Maksymilian Podstawski

Mitteleuropa, czy strachy na Lachy?

  1. “Niemcy są najważniejszym krajem Unii Europejskiej, ale nie do takiej unii zapisywała się reszta Europy – nie zapisywała się do Mitteleuropy, którą dobrze pamięta”. Tak zakończył swój artykuł Peter Zeihan, amerykański politolog i ekspert w znanej nam już firmie Stratfor, zajmującej się doradztwem w dziedzinie bezpieczeństwa. Uważa on, że dzięki euro Niemcy stały się najważniejszym krajem Unii Europejskiej i chcą strefę euro, a nawet całą UE przebudować na własną modłę. Dzięki wspólnej walucie Niemcy urosły w siłę, a słabsze gospodarki utraciły motywację do zwiększania swojej konkurencyjności. Po II wojnie światowej niemiecką politykę wojskową podporządkowano NATO, a ekonomiczną Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej (obecnie Unii Europejskiej). Struktury te zaprzęgły niemiecki kapitał i gospodarczą energię w szerszy twór i spełniały niemieckie potrzeby ekonomiczne tak, by Niemcy nie musiały zaspokajać ich drogą militarną. Euro zaprojektowano jako narzędzie pacyfikowania Niemiec. Zeihan zwraca uwagę, że w ciągu ostatniej dekady koszty pracy w Niemczech prawie się nie zmieniły, natomiast w większości innych krajów UE znacząco wzrosły (o 13% w Austrii, 22% we Francji, 23% w Belgii, 24% w Holandii, 28% w Irlandii, 31% w Finlandii, 32% we Włoszech, 33% w Hiszpanii oraz o 35% w Grecji). Niemcy osiągnęły obecnie to czego nie zdołały osiągnąć przez tysiąc lat wewnątrzeuropejskich walk. Od momentu powstania euro wszyscy partnerzy Niemiec z unii walutowej tracą na konkurencyjności w stosunku do tego kraju, niektórzy nawet o Ľ. W rezultacie poćyczają pieniądze (głównie od Niemiec) na zakup importowanych towarów (głównie z Niemiec), poniewać ich pracownicy nie są w stanie konkurować cenowo (głównie z powodu Niemiec). Dotyczy to również państw, które jeszcze nie wstąpiły do strefy euro.. Kraje w rodzaju Niemiec (tj. te bardziej niż pozostałe uprzemysłowione) preferują wysokie stopy procentowe, by przyciągnąć kapitał inwestycyjny. Produkują towary o tak wielkiej wartości dodanej, że pozostają one konkurencyjne. Zeihan uważa, że obecnie wspólna waluta europejska to nie kaftan bezpieczeństwa dla Niemiec, ale odskocznia do ich sukcesu. Jego zdaniem niemieckie elity polityczne sądzą obecnie, że Niemcy mają prawo przebudować zasady rządzące strefą euro i Unią Europejską pod kątem swych interesów i na własnych warunkach. Jeszcze dalej niż Zeihan idzie w w swych rozważaniach i wnioskach francuski historyk Emmanuel Todd w rozmowie zamieszczonej w tym samym numerze Newsweeka. Twierdzi on, że Berlin żegna się dziś z Europą i rozpoczyna własną grę na globalnej scenie. Niemiecki problem Europy powraca, tyle, że tym razem ma wymiar ekonomiczny, a nie jak w przeszłości militarny. Niemcy zdołali narzucić sobie ostry reżim polegający na zamrażaniu płac i obniżeniu w ten sposób kosztów pracy. Skutkuje to co prawda obniżeniem poziomu ich życia, ale daje ich państwu bardzo wyjątkową pozycję. Niemcy skarżą się, że muszą dopłacać do UE, ale w siłę urosły dzięki wspólnej walucie. Inne kraje strefy euro nie mogą już poprawić swej konkurencyjności poprzez dewaluację swych walut. Europą rządzą Niemcy, którzy mają w Unii pozycje centralną w stopniu, jakiego dotąd nigdy nie widziano. Plany oszczędności jakie narzuca się krajom przeżywającym trudności są w założeniu całkowicie szalone. Państwa zadłużały się, bo skrępowane były gorsetem euro i dlatego przegrywały konkurencję z Niemcami czy Chinami. Niemcy kiedyś, na początku, w ogóle nie chciały euro, chciały zachować swą markę. To Francuzi wymusili na nich wspólną walutę, na swoje zresztą nieszczęście. W ciągu ostatniej dekady polityka restrukturyzacji umożliwiła Niemcom przejmowanie całych kawałków rynku francuskiego, włoskiego itd. W Europie do presji ze strony Chin, Indii oraz innych krajów rozwijających się doszła egoistyczna strategia gospodarcza Niemiec. Gdyby nie było euro, niemiecka gospodarka zostałaby zdławiona przez brak popytu, bo eksport do krajów europejskich załamałby się. Państwo niemieckie zawsze uchodzić chciało za bardzo proeuropejskie. Niemcy – zdaniem Todda – będą jednak zdolne pożegnać się z Europą. To co ma miejsce, to nie europeizacja, lecz renacjonalizacja polityki niemieckiej; w pierwszej fazie skutkuje to uwolnieniem się od wpływów amerykańskich, a w drugiej emancypacją względem europejskich więzów. Postępowanie Niemiec może ostatecznie spowodować zniknięcie wspólnej waluty. Niemcy zostaną osamotnione, a Berlin zabiegać może wówczas o stworzenie czegoś w rodzaju “strefy deutsch mark”, która – jak prorokuje Todd – poza Niemcami obejmowałaby także Austrię oraz Czechy, Słowację i Węgry. Jest jeszcze oczywiście inne rozwiązanie; Niemcy w porę zrozumieją, że sami, w skali globalnej, z 80 milionami mieszkańców nie dadzą sobie rady w światowej grze obok Stanów, Chin (które wyprzedziły już Niemcy w eksporcie) czy Indii. Niemcy pozostawione sobie nie zapobiegną temu, że ich gospodarka załamie się ostatecznie, tak jak inne europejskie gospodarki. Kiedy kryzys uderzył w kraje Europy Środkowo-Wschodniej, Niemcy oraz inne bogate kraje Unii postanowiły im nie pomagać. Obecnie strategię lizbońską zastępuje się nową, taką która interesuje starą Europę - zrównoważony rozwój, redukcja emisji dwutlenku węgla etc. Jeśli największe państwa unijne sądzą, kontynuuje Todd, że pozostaną w grze poświęcając Portugalię, Hiszpanię, Grecję i republiki bałtyckie, to się mylą. Zagrożenie w Europie nie ma charakteru wojskowego, lecz ekonomiczny. Ludzie, którzy rządzą zauważyli słusznie, że jest problem z konsumpcją, natomiast nie zauważyli, że niedostateczny popyt to rezultat wolnego handlu, na którym korzystają takie kraje jak Chiny. Chiny - nieskrępowane obecnością związków zawodowych – stanowią dla Europy konkurencję, której na dłuższą metę nie da się wytrzymać; podsycają swój eksport, eksportując towary do krajów rozwiniętych. W wyniku chińskiej konkurencji płace w krajach rozwiniętych stoją w miejscu i pojawia się groźba światowego kryzysu. Jeśli w tym momencie próbuje się pobudzić popyt, wstrzykując odgórnie pieniądze, to zamiast rozruszać gospodarki państw rozwiniętych, rozrusza się gospodarkę chińską. A my znów będziemy mieć kryzys; w dalszym ciągu trwa delokalizacja produkcji z Europy do Chin. Neoliberalna, ślepa wiara, że rynek wszystko ureguluje jest już martwa. Państwo jednak, jakkolwiek pozornie aktywne jak za dobrych czasów centrolewicowych po II wojnie, nie służy interesom ogółu, lecz ludziom wysoko postawionym. “Mamy więc do czynienia z przejściem od neoliberalizmu do pewnej formy etatyzmu prawicowego, który cechuje dominacja nierówności”. Społeczeństwo europejskie ma formę schyłkowego społeczeństwa etatystycznego. Obecny kryzys Europy nie jest jedynie kryzysem gospodarczym, politycznym czy metafizycznym. Jest to również kryzys zramolenia.
  2. Zeihan pisze, że Europa pamięta Mitteleuropę, ale na dobrą sprawę ta idea nigdy, na szczęście, nie została w pełni zrealizowana. Do jej niepowodzeń w poważnym stopniu przyczyniała się czeska myśl polityczna już od połowy XIX stulecia. Niemiecka idea Mitteleuropy zapoczątkowana została na progu XIX wieku, rozwijana później do I wojny światowej i podczas I wojny (usiłowano wówczas po raz pierwszy wcielić ją w życie) oraz w okresie międzywojnia, a następnie w sposób wyjątkowo okrutny realizowano ją zgodnie z programem nazistowskim. Reakcją na koncepcję Mitteleuropy była idea Europy Środkowej, czy też Europy Środkowowschodniej rozwijana w Polsce, Czechach i Słowacji oraz w innych państwach naszego regionu a nawiązująca do tradycji habsburskich, jagiellońskich i myśli ludowej (agrarnej). W XIX wieku, po upokarzających klęskach napoleońskich, narodziła się wśród Niemców świadomość swego rodzaju misji cywilizacyjnej. Proces ten miał podłoże ekonomiczne i towarzyszyło mu przekonanie o wyższości kulturalnej, naukowej i gospodarczej Niemiec a zapoczątkował go filozof Johann Fichte (1762-1814) pracą “Zamknięte państwo handlowe”. Zaproponował on w niej stworzenie z Niemiec autarkicznego, samowystarczalnego gospodarczo organizmu politycznego w naturalnych granicach. J. Fichtemu i rozwijającemu jego ideę orientaliście Paulowi de Lagarde (1827-1891) nie obce były poglądy o wyższości rasowej Niemców. Z inspiracji ekonomisty Friedricha Lista (1789-1846) powstało Niemieckie Zjednoczenie Handlowe, które rozpoczęło energicznie skuteczną agitację na rzecz unii celnej w środkowoeuropejskim obszarze gospodarczym od Morza Północnego i Bałtyku aż po Morze Czarne, a przez Turcję do ówczesnej tureckiej Mezopotamii. Obszar ten stanowić miał konfederację polityczną, która miała być przeciwwagą dla przewidywanego wtedy przymierza francusko-rosyjskiego. Rywalizacja Austrii i Prus o prymat wśród państw I Rzeszy rozpoczęła się już w XVIII wieku, a rezultatów tej rywalizacji pilnie oczekiwali Czesi, którzy, upraszczając sprawę – “postawili na Austrię”.Czesi uważali, że koncepcja Wielkich Niemiec (niezależnie czy pod dominacją Austrii czy Niemiec) byłaby zagrożeniem dla małych narodów Europy Środkowej. František Palacký (1798 - 1876), ojciec czeskiego odrodzenia narodowego obawiał się wchłonięcia Austrii – a wraz z nią Czech – do Niemiec. Wyrażał opinię, że gdyby państwo austriackie nie istniało, należałoby je stworzyć w interesie Europy i ludzkości. Uzasadniał konieczność zachowania Austrii zagrożeniem rosyjskim (co nie było bez znaczenia), ale chodziło mu przede wszystkim o zagrożenie niemieckie. F. Palacký był jednym z twórców austroslawizmu i uważał, że cesarstwo austriackie należy przekształcić w federację, w której narody słowiańskie odgrywałyby wiodącą rolę. Kres tej koncepcji położył konflikt między Węgrami a pozostałymi narodami zamieszkującymi Węgry i powstanie w r. 1867 austro-węgierskiej monarchii dualistycznej. Po jej powstaniu, aby przeciwdziałać m.in. madziaryzacji narodów na Węgrzech (Słowaków, Niemców, Chorwatów, Rumunów) powstała koncepcja federacji państw naddunajskich, której twórcami byli arcyksiąże Franciszek Ferdynand (1863 – 1914) oraz grupa jego współpracowników, wśród których najważniejszą rolę odgrywali ludowcy, m.in. Słowak Milan Hodža i Rumun Alexandru Vaida-Voievod. Zarówno twórcy austroslawizmu, jak i koncepcji federacji naddunajskiej przeciwni byli zdecydowanie dominacji Niemiec w Europie Centralnej oraz idei Mitteleuropy. Klęska Austrii pod Sadową (3 lipca 1866) oraz pokój praski (23 sierpnia 1866) przyniosły w Niemczech hegemonię Prusom, ale Austria – tak jak chcieli Czesi - została zachowana. Prusy potwierdziły swą mocarstwową pozycję w zwycięskiej wojnie z Francją (1870 – 71), a Bismarck w stolicy pokonanej Francji proklamował utworzenie II Rzeszy. W II Rzeszy nadal rozwijano koncepcję Mitteleuropy, której realizacja oznaczała w praktyce stopniowe, pokojowe uzależnienie Austro-Węgier od Niemiec zdominowanych przez Prusy. Porozumieniu politycznemu i wojskowemu między Niemcami a Austro-Węgrami sprzyjał proces rosnącego zbliżenia gospodarczego obu krajów. Kapitał niemiecki coraz silniej opanowywał Austro -Węgry i umacniał się w krajach podległych Habsburgom. Geograficznych definicji Mitteeuropy było bardzo wiele, według najszerszych z nich właściwie wszystkie kraje wokół Niemiec “należały” do Mitteleuropy (z wyjątkiem Półwyspu Iberyjskiego, Półwyspu Apenińskiego, Wielkiej Brytanii i Rosji. Ponad wiek dziesiątki niemieckich uczonych i publicystów politycznych i gospodarczych karmiło społeczeństwo Niemiec iluzją (wizją?) Mitteleuropy. Ich argumentacja, niekiedy zupełnie irracjonalna i oderwana od rzeczywistości osiągnęła w pierwszych latach I wojny światowej zamierzony cel; zmobilizowała i przekonała społeczeństwo niemieckie (a częściowo austriackie i węgierskie) do niemieckiego przywództwa militarnego i politycznego. Europa Centralna (Mittel) stała się niemieckim celem wojennym. Szybkie zwycięstwo i zdobycie Europy Centralnej umożliwić miało Niemcom stawienie czoła mocarstwom światowym: Wielkiej Brytanii, Stanom Zjednoczonym i Rosji. Uczonych niemieckich (najróżniejszych specjalności), którzy byli współtwórcami idei Mitteleuropy było bardzo wielu, ale istotnym i kulminacyjnym momentem w historii niemieckiej myśli “mitteleuropejskiej” było ukazanie się podczas I wojny, w październiku 1915 roku znanej powszechnie książki Friedricha Naumanna pod krótkim tytułem “Mitteleuropa”. Naumann uważał, że Polaków do Mitteleuropy można łatwo pozyskać, wystarczy wykorzystać ich antyrosyjskie nastroje. Ostatecznie Niemcy wojnę przegrały, więc nie wiemy, jak wyglądałaby w praktyce realizacja koncepcji Mitteleuropy. Poczynania reżimu okupacyjnego generała Ericha von Ludendorfa na obszarach zdobytych przejściowo w Europie Środkowowschodniej świadczyły jednak o istnieniu zwolenników twardej ręki i zamiarze bezpośredniej aneksji większości podbitych terenów. W obliczu trudności wojennych Niemiec ten skrajny wariant przegrał z umiarkowaną, federalistyczną koncepcją Mitteleuropy sformułowaną przez Naumanna. Jeszcze więc w toku wojny, 15 listopada 1916 roku, dwóch cesarzy stojących na czele mocarstw centralnych (Niemiec i Austro-Węgier) ogłosiło akt wskrzeszający niepodległą Polskę. Niezależnie od intencji obu cesarzy miał on istotne znaczenie. “Akt dwóch rozbiorców zmierzał oczywiście do wydobycia z Polski paruset tysięcy bitnego żołnierza. Ale wywołał sprawę państwa polskiego na widownię. I tego nic już odmienić nie mogło”. Ogłoszenia niepodległości krajów podbitych przez Niemcy i Austro-Węgry następowały w następującej kolejności: Polska – 5 listopada 1916, (Finlandia sama wybiła się na niepodległość – 5 grudnia 1917), a w pierwszym kwartale 1918 – pod osłoną armii niemieckiej proklamowały niepodległość: Ukraina – 10 stycznia 1918, Litwa – 18 lutego 1918, Estonia – 24 lutego 1918, Łotwa – 23 marca 1918, Białoruś – 25 marca 1918 roku. W odpowiedzi na akt 5 listopada rząd carski zareagował protestem. Równocześnie podobne protesty przeciwko ogłoszeniu niepodległości Polski złożyły rządy Anglii, Francji i innych sojuszników Rosji. Stany Zjednoczone zachowały neutralność do kwietnia 1917 r. Gdy Prezydent Wilson sformułował swoje 14 punktów w styczniu 1918 r. to wymienił tylko Polskę, mimo, że Finlandia była już niepodległa, a deklaracje niepodległości dalszych 5 państw tego regionu już dojrzewały. Zniewolone narody w naszym regionie skorzystały z konfliktu między Niemcami a Rosją. Niemcy starały się wiązać je ze sobą i zyskać ich wdzięczność. Warto jeszcze raz przypomnieć, że datę uzyskania na krótko niepodległości przez Białoruś (25 marca 1918) świętuje obecnie białoruska opozycja. Pamięć historyczna na Ukrainie, Białorusi, Litwie, Łotwie i Estonii – inaczej niż sądzi Zeihan – często pozytywnie może odnotowywać Mitteleuropę, tę z I wojny światowej. Młode państwo litewskie na przykład obawiało się swych sąsiadów i uzależnione było od niemieckiej pomocy, by sprostać “zagrożeniom ze strony Moskwy i Warszawy”. Do tych naturalnych skądinąd sympatii sięgali hitlerowcy podczas II wojny, niekiedy z dobrym, niestety, skutkiem. Podobnie, sympatii dla koncepcji Mitteleuropy spodziewać się można było podczas II wojny w Austrii i na Węgrzech. Zresztą, postanowienia traktatu w Trianon do dziś budzą na Węgrzech emocje. Wydaje się jednak, że w chwili obecnej, już z dość dalekiej perspektywy, te narody, na ogół, bardzo trzeźwo i bez złudzeń oceniają koncepcję Mitteleuropy i swą sytuację podczas I wojny. Posłużmy się tu cytatem: “Przez cały okres wojny, Niemcy w ramach swej polityki wobec okupowanych terytoriów liczyli na aneksję Litwy. Pod uwagę brane były 2 opcje: pierwsza to bezpośrednia aneksja, kolonizacja i germanizacja, a druga to utworzenie i administrowanie formalnie niepodległymi państwami, które byłyby całkowicie zależne od Niemiec”. I to właśnie tej drugiej opcji, niektóre kraje naszego regionu zawdzięczały niepodległość. Niemcy były za słabe, aby – zgodnie z pierwszą opcją - włączyć je do swego imperium. Mimo upadku II Rzeszy plany Mitteleuropy były nadal opracowywane teoretycznie w republice Weimarskiej (1919-1933), przejęte przez hitlerowców i wcielane w życie w okresie II wojny, ale jeszcze bardziej brutalnymi metodami. Także hitlerowcy – podobnie jak Niemcy podczas I wojny - posiadali 2 warianty Mitteleuropy. W pierwszym zakładano utworzenie Rzeszy germańskiej o strukturze federalnej, ten model preferowało SS, w których szeregach służyli “rasowo czyści” obywatele germańskich państw europejskich. W drugim wariancie, bliskim otoczeniu Hitlera, Ribbentropa i Goebelsa, przewidywano utworzenie narodowo-socjalistycznej Wielkiej Rzeszy europejskiej o strukturze centralistycznej, bez żadnych “mrzonek” o federacji. Dopóki hitlerowcy odnosili sukcesy na frontach, dopóty obowiązywał ostatni wariant. Po Stalingradzie jednak już bardziej “łagodny”, federalistyczny wariant germański popierany przez SS.
  3. Powtórka z Mitteleuropy Środkowej Europie nie grozi. Obecnie w potocznym języku polskim oraz w języku polityki nie używa się terminu Mitteleuropa na określenie naszego regionu. Stosuje się terminy “Europa Środkowa” lub “Środkowo-Wschodnia”.Niektórzy dzielą jeszcze nasz region na Europę Środkową i Europę Południową. Na obszarze tym (między Rosją, Niemcami, Włochami a Turcją), kiedy mówimy o Europie Środkowej, pojawia się niekiedy Austria. Nie oznacza to niestety, że współcześnie, “tradycyjnie” definiowane słowo “Mitteleuropa” zniknęło zupełnie z użycia. Spotkać go można dość często w niemieckich i austriackich atlasach, encyklopediach, wydawnictwach turystycznych. Granice Mitteleuropy zakreślone są tam mniej “ambitnie” niż podczas I czy II wojny. Z państw zachodnich pojawia się tam czasem tylko Szwajcaria. Natomiast obok Niemiec wymienia się Polskę, Czechy, Słowację Austrię, Węgry, Słowenię i Chorwację. Taki też kształt Środkowej Europy (Mitteleuropy) widzieliby jej nieliczni sympatycy w Polsce. Jest to łagodna wersja Naumana, w której niemal wszystkie narody o tradycji prawosławnej “usunięte” zostały z Europy Środkowej, a pierwotnie należeć do niej miały: Niemcy, Królestwo Polskie i Austro-Węgry. Region, w którym żyjemy nie jest jednak ani Mitteleuropą, ani “bliską zagranicą”, ani Europą Wschodnią (ta ostatnia definicja to relikt “zimnej wojny”, używana niekiedy bez zastanowienia na Zachodzie i nadal w pracach ONZ). W Polsce istnieją (istnieli?), nieliczni co prawda, sympatycy niemieckiej Mitteleuropy, którzy używają także określenia Europa Środkowa, ale u nich oznacza to już nasz region pod przywództwem Niemiec. Zacytujmy słowa, które napisane zostały w roku 1997, a więc kilka lata przed wstąpieniem Polski i kilku innych państw naszego regionu do Unii Europejskiej: “Teraz po wyemancypowaniu się narodów Europy Środkowej z sowieckiej dominacji można myśleć o wskrzeszeniu federalistycznej unii gospodarczej. W której Niemcy mogłyby odegrać rolę siły równoważącej konflikty europejskie. Może więc istnieje nadzieja na powstanie wokół Niemiec szczególnej kultury środkowoeuropejskiej po latach, gdy od Kongresu Wersalskiego aż do upadku muru berlińskiego wszystkie siły sprzęgły się przeciwko realizacji tej idei”. W takiej Europie Środkowej to Niemcy odgrywałyby dominującą i monopolistyczną rolę. Gdyby pod takimi hasłami zachęcano nas do wstąpienia do UE (1 maja 2004), to należy wątpić, czy Polacy zgodzili by się na taką “ideologię”. W Polsce uważamy, że w Europie Środkowej nie ma już Niemiec, a obecne – przyjazne Polsce demokratyczne Niemcy - należą do Europy Zachodniej. Tak ujął tę sprawę po II wojnie światowej polski katolicki federalista Jerzy Braun:“Wyzwolenie tych narodów (środkowoeuropejskich – między Niemcami, Rosją, Włochami a Turcją, M.P.) było jakby drugą “wiosną ludów”, najważniejszym faktem historycznym ostatniego półwiecza. Przesunęło ono punkt ciężkości Europy z terenu Niemiec i Włoch nad Dunaj i Wisłę, uniemożliwiając Niemcom zdobycie centralnej i dominującej pozycji w Europie, a zarazem kładąc tamę pochodowi Rosji euroazjatyckiej na Zachód. Powstały więc warunki do zażegnania długotrwałego chaosu na kontynencie europejskim i wyraźnego podziału jego na dwa kompleksy geopolityczne i kulturalne: zachodni i wschodni, których rozgraniczeniem i pomostem zarazem stała się Polska i Europa Środkowa”. J. Braun miał tu na myśli rezultaty zarówno I, jak i II wojny światowej. Żadna partia polityczna nie opowiada się u nas za Mitteleuropą, a większość polityków uważa nawet, że to Polska powinna w Unii Europejskiej odgrywać rolę lidera w Europie Środkowej (oczywiście pod warunkiem, że państwa i narody regionu same uznają Polskę za lidera). Wszystko to nie oznacza, że Niemcy nie mają dużego wpływu na to co dzieje się w Europie Środkowej. Wpływy ma także cała Unia Europejska i z tego należy się też cieszyć. Nie bez znaczenia dla przyszłości regionu jest także rosnącą stopniowo obecność Stanów Zjednoczonych w Europie Środkowej, co trudno przecenić. Pamiętać przy tym należy, że o wpływy w Europie Środkowej zawsze z Niemcami rywalizowała Rosja, a niekiedy dzieliła się tymi wpływami. Unia Europejska powinna pilnie zechcieć stać się światowym mocarstwem, mocarstwem przyjaznym Stanom Zjednoczonym i to w sytuacji, gdy wiadomo, że jedność europejska nie jest jeszcze faktem. Polsce zależy na pomyślności całej Unii Europejskiej. Polska nie ma natomiast większego wpływu na to, jaką rolę w Unii Europejskiej odgrywać będą Niemcy. Najwyraźniej jest to obecnie rola wiodąca. Demokratyczne Niemcy są bardzo ważnym partnerem politycznym i gospodarczym Polski. Przedwczesne wydają się przy tym opinie o dramatycznym zmniejszeniu znaczenia w ramach Unii innych państw, takich jak Francja czy Wielka Brytania. Polska przywiązuje wielką wagę do właściwego funkcjonowania Trójkąta Weimarskiego (Niemcy, Francja, Polska). W kontekście interesów środkowoeuropejskich, ważna jest dla nas Grupa Wyszehradzka i możliwie wszechstronna współpraca państw Środkowej Europy. Ważne są dobre stosunki Polski z wszystkimi sąsiadami, w tym z Rosją. Po niewyobrażalnej tragedii smoleńskiej, wiele się mówi o możliwości poprawy stosunków z Rosją. Do tej poprawy doszło by nawet bez tego co wydarzyło się w Smoleńsku, może nieco wolniej. Ta potworna tragedia była niepotrzebna. Na poprawie stosunków polsko-rosyjskich zależy nam, zależy samej Rosji, która pragnie – jak się wydaje - przybliżyć się do Europy i do Stanów Zjednoczonych, zależy wszystkim naszym najważniejszym sojusznikom. (Przy czym poprawy stosunków polsko-rosyjskich nie powinny się obawiać państwa leżące między Polską a Rosją). Nie należy zapominać o wcześniejszych pracach i pewnych osiągnięciach polsko-rosyjskiej grupy do spraw trudnych, której po stronie polskiej przewodniczy profesor Adam Daniel Rotfeld. Do poprawy więc dojdzie. Dla porządku jednak trzeba odnotować poglądy wyrażające co do tego wątpliwości. Pojawiły się więc głosy, że mamy do czynienia ze strategicznym manewrem Rosji, która pragnie wyłącznie zabezpieczenia interesów Gazpromu i stworzenia klimatu, w którym pogłębienie energetycznego uzależnienia Polski od Rosji byłoby dla Polaków łatwiejsze do przełknięcia. Okazało się nagle, że w Polsce są złoża gazu łupkowego. Gdyby nie to, żadnych ustępstw ze strony Rosji by nie było. Sądzi się także, że jakkolwiek zbliżenie polsko - rosyjskie to bardzo pozytywne zjawisko, to znajduje się ono w fazie wstępnej, nie wykracza poza obszar historii, a opinie, że Rosja zwraca się ku zachodowi są przedwczesne. Odruch serca w polityce rosyjskiej nie odgrywa żadnej roli. Rosjanom nie podoba się, że Polacy współpracują z Amerykanami, “ale tego nie można zmienić, to jest fakt”. Stosunki Polski z Rosją na krótszą metę mogą się poprawić, ale w dłuższej perspektywie nie, bo oba kraje mają sprzeczne interesy. Sposoby przeżywania przez Polaków tragedii w Smoleńsku ujawniły stare podziały na romantyczną Polskę i na Polskę pozytywistyczną. Do tych podziałów i postaw należy się odnieść z całą powagą i szacunkiem. Świadczą one o tym, że społeczeństwo polskie nie jest jednolite i że jakikolwiek jedynie słuszny sposób przeżywania dziejącej się na naszych oczach historii nie jest w stanie zmonopolizować całości. Te różnice nie są niczym złym. W przeszłości miały nawet dobre strony (patrz: Piłsudski i Dmowski podczas I wojny). Byłbym nawet za ich poszerzeniem o czeski sposób patrzenia na rzeczywistość, o ich umiejętność wątpienia, dystans do spraw, sceptycyzm i autoironię. Polacy długo Czechów nie rozumieli (i nawzajem), oskarżając ich albo o proniemieckość (a chodziło o austroslawizm), albo o prorosyjskość, a chodziło zawsze o przetrwanie małego liczebnie narodu. A czy Polska i Polacy w obecnym globalnym świecie są liczbowo wielkim narodem? Zgódźmy się, że nie są, więc czeskie przymioty bardzo by się nam przydały. Z Czechami posiadamy wspólne interesy (zawsze je mieliśmy, tylko nie zawsze zdawaliśmy sobie z tego sprawę) i doskonale się obecnie rozumiemy na wielu polach. Należały zrobić jeszcze więcej niż dotąd dla wzajemnego zrozumienia. Krokiem w tym kierunku byłoby np. zapoczątkowanie trendu kształcenia się polskiej młodzieży na czeskich uczelniach (a czeskiej na polskich). To między innymi czeska i słowacka myśl polityczna, wzbogacana wkładem ludowców środkowoeuropejskich, w tym polskich, każe nam od 200 lat nie zapominać o potrzebie ścisłej współpracy narodów i państw Środkowej Europy. Na czeskich uczelniach wysoki jest też poziom na kierunkach technicznych. Nie od rzeczy będzie zauważyć przy tej okazji, że czeski rząd zatwierdził kilka tygodni temu umowę o naukowej współpracy ze Stanami Zjednoczonymi w dziedzinie obronności. Po ratyfikacji dokumentu czescy naukowcy uzyskają dostęp do projektów zastrzeżonych wyłącznie dla Amerykanów i ok. 10 innych państw. Po wejściu w życie umowy, która ma znaczenie także dla sfery cywilnej, w programie uczestniczyć będą czeskie uczelnie. O ile Mitteleuropa nam nie grozi, bo nawet ewentualna “dominacja” Niemiec, ale już w całej Europie, żadnych, nawet najśmielszych planów mitteleuropejskich nie przypomina, to Europie i światu zagraża nadal kryzys ekonomiczny, a znaczenie Niemiec w jego rozwiązaniu jest dość istotne. W Europie dochodzi do tego, jak zauważa Todd – kryzys “zramolenia”, który w Polsce rozwiązać może w dłuższej perspektywie wyższy niż dotąd przyrost naturalny (z problemem tym nie potrafi sobie poradzić panująca w Polsce doktryna neoliberalna). Główną przyczyną światowego kryzysu ekonomicznego stał się neoliberalny system ekonomiczny. Doprowadził on do wzrostu kosztów utrzymania, utrudnień w dostępie do kredytów bankowych, ograniczenia działalności przedsiębiorstw, redukcji zatrudnienia pracowników i wzrostu inflacji. Nastąpiło spowolnienie dynamiki rozwoju gospodarczego wielu państw, w tym także Polski. Przyniosło to negatywne skutki dla wszystkich pracujących, a szczególnie najbiedniejszej części społeczeństwa – najmniej zarabiających, rodzin wielodzietnych, emerytów i rencistów. Wiemy już, że Unia Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy pomogą Grecji w pokonaniu kryzysu, co jest dla pomyślności ekonomicznej i politycznej całej Unii sprawą istotną. (Problemy z greckim deficytem budżetowym i hiszpańskim rynkiem nieruchomości stały się w tym momencie znacznie ważniejsze niż dalsze rozszerzanie Unii). Oznacza to równocześnie uszczuplenie w najbliższych latach funduszów rozwojowych dla nowych państw unijnych, w tym dla Polski, a może nawet dalsze spowolnienie naszego rozwoju gospodarczego. Istotą kryzysu greckiego wydaje się być nie tyle roszczeniowość “budżetówki”, co pazerność i nieuczciwość – jak określa to Todd - “ludzi wysoko postawionych”.Przyszłość świata zachodniego zależy w dużym stopniu od sukcesu polityki Prezydenta Baracka Obamy, zarówno wewnętrznej, jak i zagranicznej, a przede wszystkim polityki ekonomicznej uwzględniającej problematykę socjalną. Jak na razie Europa trwa w recesji, podczas, gdy Ameryka poszła nieco do przodu (choć niektórzy sądzą, że jest akurat odwrotnie), a Chiny dokonują kolejnego skoku naprzód i tu nie ma żadnych wątpliwości. Mamy w świecie do czynienia z procesem przechodzenia od polityki ideologicznej do kalkulacji ekonomicznej. W tym wszystkim jednak, nie powinniśmy zapominać o interesach naszego regionu – Środkowej, czy jak kto woli, Środkowowschodniej Europy, nie tylko tych gospodarczych, ale i politycznych.

    Warszawa, 11 maja 2010