Gdyby nie PRL?

 

Urodziłem się jeszcze w II RP we wsi Kaczyna w Beskidzie Małym, pod górą Garncarz, na której szczycie stał i dalej stoi żelazny krzyż, który miał przynosić szczęście i błogosławieństwo dla mieszkańców tych okolic. Ta moja wieś miała około 60 chałup, które w 90% składały się z części mieszkalnej i gospodarczej. Część gospodarcza stanowiła jedno pomieszczenie podzielone na oborę, chlew, kurnik i stajnię, jeśli był w gospodarstwie koń. Część gospodarcza od mieszkalnej oddzielona była sienią, zaś mieszkalna składała się z kuchni i sypialni. W kuchni koncentrowało się życie całej rodziny, a także życie towarzyskie sąsiadów. W tym pomieszczeniu znajdowały się piec kuchenny, piec chlebowy, stół i ławy, na których przygotowywało się i jadło posiłki, a także służyły do innych czynności gospodarczych a nawet towarzyskich. W takiej chałupie mieszkała rodzina wielodzietna, wielopokoleniowa (dziadkowie, ojcowie, dzieci). Na zewnątrz było podwórko, na którym było miejsce na gromadzenie obornika i miejsce ustronne dla załatwiania potrzeb fizjologicznych.

W wiosce były dwa obiekty publiczne: budynek szkolny i kaplica, w której raz w miesiącu odprawiał mszę ksiądz przywieziony, furmanką chłopską zaprzęgiem dwóch koni, z parafii oddalonej o 8 km. W pozostałe niedziele miesiąca wszyscy mieszkańcy, pod groźbą grzechu, uczestniczyć musieli we mszy w kościele parafialnym w Choczni.

W budynku szkoły mieściła się jedna sala lekcyjna i dwu pokojowe przeznaczone dla nauczyciela. Szkoła ta zapewniała wykształcenie powszechne czteroklasowe w czasie siedmioletniego obowiązku szkolnego. Proces nauczania trwał 7 lat i miał następujący przebieg: klasy były łączone pierwsza z drugą, trzecia z czwartą. Do pierwszej klasy chodziło się jeden rok. Jeśli uzyskało się promocję to do drugiej klasy i też chodziło się jeden rok, ale pod warunkiem, że uzyskało się promocję do klasy trzeciej. Do klasy trzeciej chodziło się przez dwa lata. Jeżeli po dwóch latach uzyskało się promocję do klasy czwartej, wtedy przez trzy lata chodziło się do niej i kończyło wykształcenie powszechne. Nie oznacza to, że młodzież kończąca 14 lat zdobywała to czteroklasowe wykształcenie.

Głównym źródłem wiedzy dla mieszkańców naszej wioski była czteroklasowa szkoła, ambona, ale najwięcej wiedzy o świecie przywozili młodzi mężczyźni, którzy odbyli obowiązkową służbę wojskową oraz osoby, które powracały z tzw. saksów, czyli prac sezonowych w Niemczech, Francji lub innych rejonach Polski.

Znacząca poprawa w zakresie szkoły powszechnej nastąpiła na przełomie lat 1946/47, za sprawą rodziny nauczycielskiej państwa Weroniki i Stanisława Rachwałów. Przyjechali do Kaczyny w ramach przesiedlenia z Kresów Wschodnich II RP. Byli wspaniałymi, kochającymi swoją pracę z dziećmi i ich rodzicami. Jeden z dwóch pokoi mieszkania nauczycielskiego przeznaczyli na klasę szkolną. Stworzyli minimalne warunki do funkcjonowania szkoły siedmioklasowej. Oprócz nadmiernych obowiązków szkolnych, rodzina ta dodatkowo prowadziła kursy wieczorowe dla analfabetów, a także organizowali pewne formy pracy kulturalnej wśród ludności. Jednym z ważnych efektów tej pracy było to, że wieś Kaczyna, już w roku 1949 mogła się poszczyć tym, że zlikwidowała pierwsza w Polsce w swoim społeczeństwie analfabetyzm. Uroczystości z tej okazji pokazano w Polskiej Kronice Filmowej.

Dzięki takim nauczycielom, jak państwo Rachwałowie, a także Dzięki kuratorium oświaty w Wadowicach, które skierowało dodatkowego nauczyciela do szkoły w naszej wsi, udało mi się zdobyć wykształcenie podstawowe (7 klas szkoły).

Z kolei dzięki obowiązującej w tym czasie zasadzie “nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera” zostałem przyjęty do Oficerskiej Szkoły Artylerii w Olsztynie.

W szkole tej, oprócz rzemiosła wojskowego, mieliśmy zajęcia ogólnokształcące z zakresu gimnazjum, ale też kształtowany był wielki patriotyzm. Może o tym świadczyć fakt, że w czasie tzw. wypadków węgierskich kilkuset podchorążych naszej Szkoły oddało krew, w szpitalu wojskowym w Olsztynie, dla braci węgierskich.

W latach 1956/57, wyniku zmian strukturalnych w Wojsku Polskim, Oficerska Szkoła Artylerii została rozwiązana, ja w stopniu ogniomistrza zostałem na własną prośbę zwolniony do cywila. Jednak już w lipcu 1957 roku, ciągnęło wilka do lasu, zgłosiłem się na ochotnika do nowopowstającej formacji w WP - dywizji powietrzno - desantowej w Krakowie. Stałem się tu komandosem, szkolonym między innymi przez oficerów z brygady gen. Sosabowskiego. wspaniałych dywizji wśród wspaniałych dowódców przeżyłem najpiękniejsze przygody żołnierskie, ale również ci wspaniali dowódcy umożliwili mi ukończyć liceum ogólnokształcące dla pracujących i uzyskać świadectwo maturalne.

Po uzyskaniu upragnionego świadectwa maturalnego, otwarta została dla mnie droga na studia wyższe. W tym samym roku zdałem egzamin i zostałem przyjęty na studia zaoczne do Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Krakowie. W następnym roku pojawiła się możliwość studiowania w systemie stacjonarnym w Wojskowej Akademii Technicznej. W tej wspaniałej uczelni uzyskałem stopień oficerski WP, a po pięciu latach ukończyłem studia i zostałem magistrem inżynierem. Pracę dyplomową obroniłem z wyróżnieniem. W pracy tej wszystkie obliczenia inżynierskie wykonałem na EMC, czyli na elektronicznej maszynie cyfrowej, bo tak wtedy, w połowie lat sześćdziesiątych, nazywano komputery. Były to urządzenia, dla obecnie żyjących niewyobrażalne. Jedno z pierwszych zainstalowanych Polsce było w WAT o nazwie URAŁ. Jego parametry techniczne to: gabaryty – kilka metrów sześciennych, pamięć operacyjna to lampy elektroniczne, a jej pojemność - 4096 słów 36 - bitowych, urządzenie wejścia to czytnik taśmy papierowej, wyjścia to urządzenie dziurkujące taśmę papierowa dalekopisową, która była nośnikiem do drukowania tekstu na dalekopisie.

Z dzisiejszego punktu widzenia były to urządzenia prymitywne. Ówczesna kadra naukowa była jednak pewna, że ten rodzaj techniki stanowić będzie podstawę rewolucji naukowo – technicznej. Między innym dlatego w WAT już 1967 powołano instytut uczelniany o nazwie Instytut Automatyzacji Systemów Zarządzania (IASZ), którego głównym celem było przygotowanie kadr, metodologii projektowania i wdrażania systemów przetwarzania danych. W tymże Instytucie, a później Wojskowym Instytucie Informatyki spędziłem życie zawodowe i naukowe, gdzie między innymi obroniłem dysertację doktorską i kierowałem wieloma zespołami naukowo – badawczymi.

Oprócz życia zawodowego miałem i mam udane życie rodzinne. Tuż po studiach poznałem moją późniejszą żonę, która też wywodząc się z wielodzietnej, biednej rodziny Podkarpacia, skończyła wydział lekarski na krakowskiej Akademii Medycznej. Stworzyliśmy rodzinę 2+3, dwie córki i syn, wszyscy są absolwentami warszawskich uczelni (UW, AM, SGH).

To wszystko, w głównej mierze, zawdzięczam odpowiedniej polityce społecznej, realizowanej przez Polską Rzeczpospolitą Ludową.

Dr inż. Odylon Gawęda