Maksymilian Podstawski

 

 

 

Europa Środkowa – 2014. Marzenia i Rzeczywistość

 

Scenariusz optymistyczny

 

Środkowoeuropejscy federaliści definiowali Europę Środkową jako obszar między Rosją, Niemcami, Włochami i Turcją, będący częścią Zachodniej Europy. Jądrem tego obszaru miała być konfederacja polsko-czechosłowacka, która później zjednoczyć się miała z unią serbsko-grecką. Plany te powstały w okresie II wojny światowej, jednak z wiadomych powodów nie zostały zrealizowane. Wielkie mocarstwa zdecydowały inaczej. Obecnie jądrem wokół, którego zjednoczyć się ma Europa Środkowa w ramach Unii Europejskiej jest nieformalna Grupa Wyszehradzka, w skład której wchodzą Czechy, Polska, Słowacja i Węgry. Grupa ta ma swoje niewątpliwe osiągnięcia i potrafi niejednokrotnie mówić jednym głosem zarówno na forum Unii Europejskiej, jak i w NATO. Stara się także zachęcić do współpracy Rumunię, a także Bułgarię oraz inne państwa bałkańskie. Grupa Wyszehradzka współpracuje także z państwami bałtyckimi (Litwa, Łotwa, Estonia). Nie zapomina też o państwach skandynawskich. Oprócz Grupy Wyszehradzkiej, równoczesnym “ośrodkiem” widocznej środkowoeuropejskiej współpracy stał się region Bałtyku (Polska, państwa bałtyckie i skandynawskie), czemu, jak się wydaje sprzyja Wielka Brytania. Współpraca bałtycka nie jest konkurencją dla Grupy Wyszehradzkiej, lecz dalszym rozwinięciem współpracy w regionie Europy Środkowej. O ile dla czecho-słowackiego wizjonera Milana Hodży Europa Środkowa rozciągała się od Gdańska do Salonik, to obecnie odnieść można wrażenie, że wspólnota regionalnych interesów zaczyna się na północy Skandynawii, a kończy w Salonikach. Wielu wizjonerów, o bardzo zróżnicowanych poglądach politycznych, marzyło o powstaniu wspólnoty polityczno-kulturowej od Vancouver do Władywostoku, w skład której, obok Stanów Zjednoczonych, Kanady, Europy Zachodniej i Europy Środkowej, wchodziłaby oczywiście Rosja. Takie rozwiązanie zakłada jednak istnienie niepodległej Białorusi i niepodległej Ukrainy, a także pokojowe rozstrzygnięcie sprawy Naddniestrza. Zakłada również wolę Rosji uczestniczenia w takiej polityczno-kulturowej wspólnocie.

 

Realia

 

Aby przybliżyć się do prawdy w ocenie aktualnej sytuacji w Europie Środkowej, w związku z wojną na Ukrainie, należałoby wstrzymać się z prezentacją własnych życzeń (co nie jest do końca możliwe) i pozostać przy faktach. Francuzi mają przysłowie: “Les extręmes se touchent”. Wśród różnych odcieni tłumaczenia tego przysłowia na język polski najbardziej oddaje sedno sprawy: “Przeciwności upodobniają się do siebie”. To podobieństwo to nacjonalizm. Celem obydwu nacjonalizmów (ukraińskiego i rosyjskiego) jest Ukraina pozbawiona mniejszości narodowych. Od początku XX wieku cała Ukraina (“austriacka” i “rosyjska”) określana była w Rosji jako Małorosja, co oznaczało w praktyce, że Ukraińcy uważani byli przez Wielkorusów jako część narodu rosyjskiego. Nijak się to miało do prawdziwych odczuć Ukraińców, ale niekiedy miało dla Ukrainy korzystny skutek. Linia Curzona (czyli mniej więcej obecna granica Ukrainy z Polską) ustalona została podczas I wojny światowej między “białą” Rosją a Wielką Brytanią i zatwierdzona na konferencji w Jałcie (1945 r.). W latach dwudziestych XX wieku rosyjskojęzyczna Ukraina, czyli głównie terytoria zdobyte przez Katarzynę II w końcu XVIII stulecia na Tatarach krymskich, została (z wyjątkiem Krymu) przyłączona do Ukrainy. Terytoria te zostały zasiedlone wcześniej głównie przez Rosjan. W 1954 roku na mocy dekretu Prezydium Rady Najwyższej ZSRR zasiedlony przez Rosjan Krym przekazano Ukrainie. Decyzje te zwiększały liczbę Rosjan na Ukrainie. Już wcześniej, przez cały XIX wiek i później Ukraina była rusyfikowana. Docelowo cała Ukraina miała zostać zrusyfikowana. Język ukraiński pogardliwie nazywany był przez niektórych Rosjan “dierewiańskim” (czyli wiejskim). W Kijowie do niedawna mówiło się przede wszystkim po rosyjsku (w XIX wieku też po polsku). Na uczelniach wykłady prowadzono tam po rosyjsku (i chyba nadal wykłada się po rosyjsku). Powiązania między Ukrainą i Rosją są bardzo silne. Istnieje ogromna ilość małżeństw mieszanych, wielu Ukraińców ma rodziny w Rosji. Obecny konflikt niszczy te więzy. Po stronie ukraińskiej mamy często do czynienia (nie twierdzę, że zawsze) ze skrajnym nacjonalizmem, a ze strony rosyjskiej z wyraźną tendencją imperialną. Jeżeli zapoznamy się z poglądami ukraińskich nacjonalistycznych organizacji, które powstawały w latach 20. ubiegłego stulecia odnośnie granic przyszłej, etnicznie czystej Ukrainy, to zobaczymy, że sięgać ona miała od Krynicy górskiej w Polsce do Stawropola (po wschodniej części Morza Azowskiego), z włączeniem Krymu. Taka Ukraina etnicznie mogłaby się stać “czysta” po “pozbyciu” się mniejszości narodowych, a tych na Ukrainie było i jest nadal wiele. Apetyty terytorialne nacjonalistów ukraińskich i dążenie do etnicznie czystej Ukrainy były od samego początku pomysłami co najmniej nieudanymi. Tak jak przeczącym rzeczywistości jest zapis w aktualnej ukraińskiej konstytucji stanowiący, że Ukraina jest państwem unitarnym. Poświadczają to obecne wydarzenia i rozwój wypadków w tym kraju. Nie będę przypominał sposobów w jaki nacjonaliści ukraińscy w przeszłości pozbywali się mniejszości. Oprócz przyswojenia sobie powszechnie znanych faktów, przydaje się tu przynajmniej bierna znajomość języka ukraińskiego pozwalająca na zapoznanie się u źródła z odpowiednią literaturą w tym języku. Literatura w języku polskim na ten temat też jest bogata. Również w języku angielskim. Chodzi mi tym razem wyłącznie o granice Ukrainy, o nacjonalistycznej ideologii już nie wspominam. (Twórcą tej ideologii był Dmytro Doncow, 1883 – 1973). Ośmielam się wyrazić pogląd, że od samego początku tylko federalna Ukraina miała rację bytu, a walka z językiem rosyjskim, z której obecne władze ukraińskie się niedawno wycofały, nie przyniosła niczego dobrego. Przy czym analiza wydarzeń na Majdanie prowadzi wielu obserwatorów do wniosku, że Euromajdan nie był ruchem przeciwko Rosji czy za integracją Europejską. Był przede wszystkim buntem klasy średniej, ludzi młodych, ludzi zmarginalizowanych przeciw korupcji, biedzie i złodziejskiemu bogaceniu się oligarchów (tych na zachodzie Ukrainy i tych na wschodzie). W tym zrywie połączyli się zarówno Ukraińcy mówiący po ukraińsku, jak i po rosyjsku. (Marta Jaroszewicz, Nie będziemy Donbasem, Nowa Europa Wschodnia, wrzesień-październik 2014, s. 52-53). Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że na Majdanie najbardziej był słyszalny głos ukraińskiej skrajnej prawicy. Władzy prozachodnich oligarchów udało się większość protestujących z Prawego Sektora ubrać w mundury Gwardii Narodowej i różnorakich oddziałów ochotników, wykorzystać ich nacjonalistyczne nastawienie i wysłać na wschód. Czy elity ukraińskie potrafią w przyszłości stworzyć wspólną ukraińską tożsamość i wpisać w kolektywną świadomość obywateli Ukrainy nie tylko ofiary śmiertelne Majdanu, ale także zabitych na wschodzie kraju, nad czym zastanawia się Marta Jaroszewicz z Ośrodka Studiów Wschodnich, należy wątpić. O tę wspólną tożsamość może być już trudno, bo aktualnie ukraińska tożsamość narodowa kształtuje się przede wszystkim, jeszcze bardziej niż dotąd, na nienawiści do Rosji i Rosjan. Obszar nazywany przez Moskwę Noworosją (w porozumieniach z Mińska nie ma mowy o Noworosji, lecz o obwodzie donieckim i ługańskim) ma swą specyfikę, której mieszkańcy zachodniej Ukrainy nie zawsze pojmują. Z kolei łatwo zrozumieć niechęć zachodnich Ukraińców do przesyłanych do nich przez Kijów urzędników ze wschodu nie znających języka ukraińskiego, w dodatku przekupnych. Niechęć między rosyjskojęzycznymi a ukraińskimi obywatelami jest obopólna. Na wschodzie zachodnich Ukraińców nazywa się często faszystami, mimo, że jest to ogromne uproszczenie. Organizacje skrajnie nacjonalistyczne jakie znamy z okresu II wojny światowej reprezentowały zaledwie kilka procent społeczeństwa ukraińskiego. Udało im się co prawda otumanić poważną część zachodnioukraińskiego społeczeństwa stosując krwawy terror. W warunkach bardziej demokratycznych jednak, podczas ostatnich wyborów prezydenckich, w których prezydentem wybrano Poroszenkę, skrajni nacjonaliści spod znaku Bandery uzyskali tylko 1% głosów, ale czy to ten ułamek zachodnich Ukraińców postawił Banderze dziesiątki pomników? To, że konflikt na wschodzie kraju nie ogarnął jeszcze Charkowa, Dniepropietrowska czy Odessy, gdzie mówi się przeważnie po rosyjsku, nie świadczy jeszcze o tym, że mieszkańcy tych regionów popierają obecnie niepodległą Ukrainę. Szczególnie po tym co się wydarzyło w Ługańsku i Doniecku. Równocześnie zgodzić się trzeba z poglądem, że sytuacja w Donbasie miała początkowo podłoże bardziej polityczne niż etniczne i tożsamościowe. Podobnie jak w Euromajdanie miał tu miejsce protest przeciwko oligarchom, ale tym własnym, ciążącym ku Rosji. Był to też protest przeciw nieudolnej władzy w Kijowie, która nie potrafiła rozwiązywać specyficznych problemów uprzemysłowionego Donbasu. Obecnie, odrębności tożsamościowych na wschodniej Ukrainie nie wolno już lekceważyć. Wschodnia Ukraina może, w rezultacie obecnych wydarzeń, ewoluować w zupełnie innym jeszcze kierunku, ani w stronę Rosji, ani w stronę Ukrainy. Ci mieszkańcy wschodniej i południowej Ukrainy, którzy posługują się przeważnie językiem rosyjskim i którzy przyzwyczaili się wcześniej do pewnej dozy dobrobytu, mogą nie mieć szczególnych powodów by wybierać między Ukrainą a Rosją i w sprzyjających warunkach wybiorą jakąś formę separatyzmu, z “dala” od Rosji i z “dala” od Ukrainy. Skomplikowałoby to jeszcze bardziej, już trudną sytuację w tym regionie. Taki wybór i taka reakcja jest możliwa po cierpieniach mieszkańców Donbasu, exodusie setek tysięcy ludzi do Rosji, trudnościach rosyjskich w “zagospodarowaniu” Krymu oraz w obliczu nieprzewidywalnej przyszłości gospodarczej samej Ukrainy. Legalnie wybrany w roku 2010 Prezydent Wiktor Janukowicz ciążył niewątpliwie ku Rosji. W listopadzie 2013 roku odrzucił on przygotowany w 2012 roku dokument stowarzyszeniowy z UE, który dla Ukrainy, a szczególnie dla Donbasu i związanych z Rosją oligarchów na wschodniej Ukrainie był niekorzystny. Ani Bruksela, ani Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie wykazał wówczas zrozumienia dla ekonomicznych problemów Ukrainy. Wraz z wyeliminowaniem Janukowycza, władzę na Ukrainie odebrali oligarchom prorosyjskim, oligarchowie prozachodni. Czy ci ostatni potrafią wynegocjować z Unią Europejską i MFW korzystniejsze warunki?

Są politycy, którzy pragną widzieć Ukrainę w Unii Europejskiej (też chciałbym, ale jeszcze nie teraz) oraz w NATO (co do tego mam już poważne wątpliwości). Politycy ci nie biorą pod uwagę tego, że jednym z warunków przyjęcia do tych organizacji (obok pokoju wewnętrznego, o który trudno), powinien być brak zatargów granicznych z sąsiadami. Między Polską a Ukrainą istnieje Traktat o dobrym sąsiedztwie, przyjaznych stosunkach i współpracy, sporządzony w Warszawie 18 maja 1992 roku. W artykule 1. tego Traktatu stwierdza się, że istniejącą i wytyczoną w terenie granicę między stronami uważa się za nienaruszalną. Strony potwierdziły jednocześnie, że nie mają wobec siebie żadnych roszczeń terytorialnych oraz nie będą ich wysuwać w przyszłości. Czy zgadza się z tymi ustaleniami prawicowa część obecnej władzy na Ukrainie? Co do tego nie ma pewności. Z kolei granica Ukrainy z Rosją nie została ostatecznie ustalona, a w wyniku trwającej obecnie wojny granice między obydwoma państwami będą musiały zostać w końcu wytyczone. Zachód zgodził się w praktyce z przejęciem przez Rosję Krymu, choć formalnie jeszcze długo tego przejęcia (jeżeli w ogóle) nie uzna. Ukraina przez wiele lat twierdzić będzie, że Krym to terytorium ukraińskie. Przy czym trudno zaprzeczyć, że Krym związany jest bardziej z kulturą rosyjską niż z ukraińską. Trwać będą dalsze rosyjsko-ukraińskie “przepychanki” na rosyjskojęzycznej Ukrainie. Rosja nie zrezygnowała chyba ze zdobycia obszarów umożliwiających jej lądowy dostęp do Krymu. Czy kolejne ustalenia prezydenta Poroszenki z separatystami oraz z prezydentem Putinem oznaczać będą usankcjonowanie przyłączenia Donbasu do Rosji, czy tylko zgodę na autonomię w ramach Ukrainy, czy też zgodę na niepodległość Doniecka i Ługańska? Strona ukraińska twierdzi, że nie chodzi o federalizację, lecz o samodzielność dla wschodniej Ukrainy w ramach niepodległej Ukrainy, przy zachowaniu integralności całego państwa.(W połowie października 2014 roku Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła ustawy przyznające specjalny status obwodom donieckiemu i ługańskiemu oraz zwolniła bojowników z odpowiedzialności karnej). Czyżby potrzebne były jakieś zmiany w ukraińskiej konstytucji? (Ciekawe, że w XIX wieku niepodległościowi działacze ukraińscy we wschodniej Ukrainie domagali się jej federalizacji, co prawda w ramach Rosji. Nie zgadzały się na to wówczas władze carskie. Następnym celem wschodnich działaczy ukraińskich było połączenie z zachodnią Ukrainą oraz uzyskanie przez zjednoczoną Ukrainę niepodległości). Nie dowiemy się jeszcze teraz tego czy Rosja na obecnych zdobyczach się zatrzyma i czy wcześniej lub później nie zacznie marszu w kierunku Naddniestrza, próbując odciąć Ukrainę od Morza Czarnego, tak jak obecnie odcina ją powoli od Morza Azowskiego. (Po zaanektowaniu przez Moskwę Krymu, Naddniestrze poprosiło o przyłączenie do Rosji, ale Kreml nie zajął w tej sprawie jednoznacznego stanowiska). Rosja przybliżyłaby się w ten sposób do Bałkanów, gdzie stosunkowo niedawno utraciła wpływy. I czy uzyska na to przyzwolenie ze strony świata? Jaki będzie ostatecznie kształt terytorialny Ukrainy nie wiemy, wiemy natomiast, że aby mogła wstąpić do UE i NATO, jej granice powinny uzyskać międzynarodowe gwarancje, lub przynajmniej zawarte być muszą odpowiednie umowy graniczne z wszystkimi sąsiadami (z Polską Ukraina ustalone granice już ma). Poczynaniom Rosji towarzyszy imperialna geopolityka, której twórcą jest m.in. Aleksander Dugin oraz kłamliwa, często antypolska, propaganda. Z polskiej strony poziom propagandy jest często nie wiele lepszy. Stosunki Rosji z Zachodem, z UE, a przede wszystkim ze Stanami, są złe. Zastanawianie się w aktualnej sytuacji, przy różnorakich trudnościach Zachodu, nad wejściem Ukrainy do NATO jest co najmniej nie na czasie. Nieco inaczej przedstawia się sprawa stowarzyszenia Ukrainy z UE, ale i tutaj przydałoby się wyjaśnić sprawę jej ostatecznych granic. Brak uznanych międzynarodowo granic Ukrainy naraża Zachód na stały konflikt z Rosją, a być może (co jest niewykluczone po ewentualnym zbadaniu całości problemu ukraińskich granic) z innymi jeszcze sąsiadami Ukrainy. Co do Rosji, to jej obecna polityka uniemożliwia realizację jakichkolwiek wizji włączenia jej do wspólnoty politycznej, gospodarczej i kulturowej, sięgającej od Vancouver do Władywostoku. Zresztą sama Rosja tego nie chce i zwraca się obecnie, zgodnie z podpowiedziami Dugina, ku Azji. Jeżeli nie dojdzie w aktualnej sytuacji do bezpośredniej konfrontacji Zachodu z Rosją (miejmy nadzieję, że nie dojdzie), to już sam wyścig zbrojeń i sankcje ekonomiczne nałożone na Rosję mogą przynieść temu państwo bardzo poważne szkody. Wydaje się, że mimo taktycznych sukcesów, Rosja strategicznie raczej przegrywa “zapasy” z Zachodem. Nie może wygrać skoro sankcje uderzają bezpośrednio w prezydenta Putina i jego oligarchów; ich konta i majątki są na Zachodzie, tam kształcą się i robią kariery ich dzieci. Naturalną drogą, po której powinna iść Rosja byłaby droga europejska, dążenie do przyjęcia europejskich standardów politycznych i ekonomicznych. Jednak elita oligarchiczna, łącznie z prezydentem Putinem zdecydowała się przyjąć ideologię sprzeczną z tą drogą i sprzeczną z interesami rosyjskiego społeczeństwa, które tego jeszcze nie dostrzega. W Rosji o kierunku polityki decyduje oligarchiczny byznes odwołujący się do nacjonalistycznych odczuć społeczeństwa i decyduje źle. A tymczasem między Ukrainą a Rosją powstaje taka wrogość, jakiej nigdy nie było. Tożsamość ukraińska kształtowana jest obecnie na długie lata na nienawiści do Rosji. (Polityka Rosji wobec Ukrainy spotkała się z krytyką (dość kuriozalną zresztą) z zupełnie niespodziewanej strony. Do wyklęcia prezydenta Putina wezwali hierarchów cerkwi mnisi z bardzo ważnego dla prawosławia klasztoru św. Sawy Serbskiego na Górze Atos w Grecji za to, że walczy z prawosławnymi braćmi na Ukrainie. Mnisi dostrzegli w tej wojnie “spisek” żydowski zarówno w Rosji, jak i na Ukrainie).

 

Jaka przyszłość?

 

Wiele zależy od tego, do jakiego ładu globalnego zmierza Rosja i czy jej cele są do zaakceptowania przez Zachód, a przede wszystkim przez Stany Zjednoczone. Dnia 27 września 2014, w swym przemówieniu na 69 sesji ZO ONZ, minister Siergiej Ławrow skrytykował Stany i ich sojuszników. Zarzucił im, że w pełni usprawiedliwiają działania “samozwańczych władz” w Kijowie w stosunku do rosyjskojęzycznej ludności Ukrainy. To co dzieje się we wschodniej Ukrainie to, jego zdaniem, reakcja na działania Kijowa. Ławrow powołując się na zasadę samostanowienia powiedział, że rosyjskojęzyczna część narodu ukraińskiego chciała bronić swych praw do języka ojczystego, kultury i historii. Ławrow udzielił następnie wywiadu rosyjskiemu Kanałowi TV 5, w którym mówiąc o perspektywie stosunków rosyjsko-amerykańskich powiedział, że Rosja nie jest zainteresowana dalszą “wojną sankcji” Zamiast tej wojny potrzebna jest zupełnie nowa polityka, którą określił mianem “resetu 2”, co jest aluzją do okresu odwilży w stosunkach między obu państwami po okresie prezydentury George'a Busha. Rosja jest zainteresowana normalizacją stosunków ze Stanami. Wymaga przede wszystkim uznania, że jest równorzędnym partnerem, który zdecydowany jest bronić swego bezpieczeństwa i swoich interesów. Jakkolwiek Ławrow wykluczył powrót do wyścigu zbrojeń, to podkreślił, że Rosja zadba o bezpieczeństwo kraju. Ma to być odpowiedź na politykę USA w stosunku do Ukrainy, rozbudzającej jej nadzieje na wsparcie w konfrontacji z Rosją i wciąganie jej we własną orbitę. Tak jednak być nie musi. USA muszą tylko zaprzestać osaczania Rosji i zacząć z nią współpracować.(Grzegorz Waliński, Propozycja Ławrowa, Dziennik Trybuna, 29-30.09.2014). W tym kontekście trzeba odnotować, że Stany Zjednoczone wykazują wyraźnie ambicje powrotu do świata jednobiegunowego, w którym Stany byłyby globalnym hegemonem.

Polska powinna mieć w przyszłości dobre stosunki zarówno z Rosją, jak i z Ukrainą. Ta ostatnia potencjalnie stać się może za kilkadziesiąt lat ważnym i silnym państwem na mapie Europy. O to, jak osiągnąć przynajmniej dobre relacje z obydwoma sąsiadami na Wschodzie, zatroszczyć się powinna polska dyplomacja. Nie jest to i nie będzie zadanie łatwe, tym bardziej, że imperialna polityka rosyjska i kwestionowanie przez nią granic w Europie oddalają, przynajmniej na razie, skuteczne próby przyciągnięcia Rosji do Zachodu, który nie ma zamiaru zaakceptować zmiany granic przy użyciu siły militarnej. (Sądzić można, że Rosja w sprawie Krymu uzyskałaby akceptację Zachodu, gdyby zamiast aneksji siłą, zaproponowała wcześniej przeprowadzenie tam referendum. Nie wiemy, czy ten wariant był przez Kreml rozważany). Rosja ciąży ku Azji, przy czym okazać się może, iż coraz bliżej jej do świata islamu niż do cywilizacji nawiązującej do tradycji chrześcijańskiej i europejskiej. Rosja prezydenta Putina nawiązuje co prawda ostentacyjnie do prawosławia, ale równocześnie lekceważy w ten sposób swych muzułmańskich obywateli, których liczba rośnie. Jest ich w kraju około 30%, a na islam przechodzą rdzenni Rosjanie. Profesor Aleksander Dugin, odgrywający w Rosji rolę zbliżoną do roli Rasputina przy dworze carskim przed I wojną światową (Rasputin jednak przed wojną przestrzegał) uważa, że prawosławie jest tradycją nie religią. Z tego ma ponoć wynikać jego przekonanie, że tradycja prawosławna, jako pojęcie szersze niż religia jest zdolna bezkonfliktowo wchłaniać w siebie elementy innych wierzeń religijnych, a więc także elementu islamu. Nie wiadomo tylko czy wyznawcy proroka zgodzą się z Duginem, szczególnie wtedy, gdy w Rosji stanowić będą już większość. (W każdym razie w Serbii i Kosowie jego teoria się nie sprawdziła). Uwaga przy okazji: uzasadnianie agresji na sąsiedni kraj (w tym przypadku na Ukrainę) tym, że ludzie mówią w nim po rosyjsku może się kiedyś odwrócić w niekorzystny sposób. Tak np. wyznawcy islamu w Rosji powiedzieć mogą w pewnym momencie, że chcieliby żyć u siebie, to znaczy w państwie czysto islamskim, a muzułmanie na świecie stwierdzić któregoś dnia, że ich braciom dzieje się w Rosji krzywda. (Dla porównania – kraje europejskie i Stany Zjednoczone próbują, lepiej lub gorzej (jak dotąd gorzej) włączyć wyznawców islamu w swój “krwioobieg”, co po jakimś czasie przynieść może dobre rezultaty. W każdym razie nikt na Zachodzie nie próbuje z jakiejś religii uczynić obecnie religii państwowej. Chociaż wyjątkiem okazać się tu kiedyś może Polska). Nie wiemy także w jakim kierunku pójdzie w przyszłości Ukraina, czy potrafi wyplenić wśród części swych elit skrajny nacjonalizm, wyznawany przez niewielką, ale niezwykle hałaśliwą grupę wyznawców w kraju i za granicą? Czy potrafi ukształtować takie postawy patriotyczne, które są zgodne z wartościami unijnymi, zakładającymi przyjaźń z innymi narodami i grupami etnicznymi? W tym kontekście warto zauważyć, że jednym z oligarchów finansujących słabe państwo ukraińskie jest Ihor Kołomojski, jeden z najbogatszych Ukraińców. Nota bene, jeden z najważniejszych działaczy żydowskich w Europie.(Piotr Pogorzelski, Z głowy na nogi, Nowa Europa Wschodnia, dwumiesięcznik, wrzesień-październik 2014, s..44-48).

O dobre stosunki z Rosją i Ukrainą zatroszczyć się powinna polska dyplomacja, ale w tych dyplomatycznych wysiłkach uczestniczyć musi “na co dzień” cały naród, wszyscy Polacy. Przy czym są sprawy międzynarodowe, które powinny pozostać przede wszystkim w gestii UE, która w sprawach ukraińskich musi przemawiać jednym głosem. Przy czym polityka unijna wobec Ukrainy i Rosji powinna uwzględniać polski punkt widzenia. Jest tu także miejsce, i to ważne, dla Stanów Zjednoczonych. Nie zgadzam się z tymi obserwatorami polityki międzynarodowej, którzy twierdzą, że Stany wycofały się z Europy. Stany Zjednoczone były i chcą nadal pozostać mocarstwem globalnym, a ponieważ siły już “nie te co kiedyś”, więc zmuszone zostały (i będą nadal zmuszane) do ścisłej współpracy z Unią Europejską. W tym związku partnerskim chcą jednak zachować rolę przywódczą i to im się może udać. W ten sposób pragną także zachować swą dominującą pozycję w świecie. Trudności w tym amerykańsko-europejskim związku leżą raczej po stronie samej UE, która jest zbyt mało “scentralizowana”, aby stać się sprawnie reagującym partnerem. Minęły już czasy, kiedy Amerykanie śmiali się z każdych potknięć Europy. Obecnie nieudolność Europy jest zapewne przedmiotem amerykańskiej troski, przynajmniej powinna. W każdym razie Amerykanom zależy teraz na takiej silnej Unii, w której żadne państwo członkowskie nie będzie dominować, a już w żadnym przypadku państwa unijne nie powinny – zdaniem USA - dogadywać się oddzielnie z Moskwą. Amerykanom nie odpowiada też na tym etapie bliższe zbliżenie Unii Europejskiej z Rosją i stworzenie ewentualnego bloku polityczno-gospodarczego, który konkurowałby o prymat w świecie ze szkodą dla amerykańskich interesów. Amerykańska polityka zmierza na tym etapie do odepchnięcia od siebie Unii Europejskiej i Rosji, przy równoczesnym stworzeniu głębokich powiązań handlowych między Stanami a Unią Europejską, co ma nie tylko znaczenie gospodarcze, ale i strategiczny wymiar.(patrz: Maksymilian Podstawski, Nowa polityka Stanów Zjednoczonych wobec Europy, Nowe Perspektywy, kwartalnik, Nr 2-3 ((9-10), czerwiec-wrzesień 2013). Są sygnały, że pewne zastrzeżenia co do bliższej współpracy gospodarczej między UE a Stanami, mają Niemcy. Ściślejsze niż dotąd relacje między USA a UE przybliżyłyby obie światowe potęgi do wizji wspólnoty od Vancouver do Władywostoku. Jak na razie, konflikt rosyjsko- ukraiński przeszkadza w realizacji pomysłu na włączenie Rosji do tego projektu, ale po jego wygaszeniu Stany zechcą prawdopodobnie, jak przed konfliktem pisał Zbigniew Brzeziński, zaangażować się w proces kształtowania bardziej żywotnego i szerszego Zachodu i przez kilka następnych dekad starać się o połączenie z Zachodem już obejmującym UE i USA, zarówno Rosji, jak i Turcji, dzięki instytucjom takim jak UE i NATO. (Zbigniew Brzeziński, Strategiczna wizja, Ameryka a kryzys globalnej potęgi, Wydawnictwo Literackie, 2013, s. 181). W tej chwili jednak chodzi o to, aby zanim to nastąpi, Rosja uszanowała niepodległość Ukrainy, Białorusi i państw bałtyckich. W realizacji amerykańskich celów politycznych przeszkadzała dotąd Rosja, nie tylko w Europie, ale na arenie globalnej (przykładem mogą tu być wykluczające się nawzajem interesy obu państw w świecie islamu, np w Syrii, a także w przypadku Iranu). Prezydent Władymir Putin zmierza wyraźnie do odzyskania przez Rosję jej dawnej (z czasów ZSRR) pozycji w świecie. Co się tyczy Ukrainy, to propozycją do przyjęcia przez Rosję mogłaby się okazać jakaś forma równoczesnego wejścia Ukrainy zarówno do rosyjskiej strefy wolnego handlu, jak i stowarzyszenie z UE (pogląd wypowiadany przez panią profesor Jadwigę Staniszkis w wywiadach telewizyjnych). Przyjęcie takiej propozycji przez zainteresowane strony mogłoby się okazać korzystne dla idei wspólnoty od Vancouver do Władywostoku. Wspólnota taka zakładałaby jednak (przy bardziej niż dotąd scentralizowanej UE) udział w niej co najmniej 3 równoprawnych partnerów: Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych (i Kanady) oraz Federacji Rosyjskiej. Ostatnio (po rozwiązaniu Wspólnoty Niepodległych Państw i zastąpieniu jej od stycznia 2015 roku przez Unię Euroazjatycką) Rosja proponuje zawarcie z Unią Europejską umowy o ścisłej współpracy gospodarczej. Do Unii Euroazjatyckiej należą: Rosja, Białoruś, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan i Armenia. Równocześnie przypomniana została propozycja rosyjska pod adresem Unii Europejskiej, traktowana jako długofalowy cel Rosji i UE, utworzenia od Lizbony do Władywostoku wspólnego obszaru gospodarczego i humanitarnego. Tak więc o względy Europy zabiegają nie tylko Stany Zjednoczone, ale i Rosja. Jak na razie nie ma tu bezpośredniego przełożenia na powstanie wspólnoty od Vancouver do Władywostoku, ale w przyszłości, kto wie...? W każdym razie rosyjskiej propozycji nie da się zlekceważyć, wydaje się ona przy tym odejściem od ideologii Dugina.

Konflikt rosyjsko-ukraiński nie sprzyja też integracji Europy Środkowej i zapewnieniu temu regionowi należnego mu miejscu w strukturach zachodnich, w tym w Unii Europejskiej. Zaangażowane po stronie Ukrainy stanowisko Polski w tym konflikcie powoduje, że nasze państwo pozostać może przez wiele lat osamotnione w “tym temacie” zarówno w Trójkącie Weimarskim, jak i w Grupie Wyszehradzkiej. O ile w wielu przypadkach polskiej dyplomacji udawało się w przeszłości uzgadniać w Trójkącie, jak i w Grupie wspólne stanowisko, to istnieje obawa, że w sprawie Ukrainy Polska pozostanie na tych forach osamotniona. (W innych sprawach współpraca jest na pewno nadal możliwa). Na konflikcie rosyjsko-ukraińskim ucierpi także dobrze zarysowująca się współpraca Grupy Wyszehradzkiej z blokiem państw północnej Europy (Skandynawia, trzy państwa bałtyckie). O ile polska polityka wschodnia znajdzie w tym gronie zrozumienie (może z wyjątkiem wahającej się Finlandii), to poglądy Czech, Słowacji i Węgier (członków Grupy Wyszehradzkiej) pozostaną odmienne. Niezależnie od różnej od polskiej optyki historycznej, poglądy te zależne są od dostaw rosyjskiego gazu, a w przypadku Węgier dodatkowo od rozwiązania przez Ukrainę spraw związanych z mniejszością węgierską na Zakarpaciu. Ustawa o “zniesieniu” języka rosyjskiego na wschodzie i węgierskiego na zachodzie Ukrainy jako urzędowych, została co prawda unieważniona, ale niesmak pozostał oraz przekonanie co do nacjonalistycznych tendencji wśród ukraińskich elit. Sprawa języka odzywa się także na Łotwie i Estonii, w krajach nam bliskich w pojmowaniu rosyjskiej polityki zagranicznej, gdzie mieszkający tam Rosjanie stanowią 1/3 społeczeństw, a w przypadku nieznajomości języka łotewskiego i estońskiego nie mogą uzyskać obywatelstwa tych państw. Mieszkający tam Rosjanie uważają to za dyskryminację i być może mają rację. Pamiętać jednak trzeba, że większość Rosjan przybyła tam dopiero w czasach Związku Radzieckiego, podczas, gdy rdzennych mieszkańców protestujących przeciwko włączeniu ich krajów do ZSRR (Estończyków, Łotyszy, także Litwinów) wysyłano “na białe niedźwiedzie” i w inne regiony tego rozległego i pięknego kraju. Ci ludzie przeważnie już nie wracali do swoich domów. Niemniej jednak izolowanie obecnie Rosjan w tych państwach jest poważnym błędem, należałoby ich ze społeczeństwem integrować.

Powraca pytanie, jakie są cele Rosji w Europie Środkowej, która przez Rosję określana jest jako Europa Wschodnia (taka definicja regionu budzić może pewne zaniepokojenie, niestety od II wojny światowej funkcjonuje w Organizacji Narodów Zjednoczonych i powszechnie używana jest na Zachodzie nadal, np. w Wielkiej Brytanii). W przypadku Krymu nie ma wątpliwości; chodzi o włączenie go do Rosji. Co się tyczy wschodniej Ukrainy, sformułowanie tych celów oraz ich realizacja zależy od wielu czynników, w tym od reakcji międzynarodowej na próbę przyłączenia tego regionu do państwa rosyjskiego. Po zajęciu Krymu dalszym celem jest zapewne odebranie Ukrainie dostępu do Morza Czarnego, połączenie się z Naddniestrzem i przywrócenie rosyjskich wpływów na Bałkanach. Jeżeli ten scenariusz się nie powiedzie, pozostanie ewentualnie stworzenie państwa Noworosji, co już przybliży Rosję do uzyskania ułatwionego, lądowego dostępu do Krymu. Realizacja tego ostatniego scenariusza nie wyklucza w przyszłości dalszych wysiłków Rosji zmierzających do opanowania wybrzeża Morza Czarnego i połączenia Noworosji z Naddniestrzem. Realizując swe cele, Rosja próbowała będzie pogodzić dwie różne zasady prawa międzynarodowego. Potrzebę respektowania suwerennej równości i integralności państw z prawem narodów do samostanowienia. Pierwszeństwo miała tu kiedyś zasada terytorialnej integralności państw. W praktyce, jak się okazało w przypadku Kosowa, większe znaczenie ma prawo narodów do samostanowienia i ... demografia. Sytuacja demograficzna określonego obszaru może doprowadzić do oderwania się spornego terytorium macierzystego, tak jak to było w przypadku Serbii. To Zachód postanowił, że zasada integralności terytorialnej przestała tu obowiązywać na rzecz prawa do samostanowienia kosowskich Albańczyków. Rosja wyciągnęła stąd wniosek, że słuszne jest popieranie separatyzmu Abchazji oraz Osetii Południowej, mimo, że należą do Gruzji. W przypadku Krymu powołanie się na zasadę samostanowienia narodów, przy przewadze liczbowej Rosjan na półwyspie jest nieco łatwiejsze niż w ewentualnej Noworosji, ale i w Noworosji, podobnie jak nad Morzem Czarnym (np. w Odessie) mówiący po rosyjsku stanowią znaczny procent, jeżeli nie większość. Na Krymie większość mieszkańców posiada już zapewne rosyjskie paszporty. Natomiast, jeżeli skutkiem kompromisu między Rosją a Ukrainą wschodnia Ukraina uzyska status zbliżony do autonomii (co już staje się faktem), nie przeszkodzi to Rosji w wydawaniu tam swych paszportów, mimo ukraińskich protestów. Przy czym liczba mieszkańców rosyjskojęzycznych (czy jak kto woli Rosjan) zmniejszyła się w Donbasie w wyniku ich exodusu do Rosji sięgającego już prawie miliona. Wspomnieć trzeba, że prawo obowiązujące na Ukrainie nie przewiduje podwójnego obywatelstwa, co ani Ukrainie, ani Rosji nie ułatwia spokojnego i rozsądnego rozwiązania tego problemu. Marzenia ukraińskich nacjonalistów o etnicznie czystym państwie, a także postanowienie ukraińskiej konstytucji, że Ukraina jest państwem unitarnym, zderzają się tutaj z realiami. Rozważanym celem Rosji na Ukrainie jest prawdopodobnie też opanowanie całej Ukrainy, lub przynajmniej podporządkowanie jej sobie w jakiejś formie. Pewną odmianą tego wariantu może być “przyzwolenie” Rosji na ograniczenie Ukrainy do jej środkowej i zachodniej części. Przy czym należy przypomnieć, że regionalne odrębności na Ukrainie nie ograniczają się wyłącznie do Ukrainy wschodniej i do Ukrainy południowej. Np. podczas I wojny światowej wśród Rusinów na Rusi Zakarpackiej, jeden z tamtejszych nurtów politycznych widział przyszłość tego regionu w związku z Rosją (wpływy rosyjskie sięgały nawet do części polskich Łemków), i z tego powodu władze austriackie pozbawiły życia sporą grupę prorosyjskich działaczy. Należy mieć nadzieję, że Ukraińcy poradzą sobie z podobnymi separatyzmami w procesie demokratycznym, uwzględnią przy tym regionalne odrębności i obronią, przy międzynarodowym wsparciu, suwerenność swego kraju. Jakkolwiek, być może, utrzymanie formuły państwa unitarnego jest przejściowo, w obecnych uwarunkowaniach wojennych, rozsądnym stanowiskiem. To międzynarodowe wsparcie zależne jest od tego, jak poszczególne państwa definiują swe interesy. Prezydent Chin np. wezwał strony konfliktu na Ukrainie do jego pokojowego rozwiązania. Przypomnijmy, że w interesie Chin nie leżało popieranie polityki rosyjskiej wobec Gruzji (co innego w Czeczenii, która wchodzi w skład Rosyjskiej Federacji! Popierały więc w tym przypadku integralność terytorialną Rosji). W Chinach tendencje separatystyczne istnieją w Tybecie i Sinkiangu i dopóki Chiny nie zasiedlą tych terenów etnicznymi Han, wyżej będą stawiać prawdopodobnie zasadę poszanowania integralności terytorialnej niż prawo narodów do samostanowienia. Po zasiedleniu Chińczykami Tybetu i Sinkiangu, można będzie “przyjąć” demokratyczne pryncypia i zastosować zasadę “one man, one vote”. W przypadku Sinkiangu, paradoksalnie, na korzyść chińskich nacjonalistycznych interesów działać może walka w tej prowincji z islamskimi terrorystami. Natomiast, jeżeli to Chiny zagrożą demograficznie rosyjskiemu Dalekiemu Wschodowi, co jest bardzo prawdopodobne i podobny proces już ma miejsce, Rosja powoływać się będzie wówczas na zasadę integralności terytorialnej. (patrz: Maksymilian Podstawski, Trudna lekcja Kosowa i Gruzji, “Europa Środkowa, i co dalej...”, P.U. COMPUS, Starachowice-Warszawa 2011. Artykuł ukazał się wcześniej w czasopiśmie “Realia i co dalej...”, nr 6 (09).

Podobnie jak na Wschodzie dobre relacje z Rosją i Ukrainą ważne są dla pomyślności Polski (i całej Europy Środkowej), tak niezwykle istotne jest utrzymanie przez Polskę dobrych stosunków zarówno ze Stanami Zjednoczonym, jak i z Niemcami. Dzisiejsze Niemcy, nasz podwójny sojusznik w UE i NATO, nie mają oczywiście nic wspólnego z hitlerowską III Rzeszą. Czy możemy jednak mieć gwarancję, pyta profesor Antoni Dudek, że niemiecki imperializm został na wieki unicestwiony. Czy możemy mieć pewność, że w bliżej nie określonej przyszłości nie obejmie władzy w Berlinie ktoś, kto dogada się z Moskwą przeciwko Polsce? Nikt nam takiej gwarancji nie da. Obecność Niemiec w NATO i UE czyni w chwili obecnej taki scenariusz mało prawdopodobnym. Nie możemy jednak zakładać, że przynależność do struktur atlantyckich i europejskich zapewni nam na zawsze pełne bezpieczeństwo. Polska-pamiętając o konieczności rozsądnej modernizacji i rozbudowy własnych sił zbrojnych oraz zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego - musi dążyć do tego by jej stosunki z Niemcami nigdy nie stały się gorsze od tych, jakie Niemcy mają z Rosją. Rozbiór Polski, zdaniem profesora Dudka, może się znów powtórzyć. Uważa on, że polskie obawy przed kolejnym podziałem Europy na strefy wpływów są uzasadnione. (Antoni Dudek, “Rozbiór Polski może się znów powtórzyć”, Fakt, 17. 09.2014). Miejmy jednak nadzieję, że Niemcy nie będą swej polityki definiować “same”, lecz jako część zjednoczonej Europy. Zresztą, podobnie jak w przypadku Niemiec, nikt nam nie może zagwarantować, że Ukraina będzie zawsze przyjaznym dla Polski państwem, a Rosja zawsze wrogim. Scenariuszy może być kilka. Pozostańmy przy najbardziej prawdopodobnym i najbardziej dla Polski i Europy Środkowej korzystnym, w którym ważna rola przypada Stanom Zjednoczonym..

W polityce amerykańskiej w naszym regionie widoczny jest niewątpliwie aspekt ekonomiczny, walka o rynki zbytu, interesy kapitału amerykańskiego itd. W aspekcie globalnym natomiast, zauważalna jest poważna obawa elit amerykańskich przed zbytnim zbliżeniem między Niemcami a Rosją (czy nawet Unią Europejską a Rosją), zbliżeniem gospodarczym i politycznym. Stąd bierze się amerykańska gotowość do zacieśniania więzów gospodarczych z Unią Europejską, przy równoczesnym zamiarze zwiększenia szeroko rozumianej obecności amerykańskiej w Europie Środkowowschodniej. Kilkanaście lat wcześniej Amerykanie zabezpieczyli swe interesy na Bałkanach, w czym pomogła im także polityka unijna, a wpływy rosyjskie zostały tam poważnie osłabione. Osłabione też zostały w pewnym sensie tradycyjne wpływy niemieckie nie tylko na Bałkanach, ale w całej Europie Środkowowschodniej; w polityce Niemiec wobec Europy Środkowej nie ma już nawiązywania do któregoś z wariantów niemieckiej Mitteleuropy. (Patrz: Maksymilian Podstawski, Mitteleuropa to nie to samo co Środkowa – Stredni – Europa!, Rocznik Historyczny Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Nr 21, Warszawa 2005, s. 85-108 oraz Rola Niemiec w Europie Środkowej, Europa Środkowa, i co dalej...,Compus, Starachowice – Warszawa 2011, s. 175 – 183). Nie oznacza to wcale, że Niemcy nie mają nadal dużego wpływu na to co się dzieje w Europie Środkowowschodniej i nie ma w tym nic nadzwyczajnego czy groźnego. Niemcy będąc członkiem Unii Europejskiej nie są zagrożeniem dla Europy. Pamiętać przy tym jednak należy, że o wpływy w tym regionie z Niemcami zawsze rywalizowała Rosja, a niekiedy dzieliła się z nimi tymi wpływami. Właśnie o takim podziale wpływów w Europie Środkowej marzy się Aleksandrowi Duginowi. Podkreślmy więc jeszcze raz: Niemcy są członkiem Unii Europejskiej i to Unia (także dzięki sile Niemiec) jest coraz częściej ważnym podmiotem na europejskim i światowym forum. Wydaje się, że ten kierunek na wzmocnienie znaczenia całej Unii na arenie międzynarodowej odpowiada Stanom Zjednoczonym, choć nie na tyle, aby to UE miała przewodzić Zachodowi. Obecna wojna na Ukrainie, niezależnie od tego kto ją sprowokował (ukraiński Majdan czy prezydent Putin, czy jeszcze ktoś inny, lub nieunikniony rozwój wypadków), jest dla Amerykanów dogodnym pretekstem i sprzyja prowadzeniu przez Stany polityki, która ma na celu “odgrodzenie” Niemiec od Rosji, a może nawet chwilowe spowolnienie zbliżenia między Unią a Rosją, przynajmniej do czasu ścisłego gospodarczego związania Unii Europejskiej ze Stanami. W dalszej perspektywie polityka amerykańska ma na celu zapewnienie przywództwa USA w świecie zachodnim. Polska, która z uwagi na doświadczenia historyczne, tradycyjnie obawia się rosyjsko-niemieckiego zbliżenia (“ponad naszymi głowami”) w sposób naturalny wpisuje się w ten scenariusz po stronie Ameryki, pozostając równocześnie ważnym i lojalnym członkiem UE. W tym scenariuszu jednak, zrozumiałym z polskiego punktu widzenia, jest wiele niebezpieczeństw. Przede wszystkim Polska ma minimalny wpływ na sposób jego realizacji; może on dość łatwo wymknąć się spod kontroli. Jeżeli bowiem nie uda się zrealizować spokojnego scenariusza Z. Brzezińskiego włączenia Rosji do Zachodu, pozostanie bardzo niekorzystny dla idei wspólnoty od Vancouver do Władywostoku wojowniczy scenariusz George'a Friedmana, który nie wyklucza rozpadu Rosji i chaos w Euroazji. Według Friedmana, jednym z imperatywów geopolitycznych Stanów Zjednoczonych jest, by żadne państwo nie zdominowało Euroazji. Chodzi tu o Rosję i Chiny. Te państwa – jak przewiduje Friedman - na początku lat dwudziestych pogrążą się w chaosie. Jego prognoza, jeśli się sprawdzi, utrudni realizację wspólnoty od Vancouver do Władywostoku, za którą opowiadał się m.in. Jan Paweł II i opowiada Zbigniew Brzeziński oraz wielu innych wizjonerów. Dlatego wojna rosyjsko-ukraińska uniemożliwia, przynajmniej w najbliższej perspektywie, przybliżenie tej wizji wspólnoty, w której mieści się zarówno Rosja, jak i Ukraina. Friedman traktuje swą prognozę prawie jako pewnik, gdy tymczasem bieg wydarzeń zależy nie tylko od Rosji i Ukrainy, ale także od Unii Europejskiej i reszty świata. Friedman twierdzi, że starając się zapobiec swej nieuniknionej dezintegracji Rosja musi prowadzić agresywną politykę wobec Ukrainy, przeciwko Bałtom i Europie Zachodniej. Zaprzecza sobie w pewnym sensie równocześnie, gdy twierdzi, że aby odwrócić uwagę Rosji od spraw globalnych to Stany Zjednoczone w latach dwudziestych będą miały jeden zasadniczy cel: “zapobiec powszechnej wojnie, skupiając uwagę Rosjan na Bałtach i Polakach, a odciągając ją od sytuacji globalnej”. A Polska uwikłana w swój historyczny koszmar między Rosją a Niemcami, uzależni się jeszcze bardziej od Stanów Zjednoczonych. (George Friedman, Następne sto lat, Prognoza na XXI wiek, AMF, Warszawa 2009, s.136 – 137). Jak na razie wydaje się, że wszyscy w regionie Europy Środkowowschodniej realizują scenariusz Friedmana (Rosja, Ukraina, Polska, Stany Zjednoczone, UE i Bałtowie), przy czym jego prognoza zaczyna się sprawdzać już 10 lat wcześniej. O ile częściowo Friedman okazać się może “prorokiem”, to już obecnie jego niektóre prognozy się nie sprawdzają. Do mniejszych niespodzianek należy np. ważność Skandynawii w strategii Zachodu (Friedman uznał kiedyś ten region za mało istotny), a do bardzo poważnych - rosnąca siła i determinacja Unii Europejskiej, bez której wsparcia Stany nie utrzymają statusu wielkiego mocarstwa. Friedman pomyli się także prawdopodobnie co do roli Niemiec w Europie i w kryzysie rosyjsko-ukraińskim. Jest bowiem bardzo wątpliwe, aby Niemcy zdecydowały się prowadzić politykę oderwaną od interesów całej Unii Europejskiej, od interesów Stanów Zjednoczonych i całego Zachodu. Tym bardziej, że na taką samodzielną politykę nie stać nawet Stanów. Friedman nie docenił także roli czynnika islamskiego. Jego przekonanie, że dopóki muzułmanie walczą ze sobą, USA wygrywają wojnę, nie odpowiada już rzeczywistości. Podobnie pogląd, że wojna Stanów z islamistami już się kończy. Friedman uważa, że Stany Zjednoczone nie muszą wygrywać wojen, wystarczy, że skłócą państwa w określonym regionie. Np. w przypadku muzułmanów chodzi o rozerwanie i skłócenie świata islamskiego, aby uniemożliwić powstanie jego imperium. Wydaje się, że skłócanie świata islamskiego ma swoje granice. Mówiąc prosto, trzeba kiedyś wreszcie “dogadać” się z umiarkowanym islamem i niepotrzebnie go nie prowokować. Choć niewątpliwie sami muzułmanie powinni znaleźć sobie należne im miejsce w nowoczesnym świecie. Jak na razie mamy do czynienia z niekorzystnym i niezgodnym z prognozami Friedmana rozwojem wydarzeń na Bliskim Wschodzie Jeśli bowiem uda się nawet pokonać państwo islamskie z jego ideą kalifatu, to trzeba sobie uświadomić konsekwencję tego, że ta idea nie ogranicza się do granic. Jej zwolennicy są w większości państw Unii Europejskiej, w wielu państwach Azji, są już prawdopodobnie w chińskim Sinkiangu i są już w Rosji (minister Ławrow powiedział niedawno, że do państwa islamskiego przyłączyło się 500 bojowników z Rosji). Friedman nie przewidział i tego, że Rosja nie zawsze musi na Bliskim Wschodzie prowadzić politykę sprzeczną z interesami amerykańskimi. Oto po spotkaniu sekretarza stanu Kerrego z ministrem Ławrowem w Paryżu 14 października 2014 roku dowiadujemy się, że między Stanami a Rosją doszło do porozumienia w sprawie poszerzenia współpracy w kwestiach o globalnym znaczeniu. Dotyczy ono m.in. państwa islamskiego i atomowych ambicji Iranu. W tych sprawach wywiady obu państw będą ze sobą współpracować. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że Rosjanie wycofają się z Ukrainy i terenów przygranicznych, a Stany nie zgadzają się z Rosją w kwestii ewentualnych referendów we wschodniej Ukrainie. Polityka skłócania różnych państw, w różnych regionach świata, do niczego dobrego, w dłuższej perspektywie, nie prowadzi; np. prowadzona zbyt długo i bez widocznych rezultatów wojna z państwem islamskim spowodować może odwrócenie uwagi Zachodu od sytuacji na Ukrainie. Trzeba znaleźć nową koncepcję, która uchroni świat przed zagładą. Jest to na pewno możliwe. Wymaga to jednak międzynarodowych konsultacji. Friedman zapewnia nas, Polaków, że przy pomocy USA, Polska w XXI stuleciu stanie się wielkim mocarstwem. Nasze ambicje powinny być jednak zdecydowanie skromniejsze i ograniczyć się powinny do integracji Europy Środkowej w ramach Unii Europejskiej, a w dalszej perspektywie do realizacji wspólnoty od Vancouver do Władywostoku. Aby w swym najbliższym sąsiedztwie odgrywać należną jej rolę, Polska powinna szybciej niż dotąd rozwijać się gospodarczo, zadbać o przyrost naturalny oraz powstrzymać emigrację z kraju młodych Polaków. Jeżeli wymrzemy jako naród, całe nasze rozważanie o przyszłości Polski w Europie i świecie nie będzie miało najmniejszego sensu. Przykład Kosowa, państw bałtyckich, Kaukazu, rosyjskiego Dalekiego Wschodu wskazuje, że demografia ma w polityce międzynarodowej niebagatelne znaczenie.

Przed i w czasie I wojny światowej Friedrich Naumann, twórca pomysłu na niemiecka Europę Środkową pomylił się sądząc, że Polaków do Mitteleuropy można łatwo pozyskać, wystarczy wykorzystać ich antyrosyjskie nastroje. Obecnie myli się także Friedman jeśli sądzi, że polskim marzeniem jest uzyskanie w przyszłości statusu wielkiego mocarstwa. “Widmo nacjonalizmu krąży po Europie” - nacjonalizmu należy się więc wystrzegać! Obecny wzrost nastrojów nacjonalistycznych w Europie, w tym także w Polsce, nie powinien odebrać nam Polakom zdolności do trzeźwego myślenia i wystrzegania się wrogości do któregokolwiek z sąsiadów. Polska wraz z Litwą była już kiedyś mocarstwem. Imperia (mocarstwa) mają swój początek i koniec; np. brytyjskie, francuskie, a teraz rosyjskie. Powolny rozpad imperium rosyjskiego trwa od ostatnich 100 lat. Zapoczątkowała go I wojna światowa, a powstrzymało powstanie Związku Radzieckiego. Po wielu dziesięcioleciach, po przegranej zimnej wojnie, nastąpił upadek ZSRR. Obecnie prezydent Putin chce odwrócić ten trend i zapobiec dalszemu rozpadowi państwa poprzez ucieczkę do przodu, poprzez próbę powiększenia rosyjskiego terytorium. Za polityką tą stoi Aleksander Dugin, ideolog euroazjatyzmu i neoimperializmu. Rosja testuje świat na ile ta polityka jest możliwa. Jeżeli istniał optymalny plan agresji na Ukrainę to przewidywać on mógł wcielenie całej Ukrainy do Federacji Rosyjskiej, połączenie z Naddniestrzem i odbudowanie rosyjskich wpływów na Bałkanach. Prezydent Putin nie ruszył jednak na Kijów (mimo, że skrytykował go za to Dugin) i nie podejmuje próby opanowania całej Ukrainy. I ma rację, bo spotkała by go tam wojna partyzancka na wiele lat. Nie chce więc okupować całego kraju. Niezależnie od braku międzynarodowej akceptacji dla tak szeroko zakrojonej agresji, nie poradziłby sobie z bardzo wrogo nastawioną ludnością, katastrofą gospodarczą okupowanego kraju i kolejnymi sankcjami Zachodu. Rosja będzie prawdopodobnie chciała kontrolować sąsiada, ale nie brać za niego odpowiedzialności (przypomina to radziecką doktrynę ograniczonej suwerenności, zwanej także doktryną Breżniewa). Nie weźmie Ukrainy “na gospodarczy garnuszek”. Lepiej żeby zrobił to Zachód, przy milczącym założeniu, że Zachodowi też się ta operacja nie uda. Mało jest też prawdopodobne, aby Rosja wzięła odpowiedzialność za Donbas (6 mln ludzi i zniszczony przemysł). Gdyby Donbas został włączony do Federacji Rosyjskiej, a jego mieszkańcy zostali obywatelami rosyjskimi, Rosja musiałaby zapewnić im względny dobrobyt, a tymczasem już z wchłonięciem Krymu ma kłopoty. Donbas jest potrzeby Rosji jako region nieustabilizowany, po to by można wpływać na sytuację w całej Ukrainie. Rosji zależy raczej na paraliżowaniu sąsiada. Chce kontrolować Ukrainę, nie podbijając jej. Rosja liczyć może też na to, że po ciężkiej zimie i kolejnym Majdanie, tym razem przeciwko obecnemu rządowi w Kijowie, Ukraińcy zwrócą się do niej o łaskawe przyjęcie na swe łono. Nie ma pewności jak zachowa się wówczas Rosja, jakie będą jej możliwości ekonomiczne i polityczne, bo i ona nie wyjdzie z tej próby bez szwanku. Już teraz w Rosji ma miejsce stagnacja gospodarcza. Sankcje przyczyniły się do wzrostu cen i zahamowania wzrostu gospodarczego. Spada cena ropy. Spada wartość rubla. Narastać będzie niezadowolenie społeczne. Rosja stoi wobec poważnych problemów. Ukraina też. Obydwu państwom grozi dalsza dezintegracja. Mimo tego, że obecnie napór Rosji na Ukrainę wydaje się słabnąć, to przy sprzyjających okolicznościach kolejna jego runda może się powtórzyć.

Wydawałoby się, pozornie, że świat zmierza do powtórki z zimnej wojny. Paradoksalnie jednak, wspólne zagrożenia wynikające z ekspansji skrajnego islamu, doprowadzić mogą do przyśpieszenia uregulowania problemu ukraińskiego. Spotkanie Kerrego z Ławrowem w Paryżu i wyniki tego spotkania świadczyć mogą o chęci obu państw osiągnięcia kompromisu w sprawach Ukrainy i wspólnego zajęcia się sytuacją na Bliskim Wschodzie. Ukraina okazać się może mniej ważna niż Bliski Wschód! Są to oczywiście spekulacje, ale gdyby się sprawdziły, mogłoby to mieć trudne jeszcze do określenia konsekwencje dla NATO i Unii Europejskiej (w tym dla Polski). Spóźnienie się prezydenta Putina w Mediolanie (szczyt Azja-Europa) na rozmowy z Kanclerz Merkel 2 dni po spotkaniu w Paryżu obu ministrów spraw zagranicznych oznaczać może, iż w dialogu Zachodu z Rosją na temat Ukrainy ważniejsza niż dotąd rola do spełnienia przypadnie Unii Europejskiej i Niemcom. Można przy tym domyślać się, że albo Putin się spóźnił, lekceważąc panią Merkel, gdyż wcześniej istotne spraw załatwił już Ławrow z Kerrym, albo po ich rozmowach potrzebował czasu do przeanalizowania sytuacji. (W ocenie sytuacji niebagatelną sprawą jest niechęć Turcji, członka NATO, do zaatakowania islamistów i turecka odmowa udzielenia poparcia Kurdom). Mimo, że Pani Kanclerz oświadczyła w Mediolanie, że nie ma przełomu w sprawach ukraińskich, to nie wykluczone, że do jakiegoś kompromisu dojdzie, z którego zresztą niezadowolona będzie nie tylko Ukraina, ale i Rosja. Ukraina zrezygnuje np. z Krymu, a Donbas uzyskuje już jakiś rodzaj autonomii w ramach Ukrainy, albo nawet przyłączony zostanie ostatecznie do Rosji. A Rosja zrezygnuje z prób połączenia z Naddniestrzem, co oznaczać będzie, że Ukraina utrzyma dostęp do Morza Czarnego. Tak czy owak ważne jest, aby w przyszłym wspólnym obszarze od Vancouver do Władywostoku narody szanowały się nawzajem i nie miały do siebie pretensji terytorialnych.

20 października 2014