Adam Zbigniew Gusiew

Spektakl pod tytułem: emerytury

No i mamy kolejną odsłonę spektaklu pod tytułem służba zdrowie, akt III -emerytury. Chwilę wcześniej rząd dał ciała zadzierając z młodymi w sprawie acta. Rząd mądry zastanowiłby się co zrobić wobec kompetentnego, świetnie wykształconego i zdeterminowanego młodego przeciwnika. Obecny rząd zdaje się zwinął sprawę pod dywan i wyciągnął na tapetę emerytury. Tylko dla porządku przypomnę, że sprawę ACTA jak i sprawę OFE “pilotował” ten sam “fachowiec” nasz ulubieniec minister Boni z zawodu kulturoznawca.

Obecny rząd do perfekcji doprowadził wprowadzanie tematów zastępczych, których problematyka była tyle medialna co mało istotna, ale spędzała niewygodny temat do załatwienia ad calendas graecas. Ubezpieczenia przykryć miały Acta, te z kolei stadion narodowy, ale ostatnio coś nie działa i co temat to afera. Mówiąc szczerze nie bardzo rozumiem, jakim “kluczem” w doborze ministrów posługuje się nasz premier. Za komuny było jasne, jak “fachman” nazywał się Kopeć to go do chemii, jak Glazur – to minister budownictwa, a Boni??? Tak czy siak nasz ulubieniec, specjalista od niczego wykazał się brakiem wyczucia sytuacji, przez co po raz kolejny naraził premiera na dyskomfort i konieczność tłumaczenia się przed społeczeństwem za niedoróbki swoich ministrów.

Ostatnio pan B. przebił wszystkich, powiedział mianowicie, że “…cała ta sytuacja powinna być nauką dla urzędników….” Krótko mówiąc sam narozrabiał, sam się obsztorcował i o.k. to nie nasze zmartwienie. Jednak mam nadzieję, że sprawą OFE zajmie się człowiek kompetentny a przynajmniej o profesji mniej kolorowej niż kulturoznawca.

W sprawie emerytur wypowiedział się sam premier i powiedział, że emeryci będą mieli uprawnienia do świadczeń po ukończeni 67 roku życia. Inaczej być nie może, bo tak wykazuje demografia, tzn ujemny przyrost naturalny. No cóż, pan Tusk (z zawodu historyk) to nie kanclerz Otto von Bismarck, choć podobno z dobrej niemieckiej rodziny. Mężem stanu formatu Żelaznego Kanclerza pewno nie jest i trudno mieć pretensję, że nie za bardzo zna się na ubezpieczeniach. Bismarckowski system ubezpieczeń opierał się na pewnego rodzaju reasekuracji pokoleniowej, modyfikowali go nieco Brytyjczycy, ale generalnie ciągle była to zasada reasekuracji. Taki rodzaj ubezpieczeń ma jedną wadę, mianowicie jest wrażliwy na wahania demograficzne. Aż dziw bierze, że nikt nie próbował zbudować systemu odpornego na te fluktuacje. Oczywiście nie zrobią tego historycy wspierani przez kulturoznawców.

Tym czasem głos w spawie ubezpieczeń zabrał sam pan prezydent (z zawodu historyk). Uzbrojony w profesurę (która wiedziała co ma mówić) oświadczył, że nie widzi innej możliwości rozwiązania problemu niż proponuje rząd (czytaj D. Tusk) Poświadczył te opinie profesor, którego przez litość nazwiska nie wspomnę. Wtedy on, prezydent, spróbuje w drodze konsultacji z klubami parlamentarnymi uzgodnić jakiś kompromis! Ale okrągłe gadanie bezradnych intelektualnie wobec problemu polityków z różnych klubów parlamentarnych jak najgorzej wróży reformie, która pewnie i tak zakończy się podniesieniem wieku emerytalnego.

Tymczasem na problem należy spojrzeć z innej niż bismarckowska perspektywy. Wiemy, że ten system nie zadziała, a więc metoda obarczona jest wadą i w żadnym przypadku nie może być traktowana jak nieomylne pismo święte. Już Brytyjczycy skutecznie dostosowywali ów bismarckowski system do swoich potrzeb i… zadziałało. Ale tam nad systemem pracowali matematycy i ekonomiści. Historyków i kulturoznawców wśród brytyjskich reformatorów nie stwierdza się .

A więc prawdą jest, że nie da utrzymać świadczeń na obecnym dramatycznie niskim poziomie i albo świadczenia będą jeszcze niższe, albo podniesiemy wiek uprawnionych do świadczeń. Ten prosty związek przyczynowo-skutkowy w zasadzie w pełni uzasadnia proponowane rozwiązanie ale… reforma to nie łatanie dziur w systemie rewolucyjnych pomysłów czy bezrozumne ściąganie cudzych rozwiązań. Reforma to proces ewolucyjnego, stopniowego przekształcania elementów systemu, bez naruszania jego podstawowych reguł. Reformy stanowią przeciwwagę zmian rewolucyjnych. Jak w świetle tej definicji wygląda zapis o podniesieniu wieku emerytalnego? To zła metoda w dodatku nie akceptowana społecznie. Więc co? Oczywista jest konieczność zmian zasady działania systemu OFE - nie wolno władzy świadomie tracić miesięcznie miliardów złotych i krzyczeć że musimy oszczędzać. To rząd musi umiejętnie gospodarować powierzonym majątkiem i w ostateczności sięgać do kieszeni obywateli.

Uczciwa i przejrzysta polityka finansowa państwa to fundament trwania władzy. Solidność i uczciwość to legitymacja do sprawowania władzy. Stare odchodzi, a młodzi są bezkompromisowi i w dodatku poznali swoją moc. Zacznijmy więc od formułowania jasnych i przejrzystych zasad. Jeszcze raz. Nie może być tak, że z powodu OFE tracimy miliardy złotych. Mechanizm strat jest taki. Nasze pieniądze przekazujemy na konta OFE choć gromadzone są w prywatnych bankach zachodnich. Pieniądze te gwarantuje skarb państwa. Za “zarządzanie” naszymi pieniędzmi OFE pobierają 3,5% do tej pory 7% (osiągane zyski rzadko sięgają poziomu ceny zarządzania a więc co miesiąc uszczupla się saldo naszego konta emerytalnego).

Na “interesie” z OFE od 12 lat budżet państwa regularnie traci ok. 3.5 miliarda złotych. Nasz rząd emituje bony skarbowe i obligacje. Bony i obligacje to papiery wartościowe, które są różnie oprocentowane. Bony to papiery krótkoterminowe (roczne) zwykle nisko oprocentowane i państwo musi je wykupić po roku. Obligacje to papiery wieloletnie zwykle oprocentowane na poziomie 5 – 7% . Państwo pożycza od banków rocznie naście miliardów do zrównoważenia budżetu. Za te papiery banki wypłacają państwu pieniądze w wysokości na jaką opiewają owe papiery wartościowe. Oczywiście są to nasze pieniądze wpłacone do banku. Bank odzyskuje te pieniądze w momencie wykupu papierów wartościowych przez państwo. Oczywiście kwota wykupionych obligacji czy bonów skarbowych powiększona jest o kwotę wynikającą z wysokości oprocentowania tych papierów. Niestety nie jesteśmy w stanie wykazać jaki procent obsługi długu pochodzi z pieniędzy wpłacanych do OFE, ale to miliardy złotych. To BARDZO DROGO, za drogo. Nie wolno tak niefrasobliwie gospodarować pieniędzmi przyszłych emerytów i tłumaczyć im, że będzie jeszcze gorzej. Otóż gorzej być nie może i trzeba taki stan rzecz zmienić. I nic tu nie pomoże podnoszenie bariery wieku, bo widmo demografii zawsze będzie wisiało nad emeryturami. Wniosek - system jest nie do utrzymania, ponieważ zamiast oczekiwanych zysków generuje straty.

CO ZROBIĆ ŻEBY NIE TRACIĆ?

Wiemy już, że system bismarckowski źle działa. Zróbmy tak. Zamiast OFE każdemu rozpoczynającemu pracę otwiera się w BGK konto emerytalne, na które co miesiąc wpływa właściwa część składki, np. z kwoty 3000 zł. (ciekawe kto widzi miesięcznie takie pieniądze).19%, czyli na konto wpływa co miesiąc 570 zł. razy 12 miesięcy w roku = 6840zl. Razy - 40 lat pracy =273600zł. bez procentów. To oszczędzone przez nas pieniądze, nasza własność. Jeżeli przechodząc na emeryturę tę kwotę przeznaczymy na bankową lokatę to z 5% stopy zwrotu otrzymamy rentę w wysokości 1140 zl miesięcznie, będąc w dalszym ciągu właścicielami realnego kapitału.(273,600 zł.) I wtedy zadecydujemy czy dalej pracujemy, czy nie.

Każdy obywatel w każdej chwili winien mieć możliwość wglądu do swojego konta emerytalnego (patrz Niemcy) i sprawdzić saldo swojego rachunku. Państwo powinno z tych pieniędzy robić użytek, a za korzystanie z naszych pieniędzy zapłacić sprawiedliwy procent, wtedy wysokość naszej emerytury byłaby znacznie większa, mianowicie przy oprocentowaniu gromadzonego kapitału na poziomie 3% rocznie otrzymalibyśmy kwotę 328000 zł. co przy powyższych warunkach dałoby rentę 1366 zł. miesięcznie. Tymczasem państwo przy wypłacie świadczenia wprowadza jakieś wskaźniki, z których wynika, że nasze emerytury mają wartość 50% (nazywając to kwotą zastąpienia) tego co nam się należy. Oczywiście państwo nas nie okrada, ale jest bezradne wobec systemu, który powoduje bardzo mocne obniżenie poziomu naszego konta, a to kompletny nonsens.

JAK ZROBIĆ ŻEBY ZYSKAĆ?

Po pierwsze odrzucić wszelkie brednie wynikające z neoliberalnego systemu gospodarczego. Trudno będzie to zrobić towarzyszom z partii liberalno – demokratycznej. Państwo MUSI UCZESTNICZYĆ W ŻYCIU GOSPODARCZYM KRAJU. Funkcja “nocnego stróża “, którą to funkcję neoliberałowie przypisują państwu jest nieadekwatna do sytuacji, a poza tym, panie premierze, nocny stróż nie kosztuje tyle co Pański rząd. Krótko mówiąc trzeba wrócić do zasad zapisanych w Konstytucji i zastosować metody Społecznej Gospodarki Rynkowej. Każda dziedzina gospodarki musi się wpisywać w mechanizm gospodarki państwa, inaczej będziemy mieli orwellowski wiatrak. No tak, ale tu konieczna jest ta wiedza, której nie posiada żaden historyk na świecie. A teraz rząd za nic nie odpowiada, jak brakuje to pospólstwo będzie dopłacać, bo my tyle wiemy o gospodarce, że pieniądze skądś trzeba wziąć, a z doktryny wynika, że trzeba podnieść podatki i inne opłaty. To prawda, ale wg gradacji właściwości ks. prof. Tischnera to druga i trzecia grupa prawd.

Korzyści wynikające z proponowanego systemu są następujące. Zachowany okres 65 lat dla mężczyzn. Kobiety wg woli, ale nie krócej niż 55 lat. Budżet zaoszczędza ( nie wyda) rocznie 21 mld. zł., co zmniejsza konieczność zadłużania do poziomu na rok bieżący 10 mld zł. Każdy wie jaką dostanie emeryturę bez względu na fluktuacje demograficzne w kraju. Kto traci? Wielki kapitał, którego banki dbają o nasze interesy jak pies o piątą nogę. Jest drogi, nieefektywny i w każdej chwili może ogłosić bankructwo, a płacić będzie i tak państwo polskie. Więc po co nam OFE i cały ten interes?

PODSUMOWANIE

Mamy właśnie obraz końca pewnej formuły (doktryny) społeczno-gospodarczej, która wobec absolutnej bezkształtności jest zupełnie nieidentyfikowalna. A mamy (w konstytucji) zapis o społecznej gospodarce rynkowej. Zaś to, co wyprawia nasz rząd, to balansowanie na granicy wczesnego systemu anglosaskiego z elementami zarzuconego w świecie neoliberalizmu gospodarczego zawarowanego dla styropianowego towarzystwa, których uczestnictwo w rządach ma legitymizować fakt uczestnictwa w demontażu minionego systemu. Demontaż idzie im bardzo dobrze budowa nie idzie wcale. Tak być nie może. Pan premier powinien wiedzieć, że instalowanie w administracji państwowej 100 000 nowych osób nie jest sposobem na walkę z bezrobociem, zaś koniec wielkich budów za unijne pieniądze uruchomi (bo musi) proces kryzysu. I znajdziemy się w sytuacji gorszej niż Grecy, bo pozbyliśmy się atutów stanowiących o sile państwa a oni mają i będą mieli klimat i turystykę.