą władzę na Ukrainie. W zamian za to Petlura zrzekł się pretensji do dawnej Galicji Wschodniej. Jego oddziały brały udział, obok wojsk polskich, w ofensywie na Kijów w 1920 r. Po odrodzeniu wolnej Polski w 1918 r, z czasem dają o sobie znać różne działania nacjonalistycznych przywódców ukraińskich. Już w 1920 r w Pradze czeskiej utworzona została tajna Ukraińska Organizacja Wojskowa (UOW). Szczególnym celem tej organizacji było przygotowanie ludności ukraińskiej do walki zbrojnej przeciwko Polsce i ZSRR.

W 1929 r na drugim kongresie w Wiedniu, w miejsce UOW, została utworzona Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Ta zaś od początku swojego istnienia związana była z ruchem faszystowskim, zwłaszcza włoskim i niemieckim. OUN głosiła hasła budowy wielkiej, niezależnej (samoistnej) Ukrainy w wyżej wspomnianym duchu. Próbowała ona w swoich hasłach wykazać, że jedynie ona walczy za “sprawę ukraińską” i zdecydowanie występuje przeciwko polskiej “okupacji”. Szczególnego poparcia doznawała OUN od własnego duchowieństwa, którego seminaria były wręcz wylęgarnią nacjonalizmu. Niemcy, po dojściu Hitlera do władzy, usilnie wspierały tą organizację moralnie i finansowo. Poprzez wówczas wolne miasto Gdańsk – dostarczali ukraińskim nacjonalistom broń, amunicję, materiały wybuchowe. Tam też wiele bojówek ukraińskich przechodziło specjalne szkolenie dywersyjne pod opieką NSDAP. Stąd częste na terenie Polski akty dywersji. Już w 1921 r usiłowano min. zastrzelić J. Piłsudskiego podczas jego pobytu we Lwowie (ranny wtedy został towarzyszący mu ówczesny wojewoda K. Grabowski). Ofiarami różnych bojówek padli min. literat i poeta ukraiński – I. Twerdochlib, dyrektor ukraińskiego gimnazjum w Przemyślu – Matwieja, poseł na sejm RP T. Hołówko i in., którzy byli przeciwni ekstremalnym działaniom nacjonalistów.

W 1934 r bojówka OUN zamordowała w Warszawie ministra spraw wewnętrznych B. Pierackiego. Niezależnie od aktów terroru, nacjonaliści ukraińscy organizowali szereg innych akcji prowokacyjnych i sabotażowych. Te nasilające się ze strony aktywistów OUN ataki zostały nieco przyhamowane poprzez fakt zawarcia paktu Polski i Niemiec o nieagresji. Tym niemniej ten pozorny spokój nie trwał długo, bo zaledwie kilka miesięcy. Powodem tego było to, że obie strony (Polacy i Ukraińcy) nie były zadowolone. Ukraińscy nacjonaliści dążyli nadal do umocnienia swoich wpływów na terenach zamieszkałych w części przez swoich rodaków, z drugiej strony Polska dążyła do “unarodowienia” oraz “nawrócenia” tej ludności na katolicyzm.

Charakteryzując omawiany teren, nie sposób pominąć stosunków społeczno-politycznych w okresie międzywojennym, w odniesieniu do miejscowości położonych na omawianym “skraju Kresów”. Dotyczy to przede wszystkim kilkunastu osad i wsi rozlokowanych wokół moich rodzinnych – Tarnoszyn i Turyny – które w znacznym stopniu ucierpiały od upowskich napadów. Są to min.: Chodywańce, Dyniska, Jarczów, Korczmin, Kornie, Machnów, Lubycza Królewska, Szczepiatyn, Uhnów, Wasylów, Żerniki oraz inne, położone nieco dalej. Ludność tu mieszkająca była oczywiście narodowościowo zróżnicowana. Ogólnie można powiedzieć, że przeważała tu jednakże liczenie ludność polska (ok. 60-70%), a resztę stanowiły inne mniejszości, głównie Ukraińcy. Nader ciekawym narodowościowo był zwłaszcza Uhnów, bowiem początek jego powstania datuje się jeszcze na czasy najazdów tatarskich. Powstał on z mieszaniny ludności polskiej, ukraińskiej i właśnie tatarskiej. Tuż przed II wojną światową liczył ok. 12 tys. mieszkańców, w tym ok. 30% stanowili Polacy, a pozostali to Ukraińcy, Białorusini, Żydzi i mieszańcy owych pozostałych Tatarów. Należy tu jednak zauważyć, że aczkolwiek w tym moim “mikroregionie”, tj. na terenie znanym mi niejako z autopsji – stosunki polsko-ukraińskie były poprawne – to nie można o tym tak powiedzieć, że były one wszędzie normalne.

Gwoli prawdy trzeba wyraźnie podkreślić, że ówczesne władze II R.P. nie pozostawały bierne, zwłaszcza na różnego rodzaju ekscesy nacjonalistycznych ekstremistów. Obok zrozumiałego zwalczania poszczególnych przestępców, stosowano niestety także coś w rodzaju odpowiedzialności zbiorowej, zwłaszcza wobec Ukraińców zamieszkujących wschodnią część II R.P. Oto niektóre przykłady. Zdarzały się przypadki różnego rodzaju napaści i pogromów na legalnie odbywające się zebrania czy uroczystości Ukraińców, organizowane przez organizacje paramilitarne typu “Strzelec” lub temu podobne – nierzadko przy oficjalnym wsparciu władz wojskowych czy policji. Inny przykład; faktem jest ,że Ukrainiec służący w wojsku nie mógł awansować na podoficera, a tym bardziej na oficera. Także normą w praktyce było to, że Ukrainiec (dotyczyło to również innych mniejszości narodowych) nie mógł piastować stanowiska urzędnika państwowego, nawet szczebla gminnego.

Kolejną, można by rzec szykaną był fakt, że Ukrainiec nie mógł być nabywcą ziemi, którą np. parcelował miejscowy ziemianin. Jednakże w tym temacie istniała furtka, która umożliwiała ten zakup: oto jeżeli znalazłby się miejscowy, tzw. rdzenny Polak, który zaświadczyłby o tym, że kandydat na kupca jest politycznie lojalny, to wówczas dany kandydat Ukrainiec, może taką ziemię nabyć. (Nawiasem mówiąc w naszej miejscowości takim “rdzennym” Polakiem był min. mój ojciec – który raczej chętnie udzielał swoim sąsiadom Ukraińcom takiej pozytywnej rekomendacji). Jednakże karygodną wręcz akcją było organizowanie niszczenia cerkwi prawosławnych. Dokonały je wspomniane wyżej organizacje paramilitarne przy wsparciu lokalnych władz, kiedy to pod koniec lat trzydziestych na terenie wschodniej Lubelszczyzny zniszczono ich kilkadziesiąt, w tym wiele o charakterze zabytkowym. Zatem można powiedzieć, że ówczesne władze II R.P. nieco “zapracowały”, mówiąc delikatnie, na niechęć ludności ukraińskiej, a nawet nienawiść do Polaków. Oczywiście owe nieakceptowalne postępowania ówczesnych władz wobec Ukraińców nie mogą w żaden sposób usprawiedliwiać ludobójczych wyczynów zwyrodniałych band banderowsko-upowskich w latach okupacji oraz później. Tym bardziej, że te ich metody, które były niewyobrażalnie przerażające. Stosowano np. wszelkie tortury, rąbano ofiary siekierami, przecinano je piłami, wleczono końmi, wrzucano rannych do studzien, wydłubywano oczy, wyrywano języki, gwałcono itp.

Tym nie mniej nastroje Ukraińców z lat poprzednich padły na podatny grunt antypolskiej propagandy serwowanej przez nacjonalistów z OUN, UPA oraz hitlerowców.

Początki złego: zaraz po kapitulacji naszych wojsk na tych terenach pojawiły się liczne bandy “rezunów”, które nawet znaczne oddziały, a zwłaszcza już rozproszone i rozbrojone atakowały. Na opisywanym moim terenie rozbroiły się dwie duże jednostki W.P. tj. “Armia Lublin” i “Armia Kraków”. Ponadto przez rejon Tomaszowa i Rawy Ruskiej przemieszczała się w kierunku granicy węgierskiej – Nowogródzka Brygada Kawalerii ( z d-cą W. Andersem). Żołnierze z tych jednostek byli napadani, rabowani, a nierzadko także mordowani. Natomiast przy wejściu Niemców do naszych miejscowości, Ukraińcy witali ich uroczyście, organizując “święta” dziękczynne na cześć Hitlera jako ich wybawiciela. Na całym terenie pojawiły się różnego rodzaju ulotki i plakaty o wybitnie antypolskim i antyżydowskim charakterze. Już w kwietniu 1940 r delegacja nacjonalistów ukraińskich złożyła gubernatorowi Frankowi deklarację lojalności.

Główni przywódcy OUN – Stefan Bandera i Andrej Melnik – mimo różnic taktycznych, ściśle współpracowali z Niemcami przeciwko Polakom, a także ZSRR. W tym głównie celu został sformowany “legion ukraiński” już w pierwszym kwartale 1941r. W maju tegoż roku podzielono go na dwa oddziały: batalion “Nachtigal” i batalion “Roland”, które później miały się wsławić okrutnym postępowaniem wobec ludności polskiej i żydowskiej. Niemcy oczywiście sprzyjali tym swoim sojusznikom w bardziej lub mniej widoczny sposób. Na tych terenach dali oni Ukraińcom w zasadzie wolną rękę w postępowaniu wobec Polaków oraz Żydów. Powołano min. “ukraińską milicję”. Jej szeregi zasilili zagorzali nacjonaliści oraz najgorsza szumowina. Komendantami posterunku tej milicji – mieszczącego się w Szczepiatynie (obok Tarnoszyna) zostali niejaki Duhojda, a następnie Maslij. Wyróżniali się oni szczególną wrogością i złośliwością wobec Polaków. Organizowali np. nocne i dzienne naloty na polskie rodziny, robiono rewizje, rabowano mienie i stosowano przeróżne szykany. Organizowano też łapanki do Niemiec na roboty. Z samej tylko Turyny złapano ok. 10 osób (chociaż po drodze niektórym udało się zbiec) oraz dużo więcej z Tarnoszyna i okolicznych wsi. Atmosfera stawała się coraz bardziej niesprzyjająca dla mieszkających tu Polaków. Niebawem doszło do tego, że i mój ojciec ze swoją rodziną poczuł się zagrożony, chociaż uczynił on wiele dobrego dla miejscowych Ukraińców.

Jak wiadomo, w czerwcu 1941 r wybuchła wojna pomiędzy Niemcami a ZSRR. Warto odnotować, że jeszcze przed wkroczeniem głównych sił niemieckich do Lwowa, już 30 czerwca 1941 r jako pierwsza weszła dywersyjna grupa Niemców wraz z towarzyszącym jej, wspomnianym wcześniej, batalionem “Nachtigal”. Ich bojówki dokonały wielu bestialskich gwałtów i mordów na ludności polskiej i żydowskiej. 4 lipca tegoż roku jednymi z pierwszych ofiar we Lwowie byli min. Kazimierz Bartel, Tadeusz Boy-Żeleński oraz kilkudziesięciu innych przedstawicieli polskiej inteligencji. Na naszym terenie, tj. głównie w Uhnowie i innych miejscowości, ukraińska milicja brała udział w wywózce i wyłapywaniu rodzin żydowskich.

Nasilające się czystki: pierwsze zorganizowane oddziały UPA pojawiają się na terenie Wołynia, Polesia i innych wschodnich terenach byłej Polski już w październiku 1942 r. jeden z nich “Zachód” obejmował swoim władaniem południowo-wschodnią część Polski (część lubelskiego, rzeszowskiego i krakowskiego). W okresie zwłaszcza lat 1942-1944 nasiliły się napady na rożne wsie, w coraz bliższej odległości od omawianego “mikroregionu”. Dało się obserwować niemal co noc, coraz bliższe łuny pożarów oraz uciekającą polską ludność. Na przełomie zimy i wiosny 1942/1943 pogromy ludności polskiej stały się niemal nagminne i sięgały już terenów pow. tomaszewskiego, biłgorajskiego, hrubieszowskiego i chełmskiego. W związku z tymi nasilającymi się napadami band nacjonalistów ukraińskich na terenach Wołynia i Polesia narastał u nas coraz większy niepokój. Jednakże miejscowi Ukraińcy zapewniali nas, że nic Polakom nie zagraża, gdyż pamiętają, że przed wojną żyło się tu wszystkim ludziom w dobrej, sąsiedzkiej zgodzie. Przy tym dawali do zrozumienia, że ich synkowie i kuzyni przebywają aktualnie w “partyzantce” (w domyśle UPA), to tym bardziej gwarantują tutejszym Polakom bezpieczeństwo.

Niebawem okazało się, że było to zwykłe mydlenie oczu. I stało się. Napad na Tarnoszyn nastąpił nocą z 17 na 18 marca 1944 r. Noc była niezbyt widna, tylko gdzie gdzieniegdzie przebłyskiwały między chmurami gwiazdy. Było też mroźno, leżała dość gruba warstwa niedawno spadłego śniegu. Około godziny 23.30, Bolek Knotalski, Dziunek Łąkowski i ja znajdowaliśmy się akurat na podwórzu zabudowań rodziny Domańskich, gdyż właśnie kończyliśmy dyżurny nocny obchód. Takie dyżury organizowane były u nas od dawna, a rodzice często pozwalali takim nastolatkom brać w nich udział. Mieliśmy już iść do domów, gdy nagle stała się rzecz niespodziewana. Oto z okolic Tarnoszyna ( od strony Szczepiatyna) poszybowała w niebo czerwona rakieta, a następnie po niej druga z przeciwległego końca wsi. Jak się okazało, były to sygnały do rozpoczęcia ataku na wieś. Natychmiast po tym nastąpił szturm. Ponieważ do najbliższych zabudowań wsi było nie więcej niż 600-1000 metrów, było wszystko dość wyraźnie widać, tym bardziej, że większość zabudowań natychmiast stanęła w płomieniach. Widać i słychać było detonacje wrzucanych do zabudowań granatów, a także liczne starzały, zarówno pojedyncze jak i seryjne.

Wkrótce większość polskich domów stanęła w ogniu, tym bardziej, że były one przeważnie drewniane, a dachy słomiane. Blask płonących budynków uczynił okolicę prawie zupełnie jasną. Nasilał się coraz większy lament ludzi, krzyk dzieci i kobiet. Do tego ryk i pisk przerażonych zwierząt potęgował niewyobrażalny zgiełk. Widać było, jak zdesperowani ludzie wyskakiwali ze swoich płonących domów, najczęściej w samej bieliźnie i bezradnie miotali się wokół nich, a następnie ginęli od kul bandytów. Tych ostatnich widać było wyraźnie, jak z bliskiej najczęściej odległości strzelali wprost do ofiar w ich obejściu. Niektórzy mieszkańcy próbowali uciekać w pole w kierunku Turyny, lecz tuż za wsią czekali na nich zaczajeni wcześniej bandyci i brali i ich na cel. Było to łatwe, gdyż na tle ognia uciekający byli widoczni jak na dłoni. Oczywistym było, że napastnicy już wcześniej otoczyli wieś dość gęstym pierścieniem. Wielu z nich poruszało się konno. Objeżdżali opłotki wsi i strzelali do kogo popadło. Tym razem Turynę nie objęto tym napadem, chyba z powodu pośpiechu.

Wszystko to obserwowałem z kilkusetmetrowej odległości ( wraz z dwoma kolegami), miałem wówczas prawie 14 lat i pamiętam tą zbrodnię doskonale. Staliśmy wystraszeni i zaskoczeni, jak sparaliżowani przez około pół godziny, a następnie pobiegliśmy do swoich domów, aby wraz z rodzicami uciekać stąd jak najdalej.

Bilans tej tragedii był nader straszny. Okazało się, że zamordowano wtedy 101 osób, w tym 19 dzieci do lat 15 i 54 kobiety. Spalono też prawie wszystkie polskie domy (około 200). Ustalono później, że banda UPA liczyła ok. 1500 osób. Dowodzona była przez Mirosława Onyszkiewicza, który niedługo potem został jednym z głównych dowódców UPA. Brała też udział w tym napadzie grupa bandziorów z sąsiedniego Ulhówka, a także inni jak np. Iwan Mislij – ówczesny komendant milicji ukraińskiej w Szczepiatynnie. *)

Jednakże mimo tej barbarzyńskiej napaści na Tarnoszyn 17 marca 1944 r, nie dano mu jeszcze spokoju. Ponownie w dniu 8 kwietnia tegoż roku napadnięto na powracających ocalałych mieszkańców i zamordowano tym razem 11 osób. Spalono przy tej okazji także ominięty poprzednio kościół. W sumie liczba zamordowanych mieszkańców Tarnoszyna i najbliższej jego okolicy, w ciągu niespełna miesiąca osiągnęła 145 ofiar. Natomiast żywot Turyny niszczony był odtąd stopniowo. Co jakiś czas rabowano, a następnie palono poszczególne zabudowania zbiegłych “kolonistów”.

Los Turyny został przypieczętowany w jakiś czas po pamiętnym napadzie na Tarnoszyn, trochę jakby na raty. Większość domostw na Turynie zniszczono bądź spalono w okresie wiosny i lata 1944 r. Dom rodzimy Kargolów, ponieważ był nowy, zbudowany z tzw. bali, został rozebrany i wywieziony na teren Wasylowa, gdzie miał w nim mieszkać jeden z miejscowych działaczy OUN. Pozostałe zabudowania tej posesji, jak stodoła, obora, spichlerz, pracownia pszczelarska, spalono. Nawet studnię zasypano gruzem. Wywieziono też w głąb terenów ukraińskich pasiekę, składającą się wówczas z ok. 80 uli, a młody sad (ok. 1 ha) został wraz ze zbożem na pniu spalony. Podobnie postąpiono z innymi zabudowaniami mieszkańców Turyny, rabując przed tym żywy i martwy inwentarz. Tymczasem rodzina moja, uwolniwszy inwentarz (krowy, koń i inne) z zamknięcia, czekała gotowa do ucieczki. Spakowane to za wielkie słowo, gdyż każde, które mogło coś wziąć to “węzełek” w rękę i tyle. Teraz trzeba było uciekać, gdyż nie wiadomo, co mogło nastąpić dalej.

-----------------------------------

*) Szczegółowy opis tego napadu i jego tło, a także szczegółową listę ofiar – jako świadek tych wydarzeń - przekazałem do I.P.N. w Warszawie, oczywiście bez odzewu.

Uciekało się więc przez las do najbliższej stacji kolejowej Uhnów – Zastawie.

Na szczęście, jakoś niedługo nadjechał pusty pociąg towarowy z kierunku frontu wschodniego, prowadzony przez polską załogę. Udało się więc do niego wsiąść i odjechać – w nieznane. Tymczasem pociąg ten po ok. dwóch dobach żółwiej jazdy dojechał do stacji docelowej, nomen omen, Boguchwała. Okazało się, że jest to wieś położona kilka kilometrów za Rzeszowem.

W moim “mikroregionie” i nie tylko dochodzi do dalszej eskalacji napadów, oto niektóre z nich:

    • w dniu 19 marca 1944 r banda UPA napadła na Korczmin, zabito kilkanaścioro Polaków i spalono dużą część wsi;
    • w dniu 25 marca 1944 r napadnięto na Wasylów Wielki z podobnym skutkiem jak wyżej;
    • w dniu 1 kwietnia 1944 r zamordowano w Poturzynie ponad 120 osób – uciekinierów ze wschodniej strony Buga oraz prawie całkowicie spalono wieś;
    • w dniu 5 kwietnia 1944 r we wsi Łubcze UPA zamordowała 105 mieszkańców, w tym 78 Polaków i 27 Ukraińców, którzy nie sprzyjali nacjonalistom;
    • w dniu 9 kwietnia 1944 r napadnięto na Rzeplin, gdzie zamordowano 21 Polaków, a wieś spalono;
    • w dniu 13 kwietnia 1944 r w Chodywanicach UPA zamordowała 28 Polaków, a ok. 90% budynków spalono;
    • w dniach 16 i 17 lipca 1944 r napadnięto na Siedliska, zamordowano kilkanaście osób, spalono dwór, szkołę oraz inne budynki polskich rodzin;

Podobny los spotkał wiele innych wsi w czasie od marca 1944 i aż do zakończenia akcji “Wisła”. Nie znaczy to, iż napadana przez UPA polska ludność wszędzie pozostawała bierna. Na przykład w dniu 1 lutego 1943 r pod Zaborecznem (pow. zamojski) miejscowe oddziały BCh. stoczyły ciężką walkę z hitlerowcami wspieranymi przez swoich ukraińskich sojuszników w obronie wysiedlanej i pacyfikowanej ludności polskiej. Należy podkreślić, że cały ten teren podjął heroiczną, nierówną walkę z tym wrogiem, stąd słusznie ten bohaterski zryw otrzymał miano “Powstania zamojskiego”. Natomiast w dniu 9 marca 1944 r w Sahryniu (pow. hrubieszowski ) połączone tomaszowskie placówki AK i BCh, starły się z dużym oddziałem UPA, który przygotowywał się do napadów na okoliczne wsie i rozgromił go. Szereg innych miejscowości tego terenu podejmowało walkę obronną, przy wsparciu lokalnych jednostek BCh., czy AK, ale z reguły ulegały dużym bandom upowsko-banderowskim.

Tymczasem 21 lipca 1944 r wojska radzieckie zdobyły Tomaszów Lubelski . Pomimo tego, iż front radziecko-niemiecki przesunął się już na zachodnią stronę Bugu, nadal bandy UPA – wypierane ze wschodu – wykazywały dużą aktywność. Jeszcze bardziej nasiliły się napady na ludność polską na terenie południowej i wschodniej Rzeszowszczyzny, a także – chociaż w mniejszym zakresie – w obrębie powiatów biłgorajskiego, hrubieszowskiego i tomaszewskiego. Na tym terenie, począwszy od końca 1944 r, aż do lata 1947 r działał upowski VI Okręg “San”. Wchodził on w skład dużej grupy operacyjnej UPA “Zachód”. Dowódcą, a jednocześnie członkiem Krajowego “prowidu” (przywództwa) OUN, był znany już M. Onyszkiewicz. Obejmował ten Okręg min. wschodnią część woj. lubelskiego: pow. tomaszowski oraz część biłgorajskiego i hrubieszowskiego. UPA dysponowała wówczas na tym terenie znaczną siłą. W latach 1943 – 1944 poszczególne oddziały liczyły niekiedy od 500 do 1000 osób pod bronią.

Mając odpowiednią siłę oraz nabyte wcześniej “doświadczenia” w mordach na Wołyniu i Polesiu, UPA podjęła zaciekłą walkę już nie tylko z bezbronną ludnością, ale także z wojskiem i siłami bezpieczeństwa.

Obrona wojskowa; W tej sytuacji na najbardziej zagrożone tereny skierowano liniowe jednostki wojska polskiego wprost z frontu. Jak się niebawem okazało, było to niezbyt fortunne posunięcie, gdyż wojsko to nie miało dostatecznego doświadczenia do walki z tego rodzaju podziemiem.

Tymczasem działania UPA wzmogły się jeszcze bardziej w czasie realizacji przez władze polskie umowy zawartej z Ukraińską Republiką Radziecką, dotyczącej dobrowolnej repatriacji ludności ukraińskiej na teren ZSRR. Bandy UPA czyniły wszystko, aby tej operacji przeszkodzić. Napadano na transporty, mordowano nie tylko ludność polską, ale i ukraińską, jeśli wykazywała ona chęć przesiedlenia się. Toteż akcja ta powiodła się jedynie częściowo. Do marca 1945 t wyjechało zaledwie ok. 1/3 planowanej liczby osób, zaś działalność UPA znacznie się nasiliła. Zaatakowane zostały niemal wszystkie miejscowości, a także posterunki MO na terenie wyżej wspomnianych powiatów.

W opisanym “mikroregionie”, zwłaszcza w pow. tomaszowskim, w okresie od wiosny 1944 r do początku 1947 r dokonano 50 różnego rodzaju napadów na wsie, wojsko i milicję. Szczególnie tragiczny los spotkał: Lubyczę Królewską (napadano ją kilkakrotnie), Rudę Żurawiecką, Rzeplin, Radków, Łachowice, Potuszyn, okolice Uhnowa, Tomaszowa i inne, które spalono, a mieszkańców w większości wymordowano.

Walka WP z bandami UPA była tym bardziej utrudniona, że miejscowa ludność ukraińska była naturalnym schronieniem tego podziemia. W wielu wsiach lub w ich pobliżu, w lasach, UPA posiadała sieć rozbudowanych bunkrów, doskonale zamaskowanych, gdzie można się było ukrywać i korzystać z wcześniej nagromadzonych zapasów żywności oraz broni. W powstałej sytuacji, regularne wojsko nie mogło sobie poradzić. Wypada tu przypomnieć, że w jednej z takich akcji WP przeciw UPA w miejscowości Jabłonka w Bieszczadach, w zasadzce zginął gen. Karol Świerczewski, ówczesny wiceminister obrony narodowej. Aby wreszcie położyć kres tej rewolcie, Prezydium Rady Ministrów, decyzją z dnia 24.IV. 1947 r wydzieliło specjalne siły WP i siły bezpieczeństwa do ostatecznego rozwiązania tego problemu – pod nazwą akcja “Wisła”. Rozpoczęła się ona od dnia 28.IV 1947 r, a zakończyła 31.VII 1947 r. Wyznaczone do tej akcji oddziały liczyły ogółem ok. 17,3 tys. żołnierzy.

Należy podkreślić wbrew temu co się obecnie bredzi niektórym ślepym politykom - akcja “Wisła” była operacją konieczną, wręcz wymuszoną przez ukraińskie nacjonalistyczne podziemie, które w sposób bezwzględny zagroziło stabilizacji państwa. Operacja “Wisła” pomyślana została jako cel główny – likwidacja band UPA, z jednoczesnym prowadzeniem tym razem – przymusowej repatriacji ludności ukraińskiej. Objęto wysiedleniem ok. 150 tys. Ukraińców do północnej i zachodniej Polski. Podejrzanych o przestępstwa wobec Polaków oraz sprzyjanie nacjonalistycznemu podziemiu, kierowano do obozu pracy w Jaworznie. Wyłapywani członkowie OUN, UPA z bronią w ręku, sądzeni byli przez sądy wojskowe w Krakowie, Lublinie i Rzeszowie, a także w Tomaszowie Lubelskim.

Na terenie opisywanym, a dokładnie mówiąc w okolicy Uhnowa, Tarnoszyna, Szczepiatyna, Ulhówka, Dynisk, Reczycy, Lubyczy Królewskiej, Korcz mina i in. położonych wokół nich, zadanie oczyszczania z band UPA otrzymał piąty pułk piechoty, wchodzący w skład grupy operacyjnej “Wisła”. Chodziło w owym czasie szczególnie o zlikwidowanie najbardziej groźnej sotni (np. Żeleźniaka, Kałynowicza i in. działających na terenie wymienionych miejscowości. Na tym obszarze notowano siłę UPA na ok. 2500 dobrze uzbrojonych i wyszkolonych ludzi oraz kilka tysięcy “cywilnych” członków OUN. Jeden z batalionów piątego pułku WP, jakiś czas po rozpoczęciu akcji “Wisła” został rozlokowany w Uhnowie.

W ramach “przeczesywania” terenu jedna z kompanii tegoż batalionu, usytuowana została we wsi Korczmin (tj. w odległości kilku kilometrów od Turyny). Dowodził nią por. Władysław Szelągowski. Warto podkreślić, że zgrupowanie to, czyli piąty pułk piechoty, a w nim kompania wyżej wymieniona, zasłużyła się szczególnie w oczyszczaniu terenu w rejonie Tarnoszyna i jego okolic, likwidując groźne oddziały ze zgrupowania wspomnianego Żeleźniaka. Były to silne, dobrze uzbrojone jednostki UPA. Ogólnie na terenie działania tego odcinka, bandy UPA liczyły w tym czasie ok. 560 ludzi. W okresie od końca maja 1947 do lipca tegoż roku zdołano zlikwidować lub rozproszyć wyżej wspomniane jednostki UPA. Tym niemniej, w okresie nasilonych działań WP, w ramach akcji “Wisła”, niektórym mniejszym oddziałom UPA udało się przebić do ówczesnej Czechosłowacji i dalej krajów zachodnich.

Jednakże w wyniku tej operacji unieszkodliwiono ogółem (złapano, zabito) 1509 członków UPA i zdobyto poważne ilości broni, amunicji, sprzętu wojskowego. Wykryto także i zniszczono 1178 różnego rodzaju schronów i bunkrów. Straty własne WP w tej akcji to 90 żołnierzy zabitych i 188 rannych (nie licząc wielu wcześniej zabitych i rannych w pierwszej operacji wojskowej).

To, że udało się w stosunkowo krótkim czasie, uporać z tą rebelią, w dużej mierze zawdzięczać trzeba słusznej decyzji o jednoczesnym wysiedleniu ludności ukraińskiej z tego terenu. Z okolicznych wsi sąsiadujących z moją Turyną w okresie akcji “Wisła” wywieziono: z Tarnoszyna 25 osób, Chodywaniec – 20, Dynisk – 142, Korczowa – 165, Machnowa – 214 , Szczepiatyna - 147, Uhnowa – 323, Ulhówka – 254 osoby narodowości ukraińskiej. Nadmieniam, że wiele z tych osób była znana osobiście mojej rodzinie.

Należy podkreślić, że ta wywożona ludność była traktowana przez wojsko z należytą troską. Zabrano te rodziny ciężarówkami i przywieziono na pobliskie stacje kolejowe w Bełżcu i Uhnowie. Mieliśmy okazję osobiście obserwować (zwłaszcza w Uhnowie, gdzie wówczas wraz z rodziną zamieszkiwałem), jak żołnierze pomagali tym ludziom przeładowywać do wagonów ich dobytek. Trzeba podkreślić, iż rodziny owe mogły zabrać ze sobą co tylko chcieli, a więc konie, krowy, prosiaki, kury, itp., a także różny sprzęt gospodarstwa domowego. Pozostawiali oni przecież tylko z reguły prymitywne zagrody, nierzadko wręcz “kurne chaty”, kryte słomą. I to tylko te, które ocalały po pożarach spowodowanych przez ich bandyckich pobratymców. Ponadto wiadomo, że te rodziny wywożono na tereny poniemieckie (ziemie północne i zachodnie), gdzie otrzymywali na ogół duże, w dobrym stanie gospodarstwa murowane i wyposażone w sprzęt rolniczy oraz domowy. Oczywiście żadna przeprowadzka nie należy do najprzyjemniejszych. Tym nie mniej hipokryzją polityczną przeciwników akcji “Wisła” jest twierdzenie, że ludzi tych spotkała tragedia, gehenna itp. bzdurne hasła. Natomiast o tych terenach, które pozostały po tych wydarzeniach dopiero można mówić o tragedii.

Bowiem pod koniec tej akcji rzuca się w oczy smutny pejzaż po spalonych i zdewastowanych wsiach. Warto w tym miejscu przytoczyć, jak widział to w owych dniach wspomniany wyżej dowódca kompanii WP, operujący w opisywanym terenie – W. Szelągowski. Kiedy to wojsko przemieszczało się traktem wiodącym z Uhnowa przez Turynę i Tarnoszyn, tak opisywał swoje obserwacje:

“… Mijaliśmy opuszczone, zarośnięte chwastami zagrody, rumowiska prawie, ziejące pustymi oczodołami okien. Wokół panowała martwa cisza. Pies nie zaszczekał. Nie zapiał kogut. Tylko ten jednostajny, ciągły szmer żołnierskich kroków, skrzyp pasów, szczęk broni...”

Cóż jeszcze można do tego dodać? Chyba tylko to, że podobny pejzaż pozostał po likwidacji band UPA na niemal całym opisywanym terenie. W tym miejscu należy jeszcze podkreślić profesjonalizm oraz żołnierski niebezpieczny trud w przeprowadzeniu tej operacji. Wymienić z tej okazji wypada wielce zasłużonych w tym przedsięwzięciu głównych jego autorów. Byli to min generałowie – St. Mossor, J. Melenas, pułkownicy – P. Chiliński, J. Hiibner, G. Korczyński, J.Sidziński i inni. Im to przede wszystkim, a także wielu innym żołnierzom WP, którzy z narażeniem życia (a często z jego utratą) walczyli o pokój naszego państwa należy się wdzięczność społeczeństwa, honory i uznanie.

Tymczasem obecnie, w naszym podobno demokratycznym państwie, owych żołnierzy skazuje się na niepamięć lub potępienie. Zamiast tego uznaje się osoby o wątpliwych moralnie postawach i czynach, czyniąc z nich bohaterów narodowych. Dotyczy to np. choćby takiego “Ognia” na Podhalu ( uhonorowanego pomnikiem), czy nobilitacji tzw. “żołnierzy wyklętych”. Ponadto, wielu różnych opozycjonistów wobec PRL, każe sobie obecnie słono płacić w formie nawet wieluset tysięcznych odszkodowań, za często rzekome bohaterstwo.

Jak wcześniej wspomniałem, ten smutny pejzaż, po pewnym czasie stopniowo zaczął się ożywiać, ponieważ powracali z tułaczki wcześniej ocaleli dawni mieszkańcy. Oczywiście, tak naprawdę nie mieli do czego wracać. Jednakże państwo – mimo powojennej mizerii – zdobyło się na wysiłek, aby tej ludności przyjść z pomocą. I przyszło. Oto każda rodzina otrzymała tzw. bezzwrotną pożyczkę na odbudowę domostwa i pierwsze zagospodarowanie się. Ponadto wyróżniono honorowym odznaczeniem miejscowości, które najbardziej ucierpiały oraz zasłużyły się oporem i walką z wrogiem. Był to Order Krzyża Grunwaldu, którym odznaczono wszystkie cztery powiatowe miasta w rejonie (Biłgoraj, Hrubieszów, Tomaszów Lubelski, Zamość), a poza tym wiele wsi i osad tego terenu. Szkoda tylko, że obecna nasza władza nie uznaje tego orderu, a tym samym neguje tamte ewidentne patriotyczne zasługi ludzi wspomnianych miejscowości. Zamiast tego szermuje się obficie rozdawaniem różnych odznaczeń często wątpliwym moralnie postaciom.

Uwagi końcowe, refleksje, wnioski; odpowiadając na pytanie zawarte w tytule – czy nasze władze boją się prawdy – odpowiedź brzmi niestety jednoznacznie twierdząco.

Poniżej postaram się uzasadnić ten wniosek kilkoma argumentami, które jak sądzę, zaświadczą o tym dowodnie, a ponadto będą nader aktualne:

Znanym faktem jest, że nasze władze w całym okresie tzw. demokratycznej transformacji, starają się jak tylko mogą dogadzać oraz podlizywać się “wielkiemu bratu” zza oceanu. Czynili to np. nad wyraz widoczny także niektórzy nasi prezydenci L. Wałęsa, swoją kadencję rozpoczął od obśmiania Polski w kongresie USA, ku uciesze prawicowej gawiedzi tego kraju.

Zaś A. Kwaśniewski – podobno lewicowy, chociaż trzeba przyznać, sprawdził się przez swoje kadencje jako prezydent “wszystkich Polaków”, to jednak i on popełnił “grzech” lizusostwa. Jak wiadomo pierwszy przed innymi poważnymi krajami wyskoczył z deklaracją udziału naszego wojska w amerykańskiej awanturze irakckiej. Ponadto wielokrotnie demonstrował nadgorliwą działalność na rzecz interesów Ukrainy także po to, aby przypodobać się Ameryce. Natomiast nieżyjący Lech Kaczyński, aby przypodobać się USA, usilnie poszukiwał przeciwników Rosji aż w odległej Gruzji. Wiele różnego rodzaju wiernopoddańczych gestów wobec Ameryki wykonywali nasi dyplomaci. Choćby to “nieporozumienie” Fotyga, żebrząc wręcz o tzw. tarczę. Także aktualny minister ds. zagranicznych postępuje podobnie, błagając niemal na kolanach tego “wielkiego brata” o tą tarczę, a jeśli dotąd nic z tego nie wychodzi, to chociaż o stacjonowanie obcych wojsk w naszym kraju. Dlatego też, mimo zapaści finansowej naszego państwa, postanowiono wydać ok. 12 mld zł w ciągu najbliższych 4 lat na własną naszą tarczę.. Nieważne, że społeczeństwo potrzebuje np. lepszej opieki zdrowotnej, czy inwestowania w nowe miejsca pracy, to nasze władze wydają coraz większe pieniądze na tzw. misje pokojowe w obcych krajach oraz na drogie zabawki dla wojska. Uzasadnieniem tych poczynań ma być obrona przed ewentualnym atakiem Iranu lub innymi terrorystami. Tymczasem takie tłumaczenie trzeba włożyć między bajki, ponieważ owa tarcza wymierzona ma być przede wszystkim w Rosję.

Jeśli zaś idzie o tą naszą miłość do Ameryki, to może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby była ona odwzajemniona. Ale niestety tak nie jest. W praktyce nagminnie bywa odwrotnie. Pominąwszy bezcelowość pobytu naszych wojsk w Iraku, a obecnie w Afganistanie, gdzie pozostawiamy ginących naszych żołnierzy, ponosimy ogromne straty materialne, to jeszcze jesteśmy kantowani na wciskanym nam przestarzałym sprzęcie wojskowym za słone pieniądze. W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o bezskutecznym, wieloletnim ubieganiu się nas, Polaków o te upragnione wizy.

Nasuwa się więc zasadnicze pytanie, dlaczego tak beznadziejnie lizusowsko i niehonorowo zachowują się nasze decydenckie władze? Otóż, wiele wskazuje na to, że chodzi o pozyskanie dla politycznych interesów amerykańskich – Ukrainy – jako kolejnej strefy wpływów tego kraju na wschodzie Europy. Mało tego, idzie także o to, aby uczynić z Ukrainy jeśli nie przeciwnika Rosji, to przynajmniej odizolowanego całkowicie od niej sąsiada.

Kto zatem najbardziej nadaje się do tego, aby z Ukrainy uczynić coś w rodzaju “przedmurza” antyrosyjskiego? Ano na pewno i najbardziej Polska.

To zadanie wykonują nasze elity polityczne z pełnym poświęceniem, świadcząc wiele przyjaznych gestów wobec Ukrainy, nie bacząc, że z tamtej strony zupełnie brak szerszej wzajemności. Nawiasem mówiąc, jeśli idzie o podlizywanie się naszych elit takiemu lub innemu “wielkiemu bratu” to chyba jest to już nasza niesławna tradycja.

Dlatego też zrozumiałą sprawą jest, dlaczego nasze władze nie upominają się o rozliczenie bandyckiego nacjonalistycznego lobby na Ukrainie, które jak wiadomo dalej się umacnia. Także nie ma tam obecnie żadnych oznak sprawiedliwego odniesienia się do popełnionych w przeszłości mordów, ze strony władz Ukrainy. Natomiast trzeba wyraźnie podkreślić, że zamiast podnosić tą problematykę u władz Ukrainy, nasze władze udają, że nie ma sprawy – ponieważ boją się, iż ten kraj na nas się obrazi, a my przed Ameryką “zaświecimy oczami”.

Pomysłem – w założeniu słusznym – na utrzymanie poprawnych stosunków z państwami Europy wschodniej miało być tzw. “Partnerstwo wschodnie”. Rozumie się przez to, że ma ono polegać na rozwijaniu i umacnianiu przyjaznych, wszechstronnych stosunków gospodarczych, kulturalnych i politycznych. Tymczasem dowodnie widać, iż ta inicjatywa realizowana jest dość słabo, a co gorsza nader wybiórczo względem różnych naszych wschodnich sąsiadów. Najbardziej zabiegamy o te dobrosąsiedzkie stosunki właśnie z Ukrainą oraz Litwą (która nawiasem mówiąc dość otwarcie demonstruje głęboką niechęć do Polaków). Lecz my na siłę pchamy się ze swoją przyjaźnią, przede wszystkim do tych dwóch krajów. Pozostali nasi wschodni sąsiedzi, jak Rosja i Białoruś, traktowani są zupełnie inaczej. Z Rosją np. toczymy niekończącą się wojnę o Katyń oraz o katastrofę smoleńską, a wraz z nią o wrak, wybuch, brzozę itp. tematy. Wcześniej jeszcze zwalczaliśmy inicjatywę Rosji w sprawie budowy rurociągu północnego – choć na pewno jak się okazuje z ewidentną stratą dla naszego kraju. Ostatnio wypłynął temat budowy rurociągu tzw. jamalskiego. W tym temacie również jesteśmy na nie, chociaż byłaby z tego znaczna korzyść choćby z opłat tranzytowych. Główne przyczyny tej naszej negacji są dwie. Jedna, to jak zwykle niechęć do Rosji, zaś druga to fakt, że przebieg tego rurociągu ominąłby Ukrainę, a ta nie miałaby z tego korzyści.

Widać z tego, że bardziej nam zależy na interesach Ukrainy niż na naszych własnych. Rosjanie oczywiście, jeśli idzie o wzajemne relacje, nie pozostają nam dłużni, nie mają zamiaru na siłę się z nami przyjaźnić, a często z powodów naszych niepoważnych zagrywek, nieźle się naszym kosztem bawią. Białoruś natomiast, chociaż jest państwem i narodem nigdy nie występującym przecie Polsce, to także traktowana jest przez naszych polityków nieprzyjaźnie. Głównym powodem tego jest obecny, nieakceptowany prezydent Łukaszenko. Ich władze także nie pozostają nam dłużne. Natomiast to “Partnerstwo wschodnie” wobec tych dwóch państw, sprowadza się do tego, że usilnie poszukujemy tam “demokratycznej opozycji”. Bowiem obydwa te kraje koniecznie chcemy nawrócić na naszą demokrację. Tymczasem póki co państwo nasze wspiera – nie tylko moralnie – np. pronacjonalistyczny Związek Ukraińców w Polsce, a także finansuje anypaństwową wobec Białorusi stację TVBiełsat.

Oceniając słuszną z założenia inicjatywę pod nazwą “Partnerstwo wschodnie”, sposób jej realizacji jest kompletnie wypaczony, a pozytywne efekty tej działalności, zupełnie znikome. Zamiast pogłębiania przyjaznych, wszechstronnych stosunków, mamy stosunki odwrotne, zwłaszcza w odniesieniu do Rosji, Białorusi, a także Litwy.

Na zakończenie wracając jeszcze pokrótce do akcji “Wisła” - wprawdzie nie ma powodu rozwodzić się nad tym tematem, ponieważ już wiele w tej kwestii wypowiedziano i napisano, podkreślę raz jeszcze jedynie fakt oczywisty, potwierdzony wieloma autorytetami znającymi tą problematykę, a brzmi on następująco: operacja ta była konieczna i zrealizowana przy zachowaniu wszelkich, obowiązujących norm prawa międzynarodowego. Zatem przy okazji nie można nie przypomnieć, że pierwszy senat III RP w 1990 r podjął kuriozalną uchwałę potępiającą akcję”Wisła”. W tej sprawie można by może przejść już po tylu latach do porządku dziennego, cedując tą niefortunną i krzywdzącą Kresowian uchwałę na karb ówczesnego lobby nacjonalistów ukraińskich, które zmanipulowało ówczesnych senatorów – gdyby obecnie nie powrócono znowu do tej zakłamanej treści.

Jeszcze do niedawna wydawało się, że ocena tej operacji i w ogóle potępienie zbrodni ukraińskich nacjonalistów spod znaku OUN – UPA, znajdzie u naszych w władz właściwe zrozumienie. Mam tu na myśli Uchwałę Sejmu RP Z DN. 15 lipca 2009 r - “ W sprawie tragicznego losu polaków na Kresach Wschodnich”. Czytamy w niej min.: “W dniu 11.07 2009 r mija kolejna - 66 rocznica rozpoczęcia przez OUN i UPA na Kresach II RP tzw. antypolskiej akcji – masowych mordów o charakterze czystki etnicznej (podkreślenie moje). Sejm składa hołd pomordowanym rodakom i obywatelom polskim innych narodowości oraz członkom AK, Samoobrony Kresowej i BCh, którzy podjęli dramatyczną walkę w obronie ludności cywilnej i przywołuje bolesną pamięć o ukraińskich cywilnych ofiarach. Sejm RP wyraża szczególnie uznanie i wdzięczność tym szlachetnym Ukraińcom, którzy z narażeniem życia własnego i swoich rodzin pomagali i ratowali swych polskich sąsiadów. Tragedia Polaków na Kresach Wschodnich II RP powinna być przywrócona pamięci historycznej współczesnych pokoleń. Jest to zadanie dla wszystkich władz publicznych, w imię lepszej przyszłości i porozumienia narodów naszej części Europy, w tym szczególnie Polaków i Ukraińców. (Marszałek Sejmu – Bronisław Komorowski)”.

Z powyższego wynikałoby, że sytuacja się normalizuje, a co istotne – nakazano wręcz wszystkim publicznym władzom działać na rzecz przywrócenia pamięci o tych prawdziwych tragicznych zdarzeniach, tak bardzo krzywdzących ówczesnych Kresowian. Jednakże okazuje się, że nic z tego. Uchwała ta – chociaż w swej treści zasługuje jak najbardziej na pełną realizację, niestety pozostała jedynie na papierze. Oto przykład. W dniu 6 grudnia 2012 r stała się rzecz wręcz haniebna. Bowiem Sejmowa Komisja Mniejszości Narodowych i Etnicznych – postawiła na porządku dziennym sprawę akcji “Wisła”.

W wyniku głosowania przyjęto tekst potępiający tą operację. Kuriozalnym wręcz faktem jest to, że owa Uchwała przyjęta została głosami Platformy Obywatelskiej. Ale czy może to dziwić, skoro przewodniczącym tej Komisji jest Ukrainiec Miron Sycz? Należy zaznaczyć, iż jest to człowiek o ciekawym rodowodzie, bowiem ojciec jego (wg ustaleń Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów) był członkiem OUN i należał do najbardziej ludobójczej sotni UPA I. Szpontaka ps. Żeleźniak. Osądzony za popełnione zbrodnie i skazany przez sąd na karę śmierci – po zakończeniu wojny. Wprawdzie nie należy obwiniać dzieci za postępki ojców, gdyby nie fakt, że synek wyraźnie ciąży w stronę ukraińskich nacjonalistów. Pozostaje chyba PO pogratulować takich wybitnie “bezstronnych, kochających prawdę” posłów. Co do skutków tego postanowienia Komisji, to jak na razie temat ten został przez marszałka zatrzymany z powodu zdecydowanego protestu środowisk kresowych i kombatanckich. Sądzę jednak, iż sprawa ta powróci na forum Sejmu, to tylko kwestia czasu, gdyż protektorzy tej podłości na pewno nie dadzą za wygraną.

Jeśli idzie o unikanie prawdy, to trzeba podkreślić, że zwyczaj ten nie dotyczy tylko elit rządzących. Odnosi się to także do większości prawicowych mediów, dziennikarzy i twórców.

Taki np. “sztandarowy patriota” reżyser J. Wajda, zrobił film o Katyniu, no i słusznie, ale przy okazji można było w nim nieco uszczypać Rosję. Dlaczego jednak nie pokusi się zrobić film o zbrodniarzach spod znaku UPA? Przecież na Kresach wymordowano wielokrotnie więcej ludzi niż w Katyniu. Pomijam też fakt, że Rosjanie przy różnych okazjach za ten Katyń przeprosili nas, Polaków. Przeciwnie Ukraińcy, dotąd nawet ani razu nie zająknęli się, aby uczynić ten gest. Tymczasem ów “wielki twórca” woli iść na łatwiznę i zrobić kolejny film np. o jednym z najgorszych naszych prezydentów. Inni są w tym względzie nie lepsi, wolą oni uwieczniać w tej formie choćby takiego pseudo bohatera jak Kukliński.

Niestety wszystko to świadczy o tym, że nasze władze oraz większość środków opiniotwórczych w Polsce – ma ciężką polityczną amnezję, którą trzeba nie inaczej nazwać jak tchórzliwym milczeniem, zamazywaniem lub ukrywaniem prawdy na temat ludobójstwa ukraińskich nacjonalistów na dawnych Kresach Rzeczpospolitej.

A właściwie chodzi o tak niewiele odwagi w sprawie prawdy na ten temat.

Wystarczyłoby tylko, aby nasze elity polityczne wpłynęły na władze Ukrainy, aby one wreszcie rozliczyły się z tą swoją mroczną przeszłością i zdecydowanie odcięły się od tej niewielkiej przecież grupy rodzimych zbrodniarzy spod znaku OUN – UPA.. Polacy zaś, a zwłaszcza rodziny dawnych skrzywdzonych Kresowian powinny wreszcie usłyszeć upragnione, jakby dotąd zaczarowane słówko – przepraszamy. Nie wystarczy szermowanie obecnie takim oto hasłem, że powinno dojść do pojednania naszych narodów i wzajemnego sobie wybaczenia. Ponieważ treść tego hasła jest zamazująca istotę sprawy, dlatego przede wszystkim, że narody polski i ukraiński nie mają powodu się jednać, bo od dawna są sobie bliskie. Mają podobne tragiczne przejścia historyczne. Ten istotny problem to wyłącznie nacjonalistyczna zbrodnicza przeszłości banderowsko-upowskich degeneratów, z którą władza obecnej Ukrainy nie może lub nie chce się uporać.

Nasza zaś władza, przez swoją strusią politykę pomaga w utrwalaniu tej chorej sytuacji na Ukrainie, a także i u nas.

Marian Kargol

dr nauk ekonomiczno-rolniczych,
były działacz lewicowy organizacji
społeczno-politycznych, członek
Zespołu Instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową,
świadek ludobójczych działań ukraińskich nacjonalistów
na wschodnich terenach dawnej RP.