Tęsknota za "Drugą Polską"
Jan Filip Staniłko
20-11-2010 RZECZPOSPOLITA



Wciąż niewiele wiemy o próbie skoku modernizacyjnego dokonywanej pod hasłem: "aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej" Edward Gierek powrócił. Najpierw kandydujący na urząd prezydenta RP Jarosław Kaczyński na wiecu w Zagłębiu Dąbrowskim określił Edwarda Gierka mianem "komunistycznego patrioty". Teraz establishment ekonomistów zupełnie poważnie się spiera, czy obecne zadłużenie Polski już osiągnęło poziom i dynamikę zadłużenia z czasów schyłkowej epoki gierkowskiej. Chyba nigdy po latach 70. nie traktowaliśmy Gierka tak serio. Zamknięty w dziecięcych powiedzonkach w stylu: "chcesz cukierka, to idź do Gierka", albo w dogmacie mówiącym, że epoka Gierka zakończyła się atastrofą, kropka, jest nam po prostu nieznany. Nieznany tak, jak w rzeczywistości nieznana jest nam wciąż historia polityczna i gospodarcza PRL. Poza momentami przesileń zaklętych w nazwach tzw. polskich miesięcy czy też chwilami opozycyjnej chwały lub konfidenckiego upadku dzisiejszego establishmentu politycznego PRL nas nie interesuje. Nie ma wypracowanej metodologii badań tego okresu, a narracje historyków ocierają się albo o moralne potępienie, albo nieukrywaną specjalnie ironię. Tymczasem trudno jest potępić przywódcę, który przyrzekł, że nigdy nie będzie strzelał do własnego narodu, i słowa dotrzymał, który skończył walkę z Kościołem katolickim i cieszył się poparciem prymasa Wyszyńskiego i który wreszcie najprawdopodobniej zgodnie z własnym przekonaniem doprowadził - wbrew partii, którą kierował - do powstania "Solidarności", upatrując w niej partnera w rządzeniu. Miał chyba rację, mówiąc w "Przerwanej dekadzie": "Praktycznie do roku 1976 nie było w Polsce żadnej kontestacji. Nawet nasi zawodowi rewolucjoniści: Kuroń, Modzelewski, Michnik, zaszyli się w zaciszu domowym, uczyli, robili doktoraty, również za granicą, i byli złej myśli co do przyszłości kontestacji w Polce. Natomiast artyści, naukowcy, ludzie kultury przeżywali - z małymi jedynie wyjątkami - okres zauroczenia władzą ludową". Niemal ci sami "ludzie kultury" przeżywali ostatnio w Łazienkach zauroczenie Bronisławem Komorowskim. Ale jest jeszcze głębszy problem. Tyle mówimy dziś o modernizacji. Premier Tusk jest wręcz chodzącą modernizacją, choć, niestety, głównie na ekranie. W polskich dyskusjach o modernizacji tradycyjnie niemal wyłącznie po inteligencku teoretyzujemy. Jeśli już nawet analizujemy doświadczenia, to głównie zagraniczne, prawie nigdy własne. A tymczasem tak jak niewiele wiemy o reformach Eugeniusza Kwiatkowskiego - o jego sukcesach, ale i oczywistych błędach, tak samo niewiele wiemy o drugiej w XX wieku próbie skoku modernizacyjnego w Polsce pod hasłem "by Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatnio". Dzisiejsza modernizacja bez ładu i składu wydaje się antytezą ówczesnego centralnego przesterowania, choć grozi podobnym kryzysem. Zupełnie serio zatem twierdzę, że nie zrozumiemy marności naszych dzisiejszych prób modernizacyjnych bez dobrego przemyślenia epoki Gierka.

 


Osoba i czyn


Gierek był komunistą. Sam do końca życia się tak określał. Ale był nietypowym komunistą. Nie miał za sobą przeszkolenia w Związku Sowieckim, nie był zawodowym agentem Kominternu, w rodzaju Bolesława Bieruta, nie był narodowym zdrajcą w rodzaju marszałka (sic!) Mariana Spychalskiego czy mrocznym intelektualistą z zacięciem mordercy w rodzaju Jakuba Bermana. Nie był też ideologicznym prymusem jak gen. Wojciech Jaruzelski. Jego kariera nie opierała się na bolszewickiej bezwzględności, nie cechowały go brutalność i bandyckie obyczaje członków KPP. Raczej dalece posunięty pragmatyzm, który uczynił tak udaną współpracę z - było nie było sanacyjnym urzędnikiem – generałem Jerzym Ziętkiem. Gierek był politykiem - całkiem wybitnym w swoim fachu, nie lubił bezpieczniaków i to z ich strony - Kani, Moczara i Jaruzelskiego - przyszedł jego koniec. Gierek nie pił alkoholu i kochał swoją rodzinę. Nie miał poczucia humoru i był dość zadufany w sobie, ale chciał uchodzić za dobrego gospodarza. W przeciwieństwie do Gomułki - autorytarnego, nieufnego, zakopanego w dokumentach pracoholika z ambicjami bycia "wybitnym teoretykiem", Gierek preferował styl zespołowy, nie przepracowywał się, nie lubił teoretyzować, ale wolał bezpośrednio spotykać się z ludźmi. Jego spotkanie w stoczni w Szczecinie, 24 I 1971 r., kiedy jako nowy pierwszy sekretarz stanął wieczorem przed bramą stoczni z premierem Jaroszewiczem, szefem MSW Szlachcicem i ministrem obrony Jaruzelskim, naprawdę było czymś niezwykłym. Tym, co łączyło go z Gomułką, był (proszę się nie oburzać) patriotyzm. Obsesją Gomułki, który o polskie interesy wielokrotnie twardo grał z Rosjanami, było zagwarantowanie Polsce bezpiecznej granicy zachodniej. Jego największy sukces - traktat PRL - RFN zawarty wbrew Moskwie, która chciała być jedynym gwarantem integralności jednej trzeciej polskiego terytorium, przyszedł krótko przed jego największą porażką - Grudniem 1970. Gdyby nie te dwa wydarzenia, lata 70. wyglądałyby całkowicie inaczej.

 

Władza i kontrola


Odchodzący Gomułka na następcę wskazał Gierka, którego nie lubił i którego wyekspediował z Warszawy na stanowisko sekretarza wojewódzkiego na Śląsku. Tak jak Gomułka potrafił oszukiwać Rosjan, tak Gierek za plecami autokratycznego Gomułki budował z Ziętkiem Śląsk - uniwersytet, Park Kultury i Rozrywki w Chorzowie, Spodek. Umiał znaleźć w ministerstwach branżowych środki na dziesiątki fabryk, na które on na Śląsku miał materiały budowlane. Jego skuteczność intrygowała Gomułkę. Przede wszystkim jednak Gierek nie był na posiedzeniu biura politycznego, które wydało zgodę na strzelanie do stoczniowców. Znajdował się też z boku sporu "chamów" z "żydami", choć w 1968 r. również jego Mieczysław Moczar próbował wciągnąć w swoje intrygi. Ostatecznie marzący o roli pierwszego, odsunięty przez Gierka do NIK, Moczar zemścił się w 1980 r. Wskazanie następcy przez Gomułkę byłoby niewystarczające, gdyby nie dobre relacje Gierka z Breżniewiem. Gdy Breżniewa zabrakło, szybko skończył też Gierek. Rosjanie jednak nigdy nie ufali bezgranicznie. Cały ustrój PRL, w którym formalnie ważny był kto inny niż realnie, z licznymi instytucjami i niekonstytucyjną dwuwładzą rządu i partii (stąd hasło Gierka: "rząd rządzi, partia kieruje"), miał w siebie wpisaną nieefektywność i rozmycie decyzyjne. Władza Gierka jako pierwszego sekretarza była wbrew pozorom raczej niewielka. Stanowiła wypadkową wewnętrznych koalicji w biurze politycznym, a przede wszystkim wpływów Moskwy. Zależna była również od gigantycznej biurokracji przemysłowej, którą kierował premier Jaroszewicz, były planista sektora militarnego, polityczny cień pierwszego sekretarza. Władza Gierka nie sięgała do resortów siłowych. Lojalny wobec niego szef MSW - Wiesław Ociepka - szybko zginął w dziwnym wypadku lotniczym. Ani jego ambitny nominat Franciszek Szlachcic, ani tym bardziej Stanisław Kowalczyk nie mogli stanowić oparcia w trudnym momencie. Jeszcze gorzej wyglądała sytuacja w wojsku, całkowicie podporządkowanym Moskwie i gdzie Gierek nawet nie zaglądał. Po marszałku Rokossowskim armią formalnie rządził Spychalski, ale w rzeczywistości kierowali nią sowieci: szef sztabu gen. Bordziłowski (nominacje oficerskie), szef informacji wojskowej (WSW) gen. Kokoszyn, a potem całkowicie wobec nich lojalny gen. Jaruzelski. Gierek wspominał: "Kontakty (z Moskwą) ministrów: obrony, spraw wewnętrznych, a także spraw zagranicznych odbywały się w znacznym stopniu poza moją kontrolą".

Oprócz kontroli siłowej była kontrola polityczna. Stały, bezpośredni kontakt z członkami biura politycznego miał Piotr Kostikow, kierownik "sektora polskiego" w Wydziale Stosunków z Krajami Socjalistycznymi KPZR. Człowiek, który w negocjacjach polsko-sowieckich zawsze siadał po polskiej stronie. Na miejscu sprawami współkierowała ambasada radziecka, w niej np. radca minister Babarin, za młodu negocjujący pakt Ribbentrop-Mołotow. Przede wszystkim jednak Gierka pilnował Witalij Pawłow, szef rezydentury KGB, opiekun Kani i jego promotor wobec Andropowa. Pawłow został przysłany przez Andropowa do Polski po tym, gdy Moskwa powiedziała się o planowanej wizycie prezydenta Richarda Nixona w Warszawie od Amerykanów.

Emancypacja i autonomia


Przyjazd Nixona nie miał może tej rangi co jego spotkanie z Mao w Pekinie, ale jednakowoż była to pierwsza wizyta prezydenta USA w kraju satelickim Moskwy. To ta wizyta umożliwiła późniejsze wizyty prezydentów Forda, Cartera oraz Giscarda d'Estaing, kanclerza Helmuta Schmidta. Ta polityka otwarcia Polski na świat nie cieszyła się szczególnym uznaniem ani w Moskwie, ani tym bardziej w innych krajach satelickich. Gierek nie tylko mentalnie nie bardzo pasował do takich ludzi, jak Husak, Kadar czy Honecker, ale po prostu zaburzał hierarchię bloku sowieckiego. Co więcej, było to właśnie jego celem. Polska rządzona przez Gierka miała ambicję stać się drugim co do rangi państwem po ZSRR, detronizując najbogatsze w bloku i całkowicie w swym bycie zależne od Moskwy NRD. Była to raczej płonna nadzieja, bowiem NRD było przedmiotem troski RFN, która wspomagała ją gospodarczo, by utrzymywać jej polityczną rangę, ale także, by zminimalizować gospodarczą przepaść przy ewentualnym zjednoczeniu. Wydaje się, że strategia autonomizacji i emancypacji PRL wobec Moskwy - realizowana w granicach możliwości - była mimo wszystko jednym z największych dokonań politycznych Gierka. Otwarcie dyplomatyczne na Zachód oraz otwarcie granic dla ruchu obywateli było tylko częścią większej całości. Największym sukcesem prawdopodobnie było praktyczne uniezależnienie od Moskwy cywilnych służb specjalnych. (Gdy Andropow prosił Gierka o ujawnienie mu sieci agentów, Gierek odmówił). Służby te na potęgę kradnąc technologie na Zachodzie (np. formułę proszku IXI), uzasadniały przed Moskwą swoje istnienie skutecznością.

Z drugiej strony trwałym wkładem Gierka w bezpieczeństwo Polski jest rurociąg Gdańsk - Płock, który pozwolił nam w latach 90. Uniknąć szantażu paliwowego Rosji, choć w latach 70. służył zakupom dodatkowych ilości ropy, którą ZSRR racjonował w zbyt małych ilościach w stosunku do szybko rosnących potrzeb.

Gierek był być może ostatnim przed Lechem Kaczyńskim przywódcą, który miał ambicje uczynienia na serio z Polski znaczącego kraju w Europie. Strategia modernizacji gospodarczej opartej na zagranicznym zadłużeniu kraju, podniesienie stopy życiowej, a w konsekwencji wzrost efektywności pracy i spłata zobowiązań poprzez eksport nowoczesnych towarów miały uczynić z Polski - jakkolwiek by to nas dziś śmieszyło - dziesiątą potęgę gospodarczą świata. Strategia ta zresztą co do zamysłu nie odbiegała szczególnie od tego, jak do swojej pozycji dochodziła Korea Płd., kraj po wojnie równie biedny jak Polska, czy Chiny Deng Xiaopinga. W Chinach jednak nie było ideologicznego ograniczenia dla inwestycji z krajów kapitalistycznych, a przemysł niebył podporządkowany specjalizacjom branżowym w ramach RWPG (tabor kolejowy, samoloty, statki) i sektorowi militarnemu w sowieckim stylu (20 proc. PKB).

Innymi słowy, sen o potędze gospodarczej nie mógł się w Polsce ziścić w tamtych warunkach i Gierek tego nie rozumiał. Zewnętrzna kontrola, rozproszenie władzy, inercja aparatu gospodarczo-politycznego sprawiły, że modernizacja gospodarcza nie spełniła założonych na początku lat 70. celów. Prymat sowieckich potrzeb militarnych odpowiadał za dominujący od lat 50. model industrializacji w Polsce (przemysł ciężki). Wytworzyła ona interesy branżowe i regionalne, których rozproszona władza polityczna nie mogła ogarnąć. (Np. Huta Katowice miała obsługiwać zachodnią Ukrainę i temu zawdzięczała swoje rozmiary. Powstała w Polsce wraz z linią szerokotorową ze Sławkowa dlatego, że Gierek wolał mieć ją w Polsce, niż dokładać się do megakombinatu w Kursku).

Aparat planowania w ciągu lat 70. stracił sterowność: pod koniec dekady przedsiębiorstwa musiały realizować 200 wskaźników, 50 proc. inwestycji stało niedokończonych, a mimo to wciąż inicjowano nowe. Niemożliwa do ogarnięcia gorączka inwestycyjna wraz z kryzysem paliwowym (1973) i wzrostem globalnej inflacji uniemożliwiły spłatę rosnących zobowiązań. W 1980 r. odsetki od długu pochłaniały całe zyski z eksportu. Gospodarkę dobiła zima stulecia i wcześniejsza decyzja o eksporcie zapasów węgla oraz strajki "Solidarności".

Jeszcze w 1969 r. dobry pakiet reform Jaszczuka wprowadzał decentralizację zarządzania gospodarką, motywujące bodźce płacowe, inwestycje w sektorach eksportowych oraz podwyżkę cen silnie dotowanej żywności. Tej podwyżki (jak i całego pakietu) nie udało się jednak wprowadzić ani w roku 1970, ani w 1976, ani w 1980 (daty nie są przypadkowe). Plan komisji Szydlaka (1971) częściowo nawiązywał do propozycji ekipy Gomułki, ale interesy nomenklatury sprawiły, że z całego pakietu zmian w życie wprowadzono jedynie postulat budowy wielkich konglomeratów przemysłowych (67 proc. produkcji pod koniec dekady), co było de facto restalinizacją gospodarki. Prymat sowieckich standardów sprawił też, że po dwóch latach znakomitych zbiorów w rolnictwie indywidualnym i zniesieniu dostaw obowiązkowych w 1973 r. ponownie zaczęto dyskryminować je inwestycyjnie, a wspierać PGR i SKR, co skończyło się katastrofą żywnościową pod koniec dekady. Ale coś jednak z tego projektu pozostało i tego nie potrafimy chyba dostrzec.



Modernizacja

Na I Krajowej Konwencji Partyjnej w 1973 r. Edward Gierek stwierdził: "Mamy wszystkie przesłanki ku temu, aby opracować i wcielić w życie w ciągu dwóch dziesięcioleci program zbudowania w naszym kraju rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego. Społeczeństwo to będzie w pełni korzystać z walorów ustroju socjalistycznego i dysponować nowoczesną techniką wytwarzania, będzie czerpać z zasobów ziemi ojczystej i wzbogacać jej piękno. Będzie to społeczeństwo wykształcone i wydajnie pracujące, społeczeństwo żyjące dostatnio i kulturalnie, kontynuujące i pomnażające dorobek przeszłych pokoleń narodu, a zarazem coraz mocniej integrujące swoją pracę z wysiłkami bratnich narodów socjalistycznych".

Była to wizja, która naprawdę pociągnęła za sobą wielu ludzi. Miała charakter afirmatywny, nie była sformułowana w bolszewickim języku ani nie była skierowana przeciwko komukolwiek. Zapewne członkowie zespołu Michała Boniego nie wiedzą, że ich diagnoza "Polska 2030" ma swoją prekursorkę w strategii "Polska 2000" z lat 70. Wizja Gierka apelowała otwarcie do całego narodu, Polaków mieszkających w kraju i na emigracji. Taką manifestacją jedności narodowej oraz szacunku do narodowych imponderabiliów była odbudowa Zamku Królewskiego w Warszawie, sfinansowana częściowo z datków Polonii. To, że nie potrafiliśmy odbudować w ostatnim dwudziestoleciu pałaców Saskiego i Bruhla, jest świadectwem nieudolności współczesnych polskich przywódców.

Podobnie jak dziś w Chinach w latach 70. wytworzyła się aura technokracji i fachowości. Inżynier budujący przemysł w kraju lub pracujący na zagranicznych kontraktach miał znaczącą rolę społeczną. Jerzy Gruza lansował go w swoim "Czterdziestolatku". Również w partii wszyscy chcieli uchodzić za "technokratów". Co prawda, pierwszy doradca ekonomiczny Gierka - Zdzisław Rurarz - wspomina, że osławieni "technokraci" w kierownictwie (poza może prof. Secomskim i Trąmpczyńskim) robili raczej wrażenie komiczne. Ich technokracja polegała na zaśmiecaniu pamięci całą masą szczegółów i danych statystycznych niepopartych szerszym zrozumieniem. Większość partyjnych sekretarzy - w tym Gierek - inżynierami została na mocy uchwały nr 49 nadającej w latach 50. tytuły inżynierskie różnym "praktykom"; doktorat ministra Jagielskiego napisał wynajęty naukowiec, a minister Wrzaszczyk za swoje "technokratyczne" defraudacje skończył w więzieniu.

Ale okres gierkowski był jak dotąd ostatnią złotą epoką polskiej nauki. Na uczelniach był dostatek pieniędzy na etaty, laboratoria i budynki, zrzeszenia miały swoje jednostki badawczo-rozwojowe, a zakłady biura projektowe. Kadra inżynierska w warsztatach politechnicznych i JBR zajmowała się praktycznymi wyzwaniami. Zatrudnieni wówczas ludzie dziś są bodaj ostatnim pokoleniem inżynierów zaznajomionych z badaniami rozwojowymi i potrafiącymi wdrażać technologie w przedsiębiorstwach. Ci, którzy przychodzili później, w kryzysie lat 80. i 90., głównie teoretyzowali. Nastąpiło też niespotykane otwarcie na świat. Wyjazdy stypendialne na uczelnie zagraniczne nie były już dostępne tylko dla członków POP. Przyznawane wówczas i w latach 80. stypendia Fulbrighta pozwoliły Amerykanom stworzyć przyjazną sobie elitę na czas postkomunizmu. Liczne serie wydawnicze, takie jak "Biblioteka Myśli Współczesnej" PIW, były intelektualnym oknem na świat dla całego bloku. Wcześniej Stefan Bratkowski nie mógłby zapewne stworzyć konwersatorium "Doświadczenie i przyszłość".

Okres Gierka to także olbrzymie inwestycje w infrastrukturę na poziomie 10 proc. nakładów inwestycyjnych, które są do tej pory podstawą systemu komunikacji i transportu. Dziwnym trafem obecnie z pieniędzy UE budujemy system autostrad tranzytowych, zaplanowany w latach 70. pod potrzeby Układu Warszawskiego i RWPG, włącznie ze słynną olimpijką. Do czasu jego ukończenia najlepszą drogą w Polsce i tak pozostanie gierkówka, a najlepszą linią kolejową Centralna Magistrala Kolejowa ( miała się kończyć w Porcie Północnym). Dla potrzeb niebywale energochłonnej nowej gospodarki wybudowano także największe polskie elektrownie: węglowe - Bełchatów (4400 MW) Kozienice (2600 MW), Jaworzno III (1200 MW), Dolna Odra (1800 MW),
Rybnik (1800 MW), Połaniec (1 blok), oraz wodne w Żarnowcu (700 MW) i we Włocławku (160 MW), które dostarczają teraz niemal połowę prądu. Są to ostatnie jak dotąd (poza Elektrownią Opole) duże moce wytwórcze wybudowane w Polsce, więc za kilka lat po prostu zaczną się blackouty.


Jak w 1979 r.


Bez wątpienia jednym z największych osiągnięć cywilizacyjnych epoki Gierka są zmiany w strukturze społecznej i przestrzennej. W 1978 r. ludność czynna zawodowo w przemyśle przekroczyła liczbę pracujących w rolnictwie. To za czasów Gierka rolnicy indywidualni mogli przestać chodzić do lekarza z kiełbasą lub kopą jaj, ponieważ zostali objęci ubezpieczeniem medycznym, a także systemem emerytalnym ( pod warunkiem oddania ziemi następcom). Mimo to wieś dość gwałtownie się wyludniała, rozpoczął się bowiem proces szybkiej migracji do miast. Reforma administracyjna przygotowana przez prof. Witolda Kieżuna z jednej strony pozwoliła Gierkowi przeorganizować aparat władzy, zmniejszyć nieco siłę sekretarzy wojewódzkich i przewietrzyć struktury, z drugiej zaś po prostu wyraźnie wspomogła proces urbanizacji Polski. Wiele wskazuje na to, że funkcjonalność tamtego podziału przewyższała wyraźnie przywrócone w latach 90. powiaty, których głównym pożytkiem jest pewna ilość synekur dla lokalnych polityków i posad w administracji. W kraju bez historycznych wielkich miast, w nowych ośrodkach wojewódzkich, na zaplanowanych przestrzennie osiedlach, w tanich mieszkaniach z płyty, ale o standardzie metrażowym zasadniczo lepszym niż dekadę wcześniej, mógł przynajmniej częściowo zamieszkać 3-mln wyż powojenny. W każdym takim ośrodku budowano centra sztuki, kultury i sportu na skalę zawstydzającą dzisiejszą Polskę, w której w rządowych dokumentach z zadowoleniem przyjmuje się hamowanie spadku uczestnictwa w kulturze wysokiej. Życie w miastach dużych - takich jak Warszawa - byłoby dziś niewyobrażalnym koszmarem bez inwestycji z lat 70. w rodzaju Wisłostrady i Trasy Łazienkowskiej. Wychowanie propaństwowe

Kolejnym powodem, dla którego można z pewnym podziwem patrzeć na epokę Gierka, jest dbałość o propaństwowe wychowanie . W latach 70. Władza komunistyczna regularnie odwoływała się do pojęcia narodu, ku przychylności prymasa Wyszyńskiego włączając w to akceptację dla polskiego katolicyzmu. Starano się wkomponować teraźniejszość Polski socjalistycznej w dawną historię, stąd np. obchody 200-lecia powstania KEN.

Rada do spraw Wychowania kierowana przez prof. Jana Szczepańskiego opracowywała strategię wychowania obywatelskiego dla szkół, próbując stworzyć nową formułę nowoczesnego (socjalistycznego) patriotyzmu pracy dla budowy "drugiej Polski". Była ta koncepcja łącząca tożsamość narodową z lojalnością wobec (socjalistycznego) państwa. O ile bowiem Polska Bieruta i Gomułki korzystała ze stworzonego przez historyków bliskich endecji mitu Polski piastowskiej, o tyle za Gierka nacisk kładziono na wychowanie w lojalności wobec instytucji państwa w duchu iście sanacyjnym. Cała strategia mogłaby się pewnie udać, gdyby nie podważył jej irytujący Polaków konstytucyjny hołd dla ZSRR w 1976 r.]

W 1971 roku, u progu "cudu gospodarczego", prof. Jan Szczepański pisał: "Odbudowa powojenna dokonała się w wyniku wysiłku emocjonalnego: silne motywacje i energia nagromadzona w czasie wojny pozwoliły na taką szybką odbudowę. Nawet w latach, gdy rozwój był ekstensywny, Polacy górowali nad innymi dzięki wysiłkowi i wzmożonej intensywności pracy. Jednak pod koniec lat 50. i w latach 60. Energie te się wyczerpały, na rynek pracy weszły nowe roczniki, o szybkości rozwoju zaczęły decydować: organizacja, sprawne działanie, wydajna praca, administracja zdolna do efektywnego rządzenia, kierownictwo z wyobraźnią twórczą, zasobem wiedzy pozwalającym na patrzenie daleko w przyszłość - wówczas to w Polsce coś zaczęło się załamywać i opadać". Ekipie Gierka ewidentnie nie udało się sprostać temu wyzwaniu, choć chyba nikomu nie udało się osiągnąć w PRL więcej. Co więcej, wcale nie jest oczywiste, że sprostała mu III RP, z jej żabią perspektywą rozwojową. Nie umiem się bowiem oprzeć wrażeniu, że diagnoza Szczepańskiego chyba równie dobrze mogłaby podsumować ostatnie dwudziestolecie.


__________________________________
Autor jest członkiem zarządu Instytutu Sobieskiego i redaktorem dwumiesięcznika "Arcana" Rzeczpospolita