Maksymilian Podstawski

 

Europa Środkowa w tym zwariowanym świecie, jesień 2015

 

I.

Jesienią 2015 roku Prawo i Sprawiedliwość zdobyło pełną władzę w Polsce. Ma swego prezydenta i większość parlamentarną (Zjednoczona Prawica). Ułatwia to kształtowanie polityki wewnętrznej i zagranicznej. Co się tyczy polityki zagranicznej, to zarówno z wypowiedzi polityków tej partii jak i odpowiednich dokumentów i artykułów, z pierwszych wizyt pana prezydenta Andrzeja Dudy wynika, że polityka, ta dotycząca Europy Środkowej, w głównych zarysach – przynajmniej jeżeli chodzi o cel jakim jest utrzymanie współpracy państw Europy Środkowej - będzie w zasadzie kontynuacją polityki koalicji PO-PSL. Różnice tkwią w szczegółach i w środkach zmierzających do celu. W przypadku polityki w Europie Środkowej, obie ekipy, poprzednia i obecna, przywiązywały (przywiązują) istotną wagę do sytuacji w tym regionie. Obie polityki (koncepcje) stawiają sobie za cel integrację Europy Środkowej i zapewnienie Polsce w tym regionie należnego jej miejsca. O ile jednak minister Radosław Sikorski odżegnywał się od polityki jagiellońskiej, to ekipa obecna wyraźnie nawiązuje do spuścizny Józefa Piłsudskiego oraz idei Międzymorza. Jest to w pewnej sprzeczności z równoczesnym akceptowaniem przez PiS wagi i znaczenia Grupy Wyszehradzkiej, która swoje istnienie zawdzięcza dorobkowi politycznemu środkowoeuropejskich emigracyjnych rządów w Londynie w okresie II wojny światowej. Rządy te zmierzały do utworzenia po wojnie federacji państw Środkowej Europy na obszarze między Rosją, Niemcami, Turcją i Włochami, od Gdańska po Saloniki. W planowanej federacji Polska i Czechosłowacja miały być jej jądrem, tak jak obecnie jądrem Europy Środkowej jest Grupa Wyszehradzka. W tej federacyjnej koncepcji znalazło się niezwykle ważne miejsce dla Czechosłowacji, o czym wcześniej, w przypadku realizacji koncepcji Międzymorza, przy stosunku Piłsudskiego do Czechosłowacji oraz napiętych relacjach między naszymi państwami, nie mogło być w ogóle mowy. Wypada wspomnieć, że w ustępującej ekipie PO-PSL znalazło się wiele osób o wykształceniu historycznym, które również nie ukrywały swego uwielbienia dla Marszałka, np. w otoczeniu pana prezydenta Bolesława Komorowskiego. W środowiskach lewicowych z kolei podkreślane są niekiedy lewicowe początki Marszałka, a zapomina się o tym, że po uzyskaniu niepodległości przez Polskę wysiadł on “z czerwonego tramwaju”. Nie ma w tym wszystkim nic nadzwyczajnego, bo Polacy doceniają na ogół rolę Piłsudskiego, bez którego trudno sobie wyobrazić uzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 roku. Co nie oznacza, że podobną ocenę Piłsudskiego podzielają Ukraińcy, Białorusini czy Litwini, którzy w tym samym czasie, bardziej lub mniej skutecznie, także walczyli o niepodległość, często w kolizji z polskimi dążeniami. Oznacza to również nieprzychylne stanowisko tych nacji do idei Międzymorza. W koalicji PO-PSL zdecydowanie odmienną niż PO interpretację naszej najnowszej historii prezentowało Polskie Stronnictwo Ludowe (Maksymilian Podstawski, Przyszłość Polski i Europy Środkowej-znaczenie myśli ludowej, “Europa Środkowa, i co dalej...”, str. 143-159, P.U.COMPUS, 2011). PSL bezpośrednio na politykę zagraniczną Polski nie miało co prawda w ustępującym rządzie wyraźnego wpływu (z wyjątkiem międzynarodowej polityki gospodarczej i autentycznych sukcesów w eksporcie, m.in. żywności), ale w doskonale redagowanym przez Ryszarda Miazka periodyku “Realia i co dalej'' nawiązywało wyraźnie do dorobku rządu emigracyjnego w Londynie. Zresztą, z uwagi na znane zaszłości historyczne (przewrót majowy i Bereza Kartuska), trudno byłoby posądzać PSL o sympatie propiłsudczykowskie. Tak na marginesie warto przypomnieć, że zamysły z okresu wojny powołania federacji w Europie Środkowej zyskały poparcie całej naszej emigracji, w tym wielu piłsudczyków (np. Tytusa Filipowicza). “Realia”, będąc w jakimś sensie organem teoretycznym PSL-u, ponad rok temu przestały się, z niewiadomych zresztą powodów, ukazywać, co być może mogło mieć jakiś wpływ na słaby wynik stronnictwa w ostatnich wyborach parlamentarnych. W Prawie i Sprawiedliwości natomiast nie pojawili się jeszcze politycy, którzy potrafiliby bardziej krytycznie spojrzeć na ideę Międzymorza; nie uczynią tego zapewne ci ludowcy (a powinni!), którzy swego czasu opuścili PSL i przeszli do PiS-u. Czas pokaże czy idea Międzymorza znajdzie obecnie zwolenników wśród naszych partnerów w regionie (np. w Czechach i Słowacji). Należy raczej w to wątpić. Środkowoeuropejskim koncepcjom wojennej emigracji zarzucić można co prawda brak w nich wyraźnego miejsca dla Ukrainy, Białorusi i 3 państw bałtyckich, ale trzeba przypomnieć, że kraje te wchodziły wówczas w skład Związku Radzieckiego i pomysł włączenia ich do przyszłej zintegrowanej Środkowej Europy nie wchodził w rachubę chociażby z uwagi na stanowisko USA i Wielkiej Brytanii, które nie chciały drażnić swego radzieckiego sojusznika. Przy czym trzeba przyznać, że w dyskusjach na temat kształtu przyszłej Europy Środkowej były z polskiej strony niezgrabne próby włączenia naszych bezpośrednich wschodnich sąsiadów do rozmów o integracji regionu, ale z ich strony nie spotykało się to z pozytywnym odzewem. A to z różnych powodów, wśród nich była zwyczajnie niechęć do Polski oraz obawa przed powtórnym zdominowaniem ich przez Polskę. Ówczesny pogląd polskiego rządu emigracyjnego dotyczący wschodniej granicy, domaganie się powrotu Polski do granic na wschodzie ustanowionych przez Traktat Ryski z 1921 roku nie zjednywało nam tam przyjaciół. Oficjalny pogląd polskiego rządu emigracyjnego dotyczący wschodniej granicy Polski spotkał się także z negatywną reakcją ze strony czechosłowackiego premiera Edwarda Beneša, który od ustępstw ze strony polskiej w tej sprawie uzależniał realizację ustaleń dotyczących Czechosłowacko-Polskiej Federacji. Brał on pod uwagę interes Związku Radzieckiego oraz poglądy mocarstw zachodnich dotyczące linii Curzona i radzieckiej granicy zachodniej. W dłuższej perspektywie czasowej jednak Beneš się pomylił, bo gdy rozpadł się Związek Radziecki, powstała Ukraina, Białoruś i Litwa i z nimi przede wszystkim Polska graniczy na wschodzie, a nie z Rosją (przy czym wschodnia granica Polski po uzyskaniu przez te 3 państwa niepodległości pozostała niezmieniona). Dzięki temu przetrwała i poszerzona została o te kraje definicja Europy Środkowej Milana Hodžy: między Niemcami a Rosją, od Gdańska do Salonik. (Maksymilian Podstawski, Milan Hodža-ideolog i przywódca agrariuszy słowackich, Dzieje partii i stronnictw chłopskich w Europie, Tom I, str. 185, Pułtusk-Warszawa 2007, Akademia Humanistyczna im. Aleksandra Gieysztora). Reasumując, wydaje się, że idee środkowoeuropejskich emigracyjnych polityków, przy poszanowaniu aktualnych granic Polski ze wschodnimi sąsiadami, byłyby obecnie w naszym regionie bardziej “nośne” niż idee jagiellońskie. Tym bardziej, że w okresie II wojny istniała co do nich pełna zgoda wśród rządów emigracyjnych i społeczeństw Europy Środkowej. Inaczej jeszcze rzecz ujmując: potrzeba nam obecnie więcej Władysława Sikorskiego, a mniej Józefa Piłsudskiego. (Nie wykluczone natomiast, że na użytek wewnętrzny, w Polsce, nawiązywać by można do Piłsudskiego i do idei jagiellońskiej tam, gdzie istnieje konieczność większego zrozumienia i akceptacji mniejszości narodowych i religijnych, np. w kontekście spodziewanych migracji do Polski. Z tym, że i tutaj z tym zrozumieniem potrzeb mniejszości narodowych i religijnych w Polsce w okresie międzywojennym nie było najlepiej, gdyż w gruncie rzeczy realizowano politykę Romana Dmowskiego; jednego narodu w wielonarodowym państwie). Przyznać przy tym trzeba, że powaga z jaką obecna ekipa ma zamiar traktować Grupę Wyszehradzką i region środkowoeuropejski zasługuje na pozytywną ocenę. Dobrze, gdyby do tego udało się zrealizować chęć utrzymania dobrych relacji ze wszystkimi sąsiadami. Wymagało by to zastąpienia idei Międzymorza np. “blokiem śródkowoeuropejskim/środkowowschodnioeuropejskim” i nawiązania do dorobku okresu wojennego (Edward Beneš, Władysław Sikorski, Milan Hodža, Oskar Halicki, Jerzy Braun. Ten ostatni był m.in. przełożonym Karola Wojtyły w konspiracji wojennej. Można przypuszczać, że to właśnie koncepcje polityczne okresu wojennego zainspirowały Jana Pawła II do przedstawienia wizji “dwóch płuc chrześcijaństwa” – zachodniego i wschodniego, która nie wyklucza Rosji ze wspólnoty atlantyckiej, od Władywostoku po Vancouver. O utworzenie takiej wspólnoty w dalszej przyszłości upomina się także Zbigniew Brzeziński, który – co warto zaznaczyć - w swych tekstach dotyczących Europy Środkowej przychylnie oceniał zarówno ideę Konfederacji Polsko-Czechosłowackiej, jak i powstanie Grupy Wyszehradzkiej.

 

II.

Znany amerykański historyk Timothy Snyder stwierdził stosunkowo niedawno, że w swej obecnej polityce Rosja próbuje zawiązać sojusz z partiami skrajnej prawicy w Europie, aby w ten sposób osłabić Unię Europejską, a nawet spowodować jej całkowity rozpad. (Timothy Snyder discusses WWII precedent and future of Russian-Ukrainian conflict, portal “the Justice”, wykład profesora w Brandeis University, 21.04.2015). (W tym kierunku np. wydaje się zmierzać polityka Rosji wobec Węgier, Słowacji i Czech. Trochę zastanawia w tym kontekście całkowity brak odniesień do Rosji w exposé pani premier Szydło. M.P.). Zastanawiając się nad globalnymi zagrożeniami dla światowego pokoju, Snyder zwraca uwagę na panikę ekologiczną jaka panuje w świecie w związku ze zmianami klimatycznymi. Obawia się on powrotu tego sposobu myślenia, który – jego zdaniem - doprowadził Hitlera do pomysłu Lebensraumu. Ten sposób myślenia wynika z niewiary w naukę i w możliwości zaspokojenia dzięki niej potrzeb żywnościowych świata. Snyder uważa, że na świecie już obecnie trwa walka o ziemię w celu zapewnienia produkcji oraz dostaw żywności i podaje jej przykłady:

1/ Wymordowanie we Wschodniej Afryce pół miliona Tutsi przez Hutu w 2003 roku.2/ Konflikt w Sudanie, gdzie Arabowie od 2003 roku starają się usunąć afrykańskich pasterzy z ich ziem.3/ Chiny zainteresowane są żyznymi ziemiami na Ukrainie i dzierżawią tam już 1/10 uprawnej ziemi, oraz w Rosji. Chiny, Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Korea Południowa zainteresowane są żyznymi ziemiami na południu Sudanu, Także Japonia, Katar i Arabia Saudyjska rozpoczęły kupować lub dzierżawić ziemie w całej Afryce. Dlatego Snyder uważa, że Stany Zjednoczone powinny wreszcie zaufać tym uczonym, którzy nawołują do ograniczenia emisji CO 2. Snyder chwali z kolei Unię Europejską za to, że poważnie bierze pod uwagę zagrożenia wynikające z globalnego ocieplenia, z których najważniejsze to masowe migracje na świecie. Przypomina, że w roku 2010 chińskie zakupy żywności na Bliskim Wschodzie spowodowały w tym regionie poważne niepokoje społeczne. (Timothy Snyder, The next Genocide, portal The New York Times, Sunday Review, 12.09.2015). (Należałoby dodać, że przy subwencjonowanym rolnictwie na Zachodzie, prymitywne rolnictwo w Afryce i w innych częściach ubogiego świata nie ma większych szans. M.P.). Nie lekceważąc zjawiska ocieplenia klimatu i jego wpływu na migracje ludności w świecie, a także obaw o możliwość zaspokojenia potrzeb żywnościowych świata, powiedzieć trzeba, że jak na razie do kryzysu migracyjnego w Europie przyczynia się przede wszystkim nieodpowiedzialna polityka Zachodu. Tej prawdy nie trzyma w tajemnicy cytowany często przeze mnie amerykański analityk George Friedman (Stratfor), który prognozuje, że w XXI wieku Stany Zjednoczone destabilizować będą niektóre regiony świata tam, gdzie powstaną państwa lub grupy państw zagrażające dominacji USA. Przy czym Stany nie muszą wychodzić z tych konfliktów zwycięsko, wystarczy, że zdestabilizują region lub państwo ...i “sobie odejdą”. Inspirowana przez Zachód tzw. arabska wiosna przyniosła zamiast demokracji dalszą destabilizację na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej (tu rola Francji w Libii). Wcześniej zdestabilizowała sytuację w tym regionie wojna w Iraku. Z jakichś (nie do końca przemyślanych) powodów postanowiono zniszczyć dyktatorskie, ale świeckie rządy w Iraku i Libii, które zapewniały w regionie względny spokój. A rządy wiernych wyznawców Allacha nie przyniosły w regionie pokoju. Prawdziwe jednak piekło w regionie spowodowała dopiero wojna w Syrii i wokół Syrii oraz powstanie Państwa Islamskiego. Całkowitą destabilizację, tym razem globalną, przynieść może dopiero wojna w łonie islamu między sunnitami a szyitami, ale już na jeszcze większych niż dotąd obszarach globu. Z tym, że w tym przypadku winni tego przelewu krwi będą przywódcy państw islamskich oraz przywódcy religijni sprzeczający się o to, która wersja islamu jest słuszniejsza. W tym kontekście poważne wątpliwości budzi polityka Turcji (ważny członek NATO) i Arabii Saudyjskiej (ważny sojusznik Stanów Zjednoczonych) posądzanych coraz częściej o sprzyjanie Państwu Islamskiemu. Z kolei sprzyjający Rosji Iran wydaje się być zdolny do pokonania poprzez ofensywę lądowa Państwa Islamskiego. Poprzez Iran Rosja może osiągnąć wymarzony od dawna dostęp do morskich “ciepłych wód”. Turcja, Arabia Saudyjska i Iran walczą o supremację w regionie i w świecie islamu. Zginąć mogą miliony ludzi, a dalsze miliony udadzą się na emigrację. Wielu z nich do Europy na wcześniejsze zaproszenie Niemiec, jeśli to zaproszenie będzie nadal, w imię szczytnych ideałów humanizmu, aktualne. O ile silne Niemcy mogą sobie poradzić z napływem emigrantów i zaprzęgnąć ich do dalszej budowy gospodarczej potęgi kraju (co do tego nie ma jednak całkowitej pewności), to małe i słabe kraje Środkowej Europy są taką perspektywą poważnie zaniepokojone. W swych wcześniejszych artykułach dotyczących złej sytuacji demograficznej w Polsce, w Europie Środkowej i w Europie wyraziłem pogląd, że Polsce i Europie potrzebna jest imigracja, która miałaby charakter przede wszystkim ekonomiczny, a nie humanitarny.(Maksymilian Podstawski, Sytuacja demograficzna Polski na tle Europy Środkowej oraz Sytuacja demograficzna wsi, “Europa Środkowa, i co dalej...).P.U. COMPUS, Starachowice-Warszawa, 2011, str. 55-72 oraz 221-231). Obecnie jednak, w obliczu tragedii uchodźców, najważniejsze stają się niewątpliwie względy humanitarne, co nie powinno oznaczać zupełnego wykluczenia tych migrantów, których wykształcenie i przydatne zawody mogą być brane pod uwagę. Dziwiłbym się także, gdyby bogactwo poszczególnych migrantów stanowiło przeszkodę dla ich osiedlenia się np. w Polsce. Jako obywatel, nie miałbym także nic przeciwko płatnym studiom dla tysięcy młodych imigrantów. Diabeł tkwi oczywiście w szczegółach. Chodzi np. o docelową liczbę uchodźców (w przypadku Europy Środkowej nie powinna być ona wysoka) oraz ich zróżnicowanie religijne i narodowe; wśród nich nie mogą przeważać osoby z jednego kraju i wyznawcy tylko jednej religii. Zróżnicowanie narodowe i religijne migrantów ułatwi im integrację z polskim społeczeństwem. W ostateczności jednak najważniejsze jest - co oczywiste - bezpieczeństwo Polski i Europy Środkowej. Polskie historyczne doświadczenia z islamem są co prawda dobre, niemniej jednak przydałyby się poważne badania naukowe nad islamem współczesnym. Należy się domyślać, że takie badania są prowadzone. Co do obaw słabych, przede wszystkim ekonomicznie, krajów Europy Środkowej przed zalewem milionów emigrantów/uchodźców, to wydaje się, że region nasz ma tu wyraźnie dalekosiężny, wspólny interes; to obrona przed niekontrolowanym zalewem imigrantów. Ten interes powinien region jednoczyć. Szczególnie niebezpieczny dla pokoju w regionie okazać się może niekorzystny rozwój wypadków na Bałkanach, gdzie dojść może do kolejnej w historii destabilizacji, a słowo “bałkanizacja” nabierze znów, groźnego znaczenia. Kto mógłby skorzystać na tym trudno doprawdy powiedzieć. Myślę, że w gruncie rzeczy nikt. Należy mieć nadzieję, że do destabilizacji nie dojdzie we Francji po ostatnich zamachach terrorystycznych w tym kraju. Zależeć nam powinno na utrzymaniu stabilnych Niemiec i utrzymaniu w tym kraju spokoju społecznego. Destabilizacja w Niemczech z powodu zbyt dużego napływu migrantów skończyć się może w nieokreślonej przyszłości niekontrolowanym przemieszczaniem się do Polski dużej liczby muzułmanów (już niemieckojęzycznych?) uciekających przed prześladowaniami. (Co do tego, że napływ siły roboczej do Polski jest potrzebny jestem nadal przekonany. Szczególnie teraz, gdy obniżony zostanie wiek emerytalny. Zmniejszy się w rezultacie bezrobocie wśród młodzieży, co jest pożądane, ale w dalszej kolejności, przy równoczesnej emigracji z Polski, zabraknie rąk do pracy. Pół miliona (do miliona) Ukraińców już pracujących w Polsce może tej luki nie zapełnić. Jak się do tego ma brak tanich mieszkań w Polsce dla przybywającej do nas siły roboczej ? – to zadanie do rozwiązania. M.P.).

 

III.

Prezydent Duda przebywał w dniach 02.11.2015 – 04.11.2015 w Rumunii z oficjalną wizytą międzypaństwową, a następnie wraz z rumuńskim Prezydentem był współgospodarzem Szczytu Wschodniej Flanki NATO (NATO East Flank Summit). Ma to związek z przygotowaniami do przyszłorocznego szczytu Sojuszu w Warszawie i realizacją postanowień zeszłorocznego szczytu w Walii. Wizyta miała podkreślić wagę stosunków polsko-rumuńskich w sprawie budowy współpracy państw adriatycko-czarnomorsko-bałtyckich. Była w tym chęć pokazania, że polityka środkowoeuropejska może być dużo szersza, niż w ramach krajów Grupy Wyszehradzkiej, które w niektórych kwestiach wyrażają rozbieżne poglądy. Zamiar szlachetny, ale udało się to tylko częściowo. W spotkaniu zabrakło państw leżących nad Adriatykiem, z tego prostego powodu, że nie stanowią one wschodniej flanki NATO. W przyjętej deklaracji mowa jest o obszarze od Morza Czarnego do Bałtyku. Oprócz prezydentów Polski i Rumunii, w szczycie wziął udział zastępca sekretarza generalnego NATO Alexander Vershbow, prezydenci Estonii, Łotwy, Litwy, Słowacji, Węgier, Bułgarii oraz szef izby niższej parlamentu Czech. (Prezydent Czech spotkanie zbojkotował, wcześniej powiedział, że nie widzi potrzeby, by NATO się zmieniało). We wspólnej deklaracji z Bukaresztu czytamy m.in., że agresywna działalność Rosji na Ukrainie, nielegalna aneksja Krymu, wspieranie rebeliantów na wschodzie Ukrainy oraz akcje wojsk rosyjskich w sąsiedztwie NATO, podkopują europejską architekturę bezpieczeństwa. Szczyt nie do końca wyjaśnił sprawę wcześniejszych sygnałów z Pragi, Bratysławy i Budapesztu, które świadczyły o sympatiach prorosyjskich i braku solidarności ze wschodnią polityką polską. Podziwiać dlatego można łatwość z jaką przyjęto wspólną deklarację, którą, jak należy sądzić, czeka jeszcze akceptacja rządów poszczególnych państw. Wydaje się, że przełożenie międzywojennej koncepcji Międzymorza na obecne czasy napotykać może na pierwsze trudności. Koncepcja, do której i do Piłsudskiego, nawiązuje w swych tekstach nie darzący szczególną sympatią ani Francji, ani Niemiec, George Friedman, miała niegdyś stworzyć przeciwwagę dla imperialistycznych tendencji Rosji i Niemiec. W zasadzie jedynym wówczas osiągnięciem były dobre relacje Polski z Rumunią, bo stosunki z graniczącymi z Polską Litwą i Czechosłowacją pozostały napięte. Obecnie Rumunia oczekuje aktywnej roli Polski w regionie. Ukłonem w stronę twórcy idei Międzymorza było złożenie kwiatów przez Prezydenta Dudę, w ostatnim dniu jego pobytu przed tablicą-pomnikiem, upamiętniającym postać Marszałka Józefa Piłsudskiego i jego wizytę w stolicy Rumunii. Byłoby jednak niedobrze, gdyby blok krajów Międzymorza miał równoważyć pozycję Niemiec w Unii Europejskiej. Spotkało by się to co najmniej z brakiem zrozumienia ze strony państw regionu, które mają inne wyobrażenia o współpracy, a niektóre z nich mówią o ważnej roli w regionie prorosyjskiej aktualnie Austrii, a nie o “prymacie” Polski. Utrzymanie dobrych relacji Polski z Niemcami zaleca Zbigniew Brzeziński. Podobnie jak Grupa Wyszehradzka, tak i jakikolwiek ewentualny blok środkowoeuropejski powinien działać w ramach Unii Europejskiej. Wobec wyzwań jakie stoją przed Zachodem (np. migracje), UE i Stany Zjednoczone powinny działać razem. Celem polskiej polityki zagranicznej powinno być takie ułożenie stosunków ze Stanami Zjednoczonymi i w NATO, aby równie dobre, jak z USA, były stosunki Polski z Niemcami i z Francją. W polskiej polityce w ramach Unii Europejskiej powinno być miejsce zarówno dla Trójkąta Weimarskiego (Niemcy, Francja, Polska) i Grupy Wyszehradzkiej (Czechy, Polska, Słowacja, Węgry), jak i dla ewentualnego nowoutworzonego bloku, szerszego niż Grupa Wyszehradzka. Z tym, że blok ten nie powinien nawiązywać bezpośrednio do idei Międzymorza, która nigdy nie była, i nadal nie jest, szczególnie “nośna” w naszym regionie. Idea Międzymorza i polityka jagiellońska ustawia bowiem Polskę w konfrontacji nie tylko wobec Rosji, ale także wobec państw bałtyckich, Białorusi i Ukrainy. Mogą tego nie rozumieć niektórzy Amerykanie, a to z dwóch powodów: albo ich wiedza o naszym regionie zakończyła się przed wybuchem II wojny światowej, albo nie chcą przypomnienia faktu, że USA i Wielka Brytania odstąpiły pod naciskiem Stalina od idei sfederalizowania Europy Środkowej. Polacy jednak o swej historii pamiętać powinni. Do powstania takiego bloku zachęcał swego czasu Słowak Ján Čarnogurský: “Historyczny bilans krajów środkowoeuropejskich dowodzi, że ich wspólny interes był przeważnie respektowany przez politycznych przywódców tych narodów w najróżniejszych warunkach historycznych. Narody środkowoeuropejskie tym bardziej powinny być więc zdolne do przedkładania wspólnego dobra nad niektóre drugorzędne, partykularne interesy. Państwa środkowoeuropejskie powinny zdobyć się na wytworzenie w ramach Unii Europejskiej bloku, który będzie posiadał potencjał polityczny i ekonomiczny, umożliwiający forsowanie własnych specyficznych interesów, a który nie będzie tylko zabawką w polityce mocarstw. Tym bardziej, że narody środkowoeuropejskie do tej pory zawsze płaciły słony rachunek, pozostając biernym obiektem tej polityki. Wspólne działania krajów Europy Środkowej są korzystne nawet z punktu widzenia ich czysto egoistycznych interesów. W warunkach globalizacji gospodarczej nie można realizować interesu narodowego w sposób izolowany.” (Ján Čarnogurský, Geopolityka Europy Środkowej, Międzynarodowy Przegląd Polityczny, 3(15), 2006). Doktor prawa, lider Ruchu Chrześcijańsko-Demokratycznego (KDH). W latach 1991-1992 premier Słowacji, w roku 1998 Minister Sprawiedliwości Słowacji).

Polska polityka zagraniczna okresu międzywojennego poniosła porażkę, nie warto do niej wracać. Do wykorzystania natomiast pozostają niezrealizowane pomysły na miejsce Polski w regionie, te jakie powstawały po klęsce wrześniowej. Sytuacja Europy Środkowej jest obecnie oczywiście inna, bo jesteśmy prawie wszyscy w Unii Europejskiej i w NATO, przyjazny jest Zachód Europy i Stany Zjednoczone. Orientowanie się jednak wyłącznie na Stany, niedocenianie Niemiec i Unii Europejskiej (patrz exposé pani premier Beaty Szydło z 18 listopada 2015), nieokreślona do końca polityka wobec Rosji, doprowadzić może do sytuacji, w której na arenie międzynarodowej zabraknie poparcia dla idei jakiekolwiek współpracy środkowoeuropejskiej. Tak jak odmówiono nam tego wsparcia podczas i po II wojnie światowej. Kluczowa i negatywna okazać się tu może znowu rola Rosji, która być może nie ma osiągnięć na polu gospodarczym i w modernizacji kraju, ale która wszystkie swe braki nadrabia świetną dyplomacją, wspartą siłą zbrojną, co widać gołym okiem na Bliskim Wschodzie i w walce z terroryzmem. Przywódcy zachodni mają widoczne trudności, a Władymir Władymirowicz wraca na salony. Wymaga to wszystko od naszej dyplomacji wyjątkowej zręczności, bo na powracającej do rozgrywki Rosji stracić może nie tylko Ukraina, o co martwią się nasi publicyści, ale i Polska wraz z całą Europą Środkową. Marzą się dlatego nie tylko dobre relacje ze Stanami, które w określonych warunkach mogą się z naszego regionu w przyszłości wycofać, ale ze wszystkimi sąsiadami, w tym z Niemcami i Rosją. Europę Środkową powinna obecnie jednoczyć nie tylko obawa przed zalewem niechcianych imigrantów/uchodźców lecz obawa przed powrotem polityki stref wpływów, do której mogą wrócić główne mocarstwa świata. Do ustalenia nowych stref wpływów i zmiany granic dojdzie zapewne na Bliskim Wschodzie po zakończonym tam konflikcie.

 

23 listopada 2015