Maksymilian Podstawski

Rozważania o biedzie w III RP i nie tylko

Motto:

Kapitalizm jest piramidą finansową, która
nieustannie przesuwa dzień swego krachu.

(Peter Sloterdijk)

 

Na całym świecie ubóstwem dotkniętych jest ok. 1,4 mld ludzi. ONZ szacuje, że w 2009 roku kryzys ekonomiczny pozbawił pracy co najmniej 50 mln ludzi na świecie, a dodatkowych 100 mln znalazło się poniżej granicy ubóstwa. Zmiany klimatyczne pogłębiają jeszcze ten problem. W tegorocznym przesłaniu ONZ czytamy, że w dobie światowych kryzysów nasza uwaga powinna koncentrować się szczególnie na najbiedniejszych i pozbawionych opieki. Dziś zwalczanie biedy jest obowiązkiem krajów członkowskich wynikającym ze złożonych obietnic, realizowanych mi.n. w ramach Milenijnych Celów Rozwoju. MCR to zobowiązanie 189 państw – i Polski także – przyjęte na szczycie ONZ w 2000 r. Cele te są następujące:

1. Wyeliminowanie skrajnego ubóstwa i głodu
2. Zapewnienie powszechnego wykształcenia na poziomie podstawowym
3. Promowanie równości płci i awansu społecznego kobiet
4. Ograniczenie umieralności dzieci
5. Poprawienie opieki lekarskiej nad matkami
6. Ograniczenie rozprzestrzeniania się HIV/AIDS, malarii i innych chorób
7. Stosowanie zrównoważonych metod gospodarzenia zasobami naturalnymi
8. Stworzenie globalnego partnerskiego porozumienia na rzecz rozwoju.

Wszystkie te cele dotyczą zwalczania biedy w krajach nierozwiniętych. Szczególne i podstawowe znaczenie miał i ma nadal punkt 1. dotyczący walki z biedą. (Na szczycie ONZ przyjęli go przedstawiciele różnych państw, reprezentujący rozmaite ideologie, wyznający różne religie. Takie porozumienie w walce z biedą, ponad podziałami, powinno być możliwe także w naszym kraju). Społeczność międzynarodowa zobowiązała się wówczas zmniejszyć o połowę proporcję głodujących w stosunku do liczby ludności świata do 2015 r. Nic nie wskazuje na to, że cel ten zostanie osiągnięty. Wręcz przeciwnie, problem jeszcze się pogłębia. Jak wynika z szacunków konferencji NZ ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD), od 2000 r. poziom niedożywienia w krajach nierozwiniętych stale wzrasta. Dzienna konsumpcja żywności liczona w kaloriach na jednego mieszkańca spadła z 2 390 kcal w 2004 r. do 2 215 kcal w 2006 r., a w latach 2007-2008 uległa prawdopodobnie dalszemu pogorszeniu. Klęska głodu na świecie pogłębia się, mimo rosnących światowych rezerw zbóż (ryżu, kukurydzy i pszenicy). Obecny poziom produkcji żywności wystarczyłby na wykarmienie populacji trzykrotnie liczniejszej niż ta, która obecnie zamieszkuje naszą planetę (mimo, że obszar powierzchni uprawnych nie wzrasta). Winą za tę sytuację należy obarczyć nieskuteczny system dystrybucji żywności oparty na całkowitym urynkowieniu jej produkcji i handlu. Liberalizacja pozwoliła koncernom opanować rynki rolne i narzucić rolnikom w krajach nierozwiniętych globalne ceny. Politykę krajów rozwiniętych wobec krajów nierozwiniętych cechuje w wielu dziedzinach brak spójności. Unia Europejska na tym tle wygląda nie najgorzej, ale “waha”się np. między chęcią wspierania własnego handlu a zaangażowaniem na rzecz rozwoju w krajach nierozwiniętych. Tak jak wszystkie kraje rozwinięte, UE prowadzi politykę pozwalającą zalewać rynki biednych krajów produktami rolnymi i innymi. Wiele z tych produktów jest subwencjonowanych.. Wcale nie lepsza wobec tych krajów pod tym względem jest polityka Chin. W ten sposób podcinane są możliwości rozwojowe krajów nierozwiniętych. Na domiar złego, w dobie kryzysu kraje nierozwinięte pozostawione zostały same sobie. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać; według niepełnych jeszcze danych FAO, liczba ludności świata cierpiącej na niedożywienie wrosła znacznie w 2009 r. w stosunku do roku ubiegłego. W roku 2009 liczba głodujących wynosi: Bliski Wschód i Afryka Północna – 42 mln, wzrost o 13,5%, Czarna Afryka – 265 mln ( + 11,8%), Ameryka Łacińska i Wyspy Karaibskie – 53 mln (+12,8%), Region Azji i Pacyfiku – 642 mln (+10,5%). Zastanawiające przy tym, że liczba głodujących najwięcej procentowo wzrosła w krajach rozwiniętych – o 15%, do 15 mln. Niewątpliwie, rozmiary głodu są bez porównania większe w krajach nierozwiniętych i pomoc dla nich (doraźna jak obecnie i systemowa w przyszłości) jest jak najbardziej potrzebna. Nasuwa się jednak szereg pytań. Czy dotychczasowe metody walki z głodem na świecie mogłyby być bardziej skuteczne? Czy kapitalizm poradzi sobie kiedyś z tym problemem? Skoro w samych krajach rozwiniętych rozszerza się strefa głodu, to jak jest nadzieja, że znajdą one właściwe rozwiązania dla głodujących w najbiedniejszych krajach?

W Polsce istnieje Krajowy Program Wdrażania Europejskiego Roku Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym – 2010. Polskim strategicznym dokumentem wyznaczającym cele do osiągnięcia w perspektywie średniookresowej jest Narodowa Strategia Integracji Społecznej (NSIS) przyjęta na lata 2005-2010. W lutym 2010 odbyć się ma w Warszawie konferencja otwierająca Europejski Rok Walki z Ubóstwem. Imprezy związane z Rokiem zapowiadają się bardzo bogato. W Programie duży nacisk położony jest na kampanię medialną, która rozpocząć się ma w kwietniu 2010. Wśród wydarzeń 2010 r. ważne miejsce zajmuje 17 października, jako corocznie obchodzony Międzynarodowy Dzień Walki z Ubóstwem. Początek ustanowienia tego dnia Dniem Walki z Ubóstwem wiąże się z wiecem jaki miał miejsce dnia 17 października 1987 roku z udziałem ok. 100 tys. ludzi na paryskim placu Trocadéro, gdzie wcześniej podpisana została Powszechna Deklaracja Praw Człowieka. Wiec zwołany został w proteście przeciwko ubóstwo na apel Ojca Józefa Wrzesińskiego (1917 – 1987, ojciec Polak, matka Hiszpanka). Od roku 1987 z inicjatywy Międzynarodowego Ruchu ATD Czwarty Świat organizacje pozarządowe w wielu krajach obchodziły w dniu 17 października Światowy Dzień Sprzeciwu Wobec Nędzy. W 1992 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ postanowiło ogłosić ten dzień Międzynarodowym Dniem Walki z Ubóstwem. Od 2007 r. dzień ten obchodzony jest w Polsce pod patronatem Rzecznika Praw Obywatelskich. A o jeden dzień wcześniej, bo 16 października obchodzony jest Światowy Dzień Żywności, który proklamowany został w 1979 r. przez FAO – Organizację NZ ds. Wyżywienia i Rolnictwa. Organizowanie tego dnia obchodów Światowego Dnia Żywności poparło w roku 1980 Zgromadzenie Ogólne ONZ. ATD Czwarty Świat jest międzynarodowym ruchem, stawiającym sobie za cel walkę z nędzą i wykluczeniem społecznym. Jest on otwarty na wszelkie przekonania religijne i polityczne. Posiada status konsultacyjne przy UNICEF, UNESCO, ONZ i Radzie Europy. Działający także w Polsce i nawiązujący do idei Ojca Wrzesińskiego Ruch ATD apeluje, aby Polska ratyfikowała w roku 2010 zrewidowaną Europejską Kartę Społeczną. Ruch pragnie utworzenia dialogu społecznego, którego celem będzie dołączenie Polski do 25 krajów Unii, które już ratyfikowały zrewidowaną Europejską Kartę Społeczną Rady Europy oraz do 14 krajów, które zaakceptowały procedury skarg zbiorowych. W Apelu Kieleckim ogłoszonym przez Ruch ATD 17.10. 2008 r. czytamy: “Uważamy, że ratyfikacja Karty będzie miała duże znaczenie dla wszystkich polskich obywateli. Uznaje ona bowiem prawa dotyczące mieszkania, zdrowia, edukacji i stosownej pracy. Mówi o szczęśliwym rozwoju naszych dzieci. Wzywa do ochrony nas przed dyskryminacją, wykluczeniem, biedą. Każdemu przyznaje wolność, o którą tak usilnie w Polsce walczyliśmy”. Co szczególnie zastanawia to fakt, że Polska nie ratyfikowała w pełni Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej, podczas gdy katolicki Ruch ATD Czwarty Świat opowiada się za jej pełną ratyfikacją. Ruch opowiada się za kształtowaniem takiego podejścia do walki ze skrajnym ubóstwem, które nie opiera się na pomocy i dobroczynności, ale na przestrzeganie Praw Człowieka, i “którego potwierdzeniem byłaby ratyfikacja przez Polskę Karty Praw Podstawowych UE oraz fundamentalnych dokumentów opracowanych przez Radę Europy, zwłaszcza zrewidowanej Europejskiej Karty Społecznej.” Warto przy okazji zauważyć, że z wyjątkiem problematyki rodziny i seksu, poglądy przeważające w Kościele katolickim odnośnie walki z biedą są zbieżne z poglądami artykułowanym przez lewicę w Polsce, tę parlamentarną, jak i pozaparlamentarną. To dzięki m.in. ideom Ojca J. Wrzesińskiego i działalności Ruchu ATD Czwarty Świat, Kościół katolicki zajmuje w świecie ważne miejsce w walce z biedą. Podnoszone są jednak obecnie zarzuty, że po opublikowaniu w dniu 7 lipca 2009 r. społecznej encykliki Benedykta XVI w Polsce (i nie tylko w Polsce) zapadła cisza. Encyklika “Caritas in veritate” okazała się zaskakująco radykalna. Papież skrytykował w niej neoliberalny model kapitalizmu, przyłączając się do wszystkich tych, którzy domagają się jego zasadniczej rewizji i do przemyślenia na nowo społeczno-ekonomicznych fundamentów kapitalistycznego świata. Czy jednak argumenty papieża nie pozostaną przysłowiowym wołaniem na puszczy. Zadawane jest pytanie, także przez polskich publicystów katolickich, czy nasz kościół zaniemówił bo właściwie “bliższa jest mu współczesna wersja kapitalizmu, w której czuje się jak ryba w wodzie, niż społeczna ewangelia Jezusa Chrystusa?”. Papież dołączył w swej diagnozie do wszystkich, od lewa do prawa, znanych i mniej znanych, ale coraz liczniejszych krytyków neoliberalnej ideologii. Bowiem celem neoliberalnego rynku nie jest człowiek, lecz zysk. W tak funkcjonującym rynku człowiek, inaczej niż dla Kościoła, jest tylko balastem, którego należy się pozbyć. Sfery bezpieczeństwa socjalnego ulegają redukcji ze względu na poszukiwanie większych korzyści. Papież stwierdza w swej encyklice, że nie wystarczy sam postęp ekonomiczny. Czy nie jest to jednak tylko kościelne moralizowanie i czy nie czeka go nieuchronna porażka? W jakim stopniu to kazanie i wezwanie do poprawy może wpłynąć na zmianę świata? Podobnie jak Paweł VI w encyklice “Populorum progressio” (1967 r.), Benedykt XVI wierzy w postęp ludzkości. Jednak zdaniem Jarosława Makowskiego przesłanie jakie płynie z tekstu Benedykta XVI to wniosek, który nie jest optymistyczny; świat zamiast wzrastać, karleje, a postęp jest iluzoryczny. Potrzebne jest więc nowe myślenie, w którym będzie więcej miejsca dla solidarności międzyludzkiej, a mniej dla marginalizacji. Pozorowana walka z kryzysem oznacza, że najgorsze jeszcze przed nami. Z kolei wybitny włoski filozof Gianni Vattimo w swej krytyce idzie zdecydowanie dalej twierdząc, że Kościół nie ma zamiaru zająć się na serio problemem biedy i sprawiedliwości. Papież – jego zdaniem – przedstawia się jako obrońca biednych, ale Kościół sprzyja neoliberalizmowi, bo jego związki z kapitalizmem są zbyt mocne, by myśleć o forsowaniu radykalnych postulatów społecznych. Zamiast tego woli skupiać się na problemach moralności seksualnej, podczas gdy wierni (a G. Vattimo jest jednym z nich) oczekują od Kościoła autentycznych gestów solidarności z biednymi i pokrzywdzonymi. Postawienie seksu w samym centrum nauczania Kościoła to kolejny dowód na to, że nie zamierza on podjąć prawdziwych wyzwań współczesności. Chwila obecna to znakomity - wydawało by się – moment do rozpoczęcia wielkiej chrześcijańskiej odnowy, której niestety - zdaniem Vattimo – nic nie zapowiada. Vattimo zauważa, że ostatnie deklaracje Kościoła i encyklika “Caritas in veritate” krytykująca neoliberalny rynek sprawiły, że początkowo do religii katolickiej zbliżać się zaczęły osoby kojarzone dotąd z lewicą. Jednak bardzo szybko się rozczarowały. Zorientowały się bowiem, że Watykan, tak głośno mówiący o pomocy biednym, sam nie zamierza w istocie przestać być przyjacielem rynku.

Zastanawiające, że dramatyczna sytuacja w jakiej w rezultacie kryzysu znalazły się na całym świecie miliony ludzi nie prowadzi (na ogół) do “eksploatacji ich gniewu”, bo gniew, jak zauważa niemiecki filozof Peter Sloterdijk, utracił związek z nadzieją. “Prawie nikt nie wychodzi na ulicę”. Dziś złość jest wszechobecna, ale utraciła polityczne znaczenie. Wszyscy skarżą się na wszystkich, ale nic z tego nie wynika. Sloterdijk sądzi, że obecny kryzys nie jest początkiem narodzin jakiejś nowej, zdrowej formy globalnego kapitalizmu. Jedynym jego efektem może być kolejny kryzys. Współczesny kapitalizm pozbył się bowiem elementów, które decydowały w przeszłości o jego sukcesach; odebrał ludziom wartość pracy i wyparł z nich lęk przed nadmiernym zadłużeniem. Kiedyś dług był elementem mobilizującym i prawdziwym motorem gospodarki kapitalistycznej, mobilizującym do innowacji i niezmordowanej pracy. Dziś długiem nikt się nie przejmuje, a dawny kapitalistyczny etos pracy wywołuje tylko pusty śmiech. Czy taki świat osiągnie kiedyś równowagę? Zdaniem Sloterdijka nie ma też sensu przeceniać znaczenia neoliberalizmu, który był raczej powierzchowną modą towarzyszącą głębszej ewolucji; od ponad pół wieku nie żyjemy wcale w kapitalizmie. Od końca II wojny obserwujemy nieustanną ofensywę zachodniego etatyzmu. Kryzys zmusił państwa – rzekomo neoliberalne – do wyjawienia swej kryptosocjalistycznej natury. Na frywolności neoliberalizmu i bezmyślne zaciąganie długów można sobie pozwolić jedynie wówczas, “gdy w tle mamy bezpieczeństwo gwarantowane przez państwo i inne instytucje życia zbiorowego”. Ostatecznie można zdewaluować własną walutę. Pół żartem, ale bardziej serio, Sloterdijk ironizuje, że jedynym sposobem wyjścia ze spirali kryzysów jest budowa globalnego systemu neofeudalnego, w którym nieliczna grupa superbogaczy bierze pod opiekę resztę populacji, w zamian za określone przywileje. Trzeba przyznać, że taka perspektywa nie sprzyja nadziejom na udaną walkę z biedą, jakkolwiek Sloterdijk pociesza nas i uważa, iż Polacy dadzą sobie radę z obecnym kryzysem, gdyż posiadają “zdrowy instynkt sukcesu i sporą dawkę "zdrowego rozsądku".

O wiele więcej optymizmu co do możliwości wyjścia z biedy (i kryzysu) daje natomiast lektura poglądów ekonomisty, filozofa i laureata nagrody Nobla z 1998 roku Amartya Sena, który nie podważa na szczęście naszej wiary w demokrację i twierdzi, że fundamentem gospodarczej stabilności są demokratyczne instytucje. Zauważa on, że ogólny związek między wzrostem gospodarczym a eliminacją biedy jest, generalnie rzecz biorąc, potwierdzony. Przy czym o ile prawdą jest, że niektórym krajom niedemokratycznym udaje się z powodzeniem osiągać sukcesy gospodarcze, to o rozwoju nie decyduje tylko wskaźnik PKB, ale także takie elementy jak jakość życia, poziom bezpieczeństwa czy zakres wolności. Ważne jest, aby w sprawach biedy możliwa była debata publiczna lub parlamentarna, którą zapewnia demokracja, a nie zawsze reżimy niedemokratyczne.

Wracając do polskich spraw. W Polsce trzeba by bardzo wierzyć w teorię neoliberalizmu, żeby nie zauważyć widocznych faktów, które ją obalają. Nasz demokratyczny system, z publiczną krytyką i presją parlamentarną nie powinien zapominać o rozmiarach polskiej biedy. Regularne wybory, partie opozycyjne, wolność słowa – to wszystko, idąc śladami myśli A. Sena – sprzyjać powinno w Polsce publicznej debacie na ten temat, a jednak nie sprzyja. Źle jest z dotychczasowym zainteresowaniem tą problematyką samych polityków i mediów. Wydaje się jednak, że będzie coraz lepiej; w Roku Walki z Ubóstwem media i politycy będą musieli poruszać te sprawy coraz częściej. Sprzyjać temu będą także kolejne kampanie wyborcze: samorządowa, prezydencka i parlamentarna. Odsetek ludności zagrożonej biedą jest w Polsce bardzo wysoki. Najczęściej nie głosują oni jednak przeciwko sytuacji w jakiej się znaleźli. Często nie biorą udziału w wyborach, a głosując popierają niekiedy partie, które czynią niewiele, by ulżyć ich doli. A. Sen wskazuje, posługując się przykładem z Indii, że “jednym z niepoślednich osiągnięć demokracji jest zdolność zainteresowania niedolą innych”. Duże znaczenie ma tu informacyjna funkcja demokracji. Brak swobodnego obiegu informacji sprawia, że władza sama wprowadza się w błąd i zaczyna wierzyć we własną propagandę. Dlatego prawdziwa demokracja sama z siebie sprzyja rozwojowi społecznemu i gospodarczemu; zwraca publiczną uwagę na zagrożenia socjalne i ekonomiczne. Oczywiście, zarówno w systemie demokratycznym, jak i autorytarnym, rozwojowi gospodarczemu sprzyja już sam klimat przyjazny przedsiębiorczości. Trudno jednak nie dojść zgodnie do końcowego wniosku, że wyniki gospodarcze, możliwości społeczne, zainteresowanie biedą polityków, debata publiczna i media otwarte na te sprawy, są ze sobą głęboko powiązane. Pozostanie sprawą dyskusyjną czy bieda w Polsce ma charakter “większościowy” czy “mniejszościowy”. Czy cierpi na nią większość, czy mniejszość społeczeństwa? W każdym razie w prawdziwej demokracji decyduje co prawda większość, ale też prawdziwa demokracja włącza prawa mniejszości w zasadniczą strukturę tego ustroju. O biedzie nie należy więc zapominać. Demokracja nie może być postrzegana wyłącznie przez pryzmat urny wyborczej i rządów mniej lub bardziej sytej większości. W Polsce brakuje szerokiej debaty publicznej na temat biedy. Narastają procesy rozwarstwienia i wykluczenia, a nasze media zwracają się często do nieistniejącego w rzeczywistości społeczeństwa. Społeczeństwa ze świata reklam i wirtualnej, oficjalnej propagandy. Jakość życia w Polsce jest marna. Rozwarstwienie można liczyć różnymi wskaźnikami. Jednym z nich jest wskaźnik Piniego, który w Polsce jest znacznie wyższy od średniej w starej Unii (0,25), bo wynosi 0,36. Jakość życia to też warunki pracy, to warunki mieszkaniowe, ¾ Polaków nie korzysta z urlopów wypoczynkowych, bardzo wielu z nich zmuszonych jest do pracy w dni ustawowo wolne od pracy. Jakoœę æycia to dostźpnoœę, lub jej brak, do opieki medycznej. W Polsce najwiźcej biednych mieszka na wsi i w małych miasteczkach. W 2007 roku stopa ubóstwa skrajnego wynosiła w miastach 4,1%, a na wsi ponad dwukrotnie więcej – 10,5%. 10,4% mieszkańców miast żyło na poziomie uprawniającym do ubiegania się o pomoc społeczną, czyli w umiarkowanym ubóstwie, gdy na wsi takich osób było 21,9%. W ostatnich latach nastąpiła poprawa warunków życia rolników (wdrożenie programów unijnych oraz częściowe otwarcie europejskiego rynku pracy). Nadal jednak 10% osób z gospodarstw rolniczych żyje poniżej minimum egzystencji. O ile niektóre badania pokazują wzrastającą łatwość wychodzenia z biedy, istotnym problemem społecznym pozostaje problem tzw. biedy ciągłej, utrwalanej, a przy tym głębokiej. Do biedy skrajnej, trwałej i głębokiej zalicza się trudny problem bezdomności. Odrębnym problemem jest kwestia dziedziczenia ubóstwa; młodzi ludzie pochodzący z rodzin żyjących w ubóstwie mają utrudniony start w dorosłe życie. Pojawiło się zjawisko feminizacji procesu dziedziczenia ubóstwa; córki z biednych rodzin są bardziej niż synowie narażeni na dziedziczenie biedy. Ważną, negatywną rolę odgrywa w tym przypadku brak edukacji i kwalifikacji zawodowych. Ma miejsce także regionalizacja ubóstwa. Polska “nowa bieda” ma związek z transformacją gospodarki w kierunku rynkowym i wystąpiła na tradycyjnie ubogich obszarach południowo-wschodniej i wschodniej Polski, w niektórych rejonach Polski centralnej oraz na terenach szczególnie wysokiego bezrobocia. Nie wszystkie jednak mierniki rozwoju w jednoznaczny sposób dzielą Polskę na stosunkowo zamożny, zurbanizowany i szybko rozwijający się zachód i tradycyjny, nienadążający za zmianami wschód. Wyraźnie widoczny jest na przykład popyt na edukację na wschodzie Polski, gdzie następuje największy przyrost odsetka ludności z wyższym wykształceniem. Ponadto na tym obszarze przeciętne wyniki edukacyjne są wyższe niż w pozostałych regionach. Dotyczy to zwłaszcza osiągnięć w naukach ścisłych i przyrodniczych. Wyrównywanie nierówności regionalnych jest jednym z priorytetów polityki unijnej, prowadzonej także w Polsce. Obok regionalnego ubóstwa, istnieją skupiska ubóstwa w miastach, dzielnicach i wsiach.

Obecnie w Polsce 15% społeczeństwa ma już wyższe wykształcenie. Za kilkanaście lat ta liczba może zostać podwojona. Nie wszyscy młodzi, zdolni, wykształceni ludzie zajmą kierownicze i najlepiej płatne stanowiska w bankach, przedsiębiorstwach czy w administracji. Nie wszystkim też uda się założyć prosperujące, własne firmy. Równocześnie wielu młodym, zdolnym, ale biednym osobom nie uda się dostać na studia. Nie oni więc będą mieli wpływ na bieg wydarzeń w kraju. Jednak sytuacja większości absolwentów wyższych uczelni, tych z bardziej zamożnych domów też, nie będzie zbyt różowa. Może się okazać, że to oni dążyć będą do zmian w systemie społeczno-gospodarczym, także w imieniu warstw pokrzywdzonych. Bywało tak już wielokrotnie w przeszłości, że liderami pokrzywdzonych stawali się przedstawiciele warstw zamożnych i wykształconych, co nie zawsze kończyło się happy endem. Większość absolwentów wyższych uczelni, szczególnie niepublicznych, ma problemy na rynku pracy. Tak np. od roku nie znalazło żadnej pracy 22 tys. świeżo upieczonych absolwentów wyższych uczelni. Natomiast największy spadek bezrobocia odnotowuje się w grupie pracowników legitymujących się wykształceniem zawodowym (dane za lata 2002-2008). Socjolog Krystyna Szafraniec (członek Rady Programowej Polskiego Forum Obywatelskiego) uważa, że masowa konsumpcja wyższego wykształcenia nie znajduje swego wyrazu w karierze zawodowej. Zjawisko kolektywnego awansu, charakterystyczne dla minionych dekad, zaczyna być zastępowane przez zjawisko kolektywnej degradacji. Uczelnie obdarowują często młodzież dyplomami będącymi biletami donikąd. W polityce problem młodzieży istnieje jako element gry przedwyborczej, a po wyborach chodzi już o co innego; toczy się walka o ideologię narodową, interpretację historii lub o zaangażowanie państwa w tropieniu układów. Młodzi są już wtedy we własnym społeczeństwie kłopotliwi i zbędni. Przyjmują jednak wyzwanie i zamiast buntować się, starają się włączyć w główny nurt życia społecznego. Wielu z nich nie radzi sobie z kulturową presją na osiąganie sukcesu. Dlatego kondycja psychiczna młodzieży jest coraz gorsza, bo reguły gry, jakie narzuca współczesność są bardzo surowe; “bądź przebojowy, zarabiaj pieniądze, ścigaj się, rób karierę. I wyglądaj jak Brad Pitt lub Jennifer Lopez”. Polska młodzież, która tak dużo obiecywała sobie po zmianach transformacyjnych otrzymała od nich wątpliwej jakości prezent.

Transformacja ustrojowa spowodowała zwiększenie nierówności i rozwarstwienie społeczne, powstały bieguny bogactwa i biedy. W Polsce mamy jedne z najwyższych w Europie nierówności dochodowe. 10% najlepiej uposażonych Polaków zarabia 14-krotnie więcej, niż 10% wynagradzanych najsłabiej. Inne porównania dają podobny, skłaniający do pesymizmu obraz. W ciągu 20 lat transformacji nastąpił bardzo istotny proces dywersyfikacji, w różnych formach, także kulturowej, różnicującej społeczeństwo i budującej kilkuprocentową, bardzo widocznie uprzywilejowaną warstwę. Mimo, że PKB w Polsce zwiększyło się w tym czasie prawie o połowę, to liczba biednych ludzi zwiększyła się trzykrotnie. Posługujemy się tu stosunkiem dochodów na jedną osobę w grupie decylowej najniżej sytuowanych do grupy decylowej z najwyższej grupy. (Decyl oznacza 10% całości populacji). Stosunek dochodów najniższych do dochodów z grupy najwyższych w 2007 roku wynosił w Polsce 11,5. W krajach skandynawskich i w Niemczech wskaźnik ten wynosi ok. 6, a w Japonii nawet 4,5. (W USA – 16). W rezultacie przeprowadzonej w Polsce prywatyzacji uwidoczniła się koncentracja własności w rękach wybranych grup, których liczebność ocenia się na 10-15 % populacji. Uwłaszczenie nie oznaczało dostępu do sprywatyzowanego majątku dla szerokich rzesz. Najwyższe zróżnicowanie dochodów nastąpiło w rolnictwie, gdzie wskaźnik decylowy wynosił w 2007 r. aż 49. Nierówność społeczna w Polsce ujawnia się z całą siłą, gdy spojrzymy na egzystencję osób znajdujących się na dole drabiny społecznej. Dochód dla 12 % ludności, to jest 4,6 mln osób kształtował się na poziomie zapewniającym tylko minimum egzystencji, a w skrajnych przypadkach poniżej tego minimum, zagrażając elementarnym potrzebom przeżycia. Dane mówią, że dalsze 7 mln Polaków znalazło się w strefie nieznacznie przekraczającą urzędową granicę ubóstwa.

Badania socjologiczne pokolenia urodzonego po 1989 roku dowodzą, że młodzi Polacy nie buntują się przeciwko poglądom neoliberalnym propagowanym w mediach. Dominacja światopoglądu neoliberalnego jest wśród nich znacznie powszechniejsza niż wśród rodziców i dziadków. Wynika to z neoliberalnej hegemonii w mediach. W dobie aktualnego kryzysu młodzież się raczej nie zbuntuje. Na tym etapie, na razie, zaspokoić pragnie swe potrzeby materialne. Dopiero gdy ludzie mają pełne żołądki zaczynają myśleć o wyższych wartościach, o ideach i wpływie na władzę. Wówczas odważą się powiedzieć, tak jak niegdyś, że “media kłamią”. Wszelkie obecne młodzieżowe ruchy antyneoliberalne mają charakter niszowy. Udział w nich biorą dzieci społecznej elity. Co prawda z każdym rokiem nisza ta się powiększa. Gwałtowna radykalizacja poglądów młodzieży nastąpić może jednak w najbliższej przyszłości, dopiero po dojściu na rynek pracy doskonale wykształconego pokolenia obecnych gimnazjalistów i licealistów. Trudno będzie w kryzysowych warunkach przekonać tych młodych ludzi, że system neoliberalny jest najdoskonalszym ze wszystkich systemów. Ponieważ neoliberalizm przemawia do indywidualistycznego (często wręcz egoistycznego) systemu wartości, więc argumentem przeciwko neoliberalizmowi będzie apel do indywidualnych korzyści wynikających z socjalnego modelu państwa. Do grona niezadowolonych młodych i wykształconych dołączy prawdopodobnie także wielu rozczarowanych entuzjastów rozwiązań neoliberalnych w różnych grupach wiekowych, a także poważna część kolejnych absolwentów wyższych uczelni. Młodzi ludzie spełniają wszystko, czego system od nich oczekuje, a otrzymują w zamian niewiele. Polskie społeczeństwo nie jest być może lewicowe, ale na pewno naszymi ważnymi wartościami – mimo ekspansji neoliberalizmu – są w duże mierze nadal: egalitaryzm oraz idea solidarności społecznej. Jest w każdym razie mało prawdopodobne, aby udało się neoliberałom zaaplikować przerażonemu społeczeństwu, w nieuniknionym apogeum kryzysu, terapii szokowej, czyli swych projektów modernizacyjnych. Momentem przełomowym mają być wybory prezydenckie w 2010 roku. Przedstawiciel Platformy Obywatelskiej, Janusz Lewandowski, w wywiadzie dla “Europy” stwierdził, że partia ta “wsparta funduszami unijnymi, uwolniona od prezydenckiego weta będzie mogła pozwolić sobie na wszelkie projekty modernizacyjne”. (Z realizacją tych neoliberalnych projektów modernizacyjnych mogą być “kłopoty” w Roku Walki z Ubóstwem. Może się okazać, że modernizację przeprowadzi już ktoś inny, a i sama modernizacja polegać będzie na czymś zupełnie innym; m.in. na pochyleniu się nad problemami ubogich. M.P.)

Tempo wzrostu PKB oraz wielkość PKB przypadająca na jednego mieszkańca nie jest doskonałą miarą dobrobytu narodowego, gdyż nie uwzględnia koncentracji bogactwa, a w rezultacie nie pokazuje biedy szerokich rzesz społeczeństwa. Ma jednak tę zaletę, że pozwala dzięki statystyce dokonywać porównań (czy do końca trafnych, można wątpić) dotyczących wielu krajów. Nie jest zapewne przypadkiem, że większe spadki PKB w okresie dekoniunktury gospodarczej przeżywają w Europie Środkowej kraje małe. Polska jako kraj dość duży kreuje spory popyt wewnętrzny i ma szansę na utrzymanie w miarę stałej przewagi eksportu nad importem. Dystans polskiej gospodarki od unijnej zmniejsza się jednak bardzo powoli. Profesor Hanna Kuzińska obliczyła, że gdyby Polska w dalszym ciągu rozwijała się w średniorocznym tempie 4,2%, a Niemcy w tempie 1,5%, to poziom PKB na jednego mieszkańca ten sam co Niemcy osiągnęlibyśmy dopiero w 2036 r. Polska polityka ekonomiczna, choć uczyniła przeciętnego Polaka bardziej zamożnym, w statystykach dotyczących PKB na mieszkańca nie doprowadziła do przesunięcia z 25 miejsca w UE na wyższą pozycję. Średnioroczny wzrost gospodarczy w latach 1999-2008 w wysokości 4,2 % był za wolny, by Polska doścignęła inne kraje. Polska może jeszcze długo próbować doganiać inne kraje UE, jeżeli nie zacznie budować gospodarki opartej na wiedzy i wdrażać nowe technologie. Przy znanych osiągnięciach ekonomicznych (relatywnie niska inflacja, utrzymanie stopy bezrobocia na dość niskim poziomie), mamy w Polsce do czynienia z wyjątkowo niepokojącymi procesami i zjawiskami społecznymi. Według miary stosowanej przez Eurostat, pokazującej odsetek dochodów uzyskiwanych przez 20% populacji, wskaźnik rozwarstwienia dochodowego w Polsce wynosił w 2007 r. 5,3% i należał do wyższych w UE. Wyższe wskaźniki rozwarstwienia dochodowego miały tylko Litwa – 5,9%, Łotwa – 6,3%, Estonia – 5,5% i Portugalia – 6,5%. Taki sam jak w Polsce wskaźnik rozwarstwienia wykazała natomiast Rumunia. Wynika stąd, że środkowoeuropejskie kraje transformujące gospodarkę radzą sobie przeważnie gorzej, niż stare kraje Unii, z osiąganiem właściwych relacji społecznych. Najbardziej zaniedbanym obszarem aktywności państwa jest w Polsce polityka społeczna. Oprócz rozwarstwienia dochodowego, dowodzi tego także niezadowalająca dostępność do usług medycznych, duży obszar ubóstwa, biedy i wykluczenia społecznego, nieskuteczne wyrównywanie szans edukacyjnych, brak ofert aktywizujących młode matki czy “w pełni sprawnych” emerytów.

Thorstein Veblen (1857-1929), autor “Teorii klasy próżniaczej”, “Teorii przedsiębiorstwa” oraz innych prac naukowych starał się w sposób ironiczny wyjaśnić dlaczego w społeczeństwie zróżnicowanym klasowo nie następuje oczekiwana rewolucja. Otóż “w interesie przedstawicieli klasy pracującej nie leży ustanowienie własnej władzy i równości, tylko zajęcie pozycji wyzyskiwaczy, a przynajmniej upodobnienie się do nich. Robotnik zostaje wychowany w duchu pogardy dla własnego zajęcia, dlatego nie czyni nic dla poprawy własnego losu jako robotnika – dążenie do “próżniactwa” przenika bowiem każdy nerw społeczeństwa”. Pogląd to ciekawy, lecz nie zawsze trafny, bo rewolucje jednak wybuchają. Prawdziwe jest natomiast spostrzeżenie Veblena, że aby umacniała się pozycja wysokich klas konieczne jest utrwalenie wśród reszty społeczeństwa pewnych poglądów, czy przesądów, dzięki którym nic nie powinno zagrozić zmianie sytuacji. Klasie próżniaczej potrzebne jest przekonanie większości społeczeństwa, że tak jak jest, być powinno. Większość Polaków skłonna jest winić za swe niepowodzenia siebie, a nie system, pracodawców czy politykę państwa. Biedni Polacy utożsamiają się z najbogatszymi, bo tego ich nauczono. Dlatego w swej masie sprzeciwiają się opodatkowaniu najbogatszych, być może w przekonaniu, że sami będą kiedyś bogaczami. Trudno odbierać im tę wiarę i powiedzieć wprost, że “króliczka” nigdy nie dogonią. W panującym w Polsce kapitalizmie z szacunku dla pracy, szczególnie tej fizycznej, pozostało nie wiele, a ubóstwo zasługuje na pogardę, bo świadczy – w najlepszym przypadku - o niezaradności danej osoby. Słuszność dawnych obserwacji Veblena i obecnych Sloterdijka potwierdza chociażby nieuzasadniony szacunek i podziw dla naszych tzw. celebrytów, którzy przy dojść widocznej powszechnej nędzy zarabiają często miesięcznie kilkaset tysięcy złotych. Stanowią oni na pewno pod tym względem “niedościgły” wzór dla większości społeczeństwa. Osoby z pierwszych stron gazet, z radia, a zwłaszcza z telewizji uważa się na ogół za autorytety. Specjalną, uprzywilejowaną grupę stanowią dziennikarze telewizyjni, którzy – jako dobrze płatni - chętnie utrwalają wśród społeczeństwa powyższy wzorzec neoliberalnego społeczeństwa. Profesor Maria Szyszkowska uważa, że nie powinno się jednak poważnie traktować ich słów, wtedy gdy piszą i mówią to co opłacalne, a nie to co słuszne.

Aby zwalczyć polską biedę potrzebna jest zgoda wszystkich sił politycznych. W Polsce mamy jednak do czynienia ze zjawiskiem partiokracji, co oznacza upartyjnienie państwa, zanik myślenia w kategoriach państwa i triumf myślenia w kategoriach partyjnych. Propaństwowy punkt widzenia wydaje się być obecny w deklaracjach publicznych, a nieobecny w praktyce. Po wyborach, administracja państwa zostaje rozparcelowana pomiędzy partie rządzące. Często nie według klucza kompetencji, lecz według legitymacji partyjnych. Daje o o sobie znać lekceważenie istniejącej przecież w Polsce (ponadpartyjnej) służby cywilnej. Najważniejszym celem partii politycznej przestaje być dobro państwa jako całości lecz klęska partii konkurencyjnej. Istotne znaczenie ma tu korupcyjny wpływ środowisk kapitałowych, właścicieli gazet (często zagranicznych), kanałów telewizyjnych, a często zwykłe “kolesiostwo” na decyzje polityczne, administracyjne i gospodarcze, demokratycznego przecież w gruncie rzeczy państwa. Wpływ ten jest na tyle duży, że można niekiedy postawić pytanie o podmiotowy charakter partii w państwie neoliberalnym. Działacze partyjni krytykują się nawzajem, często nawet wówczas, gdy wiedzą, że proponowana ustawa jest w interesie kraju; tylko dlatego, że projekt wnosi partia konkurencyjna. A gdy dochodzą do władzy, ich polityka nie różni się wiele od poprzedników. Ciekawym przykładem jest tutaj casus telewizji państwowej i abonamentu radiowo-telewizyjnego. W interesie państwa i polskiej kultury jest oczywiście utrzymanie abonamentu. Ludzie ociągają się jednak z jego opłacaniem. Nie tylko dlatego, że obiecano im zniesienie abonamentu, ale także dlatego, że nie podoba im się to, że za ich pieniądze wypłacane są kolejnym zwalnianym szefom niezwykle wysokie odprawy. Telewidzowie skarżą się na te praktyki na łamach gazet (prawicowych i lewicowych. Gazetom tym należy się pochwała za to, że głosy te publikują!), ale do polityków to nie dociera. Zmianie ulegają kolejne “polityczne” władze telewizji państwowej, a praktyka wypłacania niebotycznych odpraw trwa nadal. Teorie spiskowe nie wyjaśnią tu na pewno niczego, ale w takich sytuacjach demokracja nabiera cech iluzorycznych. Wygląda bowiem na to, że poza systemem demokracji parlamentarnej istnieją jakieś mityczne siły, które wbrew woli społeczeństwa “zawsze postawią na swoim”. Wiedza wyborców czerpana jest z mediów, których społeczeństwo nie kontroluje, a życiem politycznym usiłują kierować “finanse z tylnego siedzenia”. Polskie partie polityczne bronią się, jak się wydaje, przed takim uzależnieniem, należy im tylko szczerze życzyć – bez względu na ich zabarwienie polityczne - aby ta obrona okazała się skuteczna. Jeżeli bowiem zastanawiamy się w jaki sposób pokonać polską biedę, to na pewno mogą tego dokonać tylko wszystkie, zjednoczone siły polityczne i kościoły w Polsce i nikt nikomu w tej walce nie powinien przeszkadzać. W ostatecznym rozrachunku na biedzie nie korzysta nikt; biedny, przy pustej kieszeni i słabnących siłach fizycznych, nie uczestniczy bowiem w życiu politycznym (w religijnym coraz rzadziej) i nie bierze udziału w wyborach. Bieda natomiast ciągnie nasze społeczeństwo i państwo cywilizacyjnie w dół. Jeżeli z powodu biedy wybuchnie w Polsce kiedykolwiek jakaś epidemia (czego nikomu i sobie nie życzę), to najprawdopodobniej nastąpi to najpierw w siedliskach nędzy. Grube portfele mogą nie uchronić ich właścicieli przed chorobą!

Jak wynika z opublikowanego we wrześniu 2009 raportu Komisji Europejskiej, członkostwo w UE znacząco podniosło statystyczny standard życie w Polsce i innych nowych krajach Unii. Odsetek biednych w Polsce spadł jednak nieznacznie. Biedni są także wśród osób pracujących. Według raportu, w Polsce wskaźnik materialnego niedostatku wciąż należy do najwyższych w Europie i wynosi 38% (a 41% wœród osób powyæej 65 roku æycia). Gorzej jest tylko w Bu³garii (¾ spo³eczeństwa), Rumunii (ponad po³owa) i na £otwie (45%). Dane te pochodz¹ z 2007 r. i nie uwzglźdniaj¹ obecnego kryzysu gospodarczego i jego konsekwencji (np. rosn¹cego bezrobocia). Komisja Europejska od materialnego niedostatku odróżnia w statystykach biedę, która dotyka osoby o dochodach mniejszych niż 60% przeciętnego wynagrodzenia w danym kraju. KE zauważa, iż dochody poniżej progu ubóstwa uniemożliwiają pełny udział w życiu społecznym, gospodarczym i kulturalnym. (To dlatego tak mało osób w Polsce głosuje!) W latach 2005-2007 wskaźnik biedy w nowych krajach Unii spadł z 17 do 15%, natomiast wzrósł w starych. W Polsce dotyczy to obecnie 17% populacji – tak samo jak średnio w całej Unii. W wielu krajach wskaźnik ten jest wyższy (W. Brytania, Irlandia, Włochy, Portugalia, Hiszpania) i to mimo uwzględnienia różnych zasiłków społecznych. Według KE bieda dotyka tylko 8% polskich 65 latków i osób starszych, podczas gdy w niektórych starych krajach UE wskaźnik ten sięga 20-30%. Ten zaskakująco wysoki statystycznie poziom życia w Polsce nie powinien jednak nikogo wprowadzić w błąd. Nie oddaje on bowiem istoty sprawy. Te dobre wskaźniki tłumaczy przede wszystkim średni poziom życia i zarobków w poszczególnych krajach. Przyjęto, że bieda w Polsce to dochód poniżej 175 euro miesięcznie dla jednoosobowego gospodarstwa (ok. 735 zł), a za sam czynsz w małym mieszkaniu spółdzielczym płaci się u nas (mogę nie być precyzyjny) ok. 400 zł miesięcznie. Dla porównania, limit w W. Brytanii, to w przeliczeniu – 1048 euro. Szczególnie niepokojące jest to, że jak wynika z raportu, najwyższe zarobki rosną w Unii szybciej niż średnia, co pogłębia nierówności społeczne. Głównym problemem pozostaje więc bieda utrzymująca się na stabilnym poziomie, mimo wzrostu gospodarczego. Inaczej mówiąc, biedni nie mają żadnych korzyści, lub niewielkie korzyści, ze wzrostu gospodarczego. Obserwujemy to także w Polsce. Dlatego KE apeluje do krajów członkowskich (a więc i do Polski) o modernizację polityki społecznej i aktywną politykę zatrudnienia – bo praca jest najlepszym sposobem walki z biedą i wykluczeniem społecznym (w Polsce jak widać przy niekiedy głodowych płacach, nie zawsze skutecznym). Mimo to spośród osób zagrożonych ubóstwem w UE aż 1/3 ma pracę. Oznacza to, że w całej Unii biedę cierpi 8% zatrudnionych. W Polsce odsetek ten sięga 12% i należy do najwyższych w Europie; dotyczy to przede wszystkim kobiet i osób młodych zatrudnionych w niepełnym wymiarze godzin lub na umowę na czas określony. Podobnie wysoki jest odsetek osób w wieku produkcyjnym, które mieszkają w rodzinach gdzie nikt nie pracuje – choć spadł on z 15% w 2005 r. do 11,6% w 2007 r. Raport głosi (co nie jest żadnym odkryciem), że obecny kryzys gospodarczy przyczyni się “prawdopodobnie” do wzrostu liczby rodzin, które muszą polegać wyłącznie na zasiłkach społecznych. Z raportu Komisji Europejskiej o sytuacji społecznej w UE wynika także, iż ponad 35% Polaków nie stać na posiłek zawierający mięso, drób lub ryby przynajmniej co drugi dzień. Gorsza pod tym względem sytuacja jest tylko na Słowacji (41%) i na Łotwie (37%). Według Światowej Organizacji Zdrowia, posiłek mięsny co dwa dni to jedna z podstawowych potrzeb współczesnego człowieka, a na taki sposób odżywiania nie stać także wielu osób, które zarabiają powyżej 60% przeciętnego krajowego wynagrodzenia. Te właśnie 60% średniego wynagrodzenia stanowi pułapkę biedy albo zagrożenie biedą. Inna sprawa, na którą zwraca uwagę raport to obserwacja, że w Polsce dzieci rodziców z wyższym wykształceniem mają 10 razy większą szansę na ukończenie wyższych studiów niż ich koledzy – dzieci rodziców z wykształceniem podstawowym. Dalsze utrzymywanie tego stanu w Polsce spowoduje, że bieda w naszym kraju przekazywana będzie z pokolenia na pokolenie, a to grozi utrwaleniem wykluczenia społecznego w kolejnych pokoleniach, a w skali kraju utrwalaniem się dużych nierówności społecznych (w Niemczech, Finlandii, W. Brytanii, Szwecji, Holandii, a nawet w Estonii te szanse są tylko 3 razy większe).

W naszym neoliberalnym światku indywidualnego sukcesu, biedny to na pewno nieudacznik. A bieda może być przecież wynikiem czynników niezależnych od człowieka. Państwo i naród – zauważa prof. Elżbieta Tarkowska - który boryka się z problemem malejącej dzietności, powinien pomagać rodzinom wielodzietnym, a nie pozostawiać je samym sobie. Ojciec Józef Wrzesiński, na którego francuskich doświadczeniach w pracy z biedą opiera się działająca w Polsce organizacja ATD Czwarty Świat uważał, że aby dowiedzieć się czym jest bieda, nie wystarczy wiedza akademicka, potrzebna jest również wiedza samych biednych na temat ich sytuacji i wiedza ludzi pracujących w tych środowiskach. Podstawą koncepcji Ojca Wrzesińskiego jest przekonanie o prawie biednych do podmiotowości, szacunku i godności. Najtrudniejsze przypadki to kobiety samotne, rodziny wielodzietne żyjące z zasiłków, bieda przedłużająca się i dziedziczna, skoncentrowana w pewnych regionach. Pozwolę sobie przytoczyć za profesor Elżbietą Tarkowską tekst Ryszarda Kapuścińskiego, który pisał o biedzie, że to nie tylko głód, brak środków do życia, ale również poniżenie: “Człowiek może być ubogi nie dlatego, że nic nie zjadł, ale dlatego, że jest nieszanowany, poniżany, lekceważony, pogardzany. Ubóstwo to stan społeczny i mentalny powodujący, że człowiek nie widzi wyjścia z sytuacji, w której się znalazł. Człowiek nie wie jak ze stanu ubóstwa przejść do stanu zamożności. Poświęcam temu dużo uwagi, bo cechą ubóstwa jest milczenie. Ubóstwo to stan niemożności wypowiedzenia się. Ludzie ubodzy nie mają głosu, nie są nigdzie szanowani, nie są tolerowani. Ktoś musi mówić w ich imieniu. To jest przyczyna, dla której o nich piszę”. Poczucie wyższości wobec biednych bierze się z kultury indywidualizmu, przekonania, że każdy jest odpowiedzialny za swoje życie, karierę, dzieci. Jeżeli jesteś biedny, to twoja winna. Coś z tobą nie tak. Kultura sukcesu nie dostrzega słabszych kobiet, niepełnosprawnych, mniejszości seksualnych, biednych. Trzy pierwsze grupy wywalczyły sobie prawa, które pozwalają im funkcjonować w społeczeństwie. Biedni są na samym końcu, to grupa nadal marginalizowana, lekceważona, pogardzana. Klasycznym przykładem marginalizacji i kompletnego wykluczenia są specjalne baraki poza miastem dla eksmitowanych. Inaczej traktują ubogich ci, którzy sami pochodzą ze środowiska biedy, oni ją rozumieją.

Z badań wynika, że polscy emeryci są podobno znacznie mnie zagrożeni ubóstwem niż Francuzi czy Irlandczycy. Pojęcie ubóstwa ma tu jednak charakter względny, odnosi się do poziomu zamożności każdego kraju z osobna. Dlatego nie oznacza to wcale, że starszym ludziom w Polsce żyje się lepiej niż np. we Francji. Emerytury w Polsce są niskie, ale rozkładają się na jedno, lub dwuosobowe gospodarstwa domowe, które nie mają na utrzymaniu dzieci lub ludzi niepracujących, lub nie otrzymujących żadnych świadczeń. To wystarczy, aby nie groziła im bieda. Przeciętnie rzecz biorąc osoby starsze są w Polsce dużo mniej zagrożone ubóstwem niż młode rodziny z dziećmi. Politycy postępują zgodnie z oczekiwaniami wyborców i dbają raczej o osoby starsze, którym oczywiście nie zawsze dobrze się żyje. Przeciętny polski emeryt cieszy się względnie wysoką emeryturą, jeżeli jest mężczyzną i nie pomaga niepracującym dzieciom, albo nie “dokłada” do ich nieudanych niekiedy “biznesów” (warunki dla prowadzenia przedsiębiorstw przez młodych ludzi powinny być zweryfikowane na ich korzyść). Emeryci z reguły finansują częściowo wychowanie wnuków. (Mamy w Polsce kilka partii oraz organizacji emerytów, a nie ma, z przyczyn oczywistych, partii reprezentujących dzieci i młodzież. Znacznie większym problemem niż ubóstwo starszych jest więc w Polsce ubóstwo dzieci i młodzieży, o czym się mówi jeszcze za mało). Biednymi są często kobiety w zaawansowanym wieku, bo żyją samotnie, bo już wychodząc za mąż są przeważnie młodsze od swych partnerów, a ich partnerzy, statystycznie rzecz biorąc, umierają kilka lat wcześniej. Poza tym Polki mają mniej więcej o 30% niższe emerytury niż mężczyźni, bo ich zarobki też były zazwyczaj mniejsze niż mężczyzn. A poza tym pracowały przeważnie krócej. Swoją na ogół niezłą sytuację polskie “starsze” nieco emerytki zawdzięczają PRL, gdyż – jak twierdzą niektórzy - “wyrzucono je wówczas do pracy”. Starszy system emerytalny traktował kobiety dość dobrze. Teraz w nowym systemie emerytalnym to się zmieni. Nowy system jest mniej korzystny dla osób mniej zarabiających i krócej pracujących. Jeżeli Polacy i Polki nie zaczną zdecydowanie później niż obecnie przechodzić na emeryturę, to będziemy mieli do czynienia z poważnym problemem biedy wśród osób starszych. Dobry przykład należy brać z większości krajów UE, gdzie ludzie późno, a nawet bardzo późno, kończą swą aktywność zawodową, łącząc pracę z emeryturą.

Polki wciąż mają problemy z powrotem do pracy po urodzeniu dziecka. Sytuacji nie zmieniła nawet tegoroczna nowelizacja kodeksu pracy. Dyskryminacja matek jest powszechna: są przesuwane na niższe stanowiska, pomijane w awansach albo szykanowane, gdy biorą zwolnienia na chore dziecko. Największą grupę wśród bezrobotnych stanowią właśnie młode kobiety, gdyż mają problemy z pogodzeniem pracy i macierzyństwa. Z danych GUS wynika, że w urzędach pracy zarejestrowanych jest aktualnie ok. 160 tys. młodych matek. Kodeks pracy i kampanie społeczne mają minimalny oddźwięk na pracodawców. Większość pracodawców – a wśród nich są przecież także kobiety - wciąż nie jest przyjazna dla młodych mam. Częściowym ratunkiem mogą być i niekiedy są unijne dotacje; coraz więcej młodych, przedsiębiorczych Polek po urodzeniu dziecka decyduje się na założenie własnej firmy. Szczycimy się, i słusznie, naszym sukcesem gospodarczym, ale jego źródłem jest nie tylko słaba złotówka (eksport) i niezaspokojony popyt wewnętrzny, ale przede wszystkim nieliczenie się z kosztami społecznymi. Tak jak przyrost naturalny zawdzięczamy najuboższej części społeczeństwa – rodzinom wielodzietnym, tak sukces gospodarczy i zamortyzowanie kryzysu zawdzięczamy tym, którzy od początku transformacji ustrojowej pracują ciężko, coraz wydajniej, aż do wyczerpania sił witalnych. Polacy mają najdłuższy czas pracy w Europie. Prawie połowa pracuje tygodniowo więcej niż ustawowe 42 godziny. To wydłużony czas pracy przyczynił się do tego, że wydajność w Polsce od początku transformacji rosła szybciej niż w innych krajach naszego regionu. Do dynamiki wzrostu przyczyniają się w znaczącym stopniu ci najbardziej wyzyskiwani – pracujący bez umowy, czyli na czarno, a jest ich od 15 do 21% siły roboczej (czyli ok. 5 mln). Pracownicy zmuszeni są do pracy nie tylko w wydłużonym czasie, ale za bardzo niskie wynagrodzenie. Tania siła robocza, przy jednym z najniższych poziomie uzwiązkowienia w Europie pozwala stawić czoła kryzysowi gospodarczemu, za cenę poważnego kryzysu społecznego. Notowany w Polsce wzrost gospodarczy ma charakter bez zatrudnieniowy i jest efektem wyzysku, a nie powstawania nowych miejsc pracy. Szacuje się, że do końca 2009 r. stopa bezrobocia wzrośnie i wyniesie 12%. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że bezrobotnych jest więcej, bo nie rejestrują się ci bezrobotni, którzy nie mają prawa do zasiłku (w regionach o wyższym bezrobociu wypłacanym od 6 do 12 miesięcy). Większość bezrobotnych bez prawa do zasiłku pracuje na czarno, żeby nie umrzeć z głodu i nie stracić dachu nad głową. Prognozę, że będzie wkrótce gorzej potwierdza obserwacja indeksu nędzy (ang. misery index). Index ten jest wskaźnikiem makroekonomicznym skonstruowanym przez amerykańskiego ekonomistę Arthura Okuna. Indeks ten powstaje poprzez zsumowanie stopy bezrobocia oraz rocznej stopy inflacji mierzonej wzrostem cen koszyka towarów konsumpcyjnych. Im wyższy indeks nędzy, tym gorszy stan gospodarki. I odwrotnie. W sierpniu 2009 r. wartość indeksu nędzy dla Polski wyniosła 12.0 (W USA w tym samym czasie indeks ten wynosił 8,2, a w strefie euro 8,8). Sierpniowy wskaźnik w Polsce niewiele różnił się od poprzednich wartości dla naszego kraju, dlatego społeczeństwo polskie nie odczuło jeszcze pogorszenia sytuacji gospodarczej. Analityk gospodarczy Krzysztof Kolany twierdzi, że bazując na czerwcowej projekcji NBP można założyć iż do końca 2009 roku indeks nędzy w Polsce będzie systematycznie rósł, stabilizując się zimą na poziomie 12,5. Wtedy to kontrast z czasami niedawnej względnej prosperity będzie już dość widoczny, co z pewnością przyczyni się do pogorszenia nastrojów społecznych.

Z lewicowych pozycji krytykowana jest niekiedy rola organizacji pozarządowych, zwłaszcza kościelnych, którym rząd przekazuje środki na pomoc społeczną. Zarzuca się im m.in. nieprofesjonalność, ingerowanie w życie prywatne beneficjentów, ograniczanie ich praw i wolności. Nieprofesjonalność organizacji pozarządowych oraz pracowników socjalnych jest niekiedy widoczna. Jednak trudno sobie wyobrazić w Polsce walkę z biedą, tam na samym dole, bez organizacji pozarządowych, w tym kościelnych oraz instytucji pomocowych (pracownicy socjalni). Niezależnie od uzasadnionych, czasem krytycznych uwag pod ich adresem, spełniają one na ogół dobrze swoją rolę. Front walki z biedą należałoby znacznie poszerzyć. Byłoby być może właściwe, aby każda partia polityczna w Polsce posiadała swe własne struktury pomocowe, ale jak na razie takich inicjatyw nie widać. Nie wiadomo do końca dlaczego, ale należy się domyślać, że inicjatywy takie spotkałyby się zapewne z powszechną niechęcią i z postulatem, by pomoc nie miała partyjnego charakteru. Do walki z biedą przydałyby się niewątpliwie także dodatkowe ponadpartyjne struktury i działalność tysięcy Owsiaków i Kotańskich, bo ich też jest za mało. Przy czym nic oczywiście nie zastąpi tu pomocy państwa. Ta jest zasadnicza i spełniać powinna rolę przysłowiowej “wędki”. Biednym należy dawać i rybę i wędkę, im samym wędki nie uda się “skombinować”.

W krajach rozwiniętych rozszerza się strefa głodu. Polska bieda ustępuje z trudem. Spektakularnych osiągnięć na tym polu nie mamy. Pozytywny rezultat walki z biedą w Polsce zależy w poważnym stopniu od tego, jaki stosunek do biednych mieć będzie większość polskiego społeczeństwa. W chwili obecnej stosunek ten nie jest zadowalający. Należy więc zadać pytanie, jakie siły kształtują opinię publiczną? Mogło by się wydawać na przykład, że to siła środków masowego przekazu doprowadza do tego, że zacierają się różnice między partiami politycznymi. To one, jak sądzą niektórzy, kształtują opinię publiczną, a nie działalność czy ideologie poszczególnych partii. Za słusznością tego poglądu przemawiałyby wyniki jednych z ostatnichbadań CBOS; np. aż 55% zwolenników SLD opowiada się za lustracją. Dziwne!? Jak jednak ocenić wynik, który zaskakuje jeszcze bardziej; bo aż 70% zwolenników PiS jest za wyraźnym rozdziałem Kościoła od państwa? Nie jest to na pewno rezultat wpływu opinii serwowanych przez media. Przypuszczalnie więc nie tylko media kształtują opinię publiczną. Przyczyn tych procesów jest zapewne wiele i ten artykuł sprawy tej nie wyjaśni. Zgódźmy się tylko co do tego, że z jakichś powodów następuje konwergencja poglądów politycznych i że ma miejsce zacieranie się pewnych granic ideowych między różnymi orientacjami politycznymi. To zjawisko widoczne jest w Polsce od dawna, ale chyba nie do końca rozpoznane. Podobno odnotowane już także w innych krajach europejskich. Ten brak klarowności światopoglądowej jest zapewne zagrożeniem, jak obawiają się niektórzy politycy, dla wszystkich partii politycznych i na dłuższą metę okazać się może niebezpieczny dla demokracji, bo do polityki będą szli ludzie nie posiadający żadnych poglądów. Ludzie koncentrujący się na personaliach, na kłótniach i sprawach drugorzędnych, a nie na wartościach.

Paradoksalnie jednak, jeżeli mówimy o biedzie i zastanawiamy się jak zwalczać ubóstwo, to zacieranie się poglądów okazać się może na niektórych obszarach i w najbliższym czasie pożyteczne. Najbliższy rok – 2010, czy się to komu podoba czy nie, poświęcony będzie walce z ubóstwem. W społeczeństwie polskim, niezależnie od sympatii politycznych, wzrasta przekonanie o słuszności poglądu, że należy stawiać człowieka w centrum, że to rynek ma służyć ludziom, a nie ludzie rynkowi i że nie można oddać w pełni rynkowi edukacji, ochrony zdrowia i kultury. Zwolenników takich poglądów spotkać już można we wszystkich partiach politycznych. I dobrze, bo są to najwyższe z możliwych wartości! Znajdzie to wszystko przypuszczalnie wyraz już w najbliższych wyborach samorządowych, podczas których będziemy zapewne świadkami najdziwniejszych sojuszów, zawieranych w walce o głos zarówno ubogiego wyborcy, jak i tego wyborcy, który ubogiemu współczuje, niezadowolonych z istniejącego stanu rzeczy. W Roku Walki z Ubóstwem problem biedy trudno będzie zbagatelizować. A politycy zamiast koncentrować się na zabiegach PR-owskich będą mieli trochę czasu oraz okazji do namysłu i sięgnięcia nawet do źródeł, do swych korzeni. Dyskusji o biedzie w roku 2010 sprzyjać będę także następne, po samorządowej, wyborcze kampanie: prezydencka i parlamentarna. Problem biedy nie może być w tej dyskusji przedmiotem propagandowych sporów międzypartyjnych, bo w walce z biedą potrzebna jest współpraca wszystkich ośrodków politycznych i kościołów. Również spory wokół problematyki seksualnej i obyczajowej nie powinny przeszkadzać w walce z biedą. Należałoby przy tym wystrzegać się składania pochopnych populistycznych obietnic. Nie wystarczy bowiem posiadanie przez partie polityczne prawidłowych programów społecznych. Sukces walki z biedą w ostatecznym rozrachunku zależy przede wszystkim od wyników ekonomicznych państwa. Oprócz więc haseł społecznych i krytycznych uwag pod adresem polityki ekonomicznej adwersarzy, każda partia posiadać powinna taki program gospodarczy, który w razie objęcia przez nią władzy pozwoli na zdecydowanie szybszy niż dotąd rozwój gospodarczy kraju. Tylko harmonijna realizacja dobrych programów społecznych i dobrych pomysłów ekonomicznych pozwoli Polsce na skuteczną walkę z biedą. Nawet najlepsze programy społeczne mogą jednak być realizowane w niewłaściwy sposób. Profesor Marcin Król uważa, że dziś jest tak, “że swoistą bandę stanowi cały zastęp ludzi zajmujących się w Polsce zawodowo i odpłatnie różnymi formami opieki społecznej i pomocy socjalnej. Naturalnie są wyjątki, może nawet stosunkowo liczne, jednak zasada polega na przyznawaniu świadczeń krewnym, znajomym i znajomym znajomych oraz na zatrudnianiu tylko ludzi zaufanych, którzy nie zdradzają tej zasady działania. Na pewno gorzej jest pod tym względem na wsi, a lepiej w dużych miastach, ale i tam banda wkroczy.” Jeżeli chodzi zaś o dobre pomysły ekonomiczne, to socjolog Jadwiga Staniszkis twierdzi, że kryzys sprawił, iż Polska ma małe szanse na dogonienie państw starej Europy. “Dziś Polska powinna maksymalnie skoncentrować energię, aby utrzymać wysoki poziom równowagi. Należy podnieść wiek emerytalny, zdywersyfikować składki na KRUS według dochodów i rozpocząć politykę przemysłową. Kraje starej Unii już to robią. Trzeba wspierać wszystkie ogniwa gospodarki i nauki, w których jeszcze powstaje coś nowoczesnego. Nie możemy zostać w czarnej dziurze i trzymać się pewnych rygorów, których na dobrą sprawę nie przestrzegają także kraje strefy euro.” Powodzenie naszych zmagań z biedą zależy oczywiście w poważnym stopniu od wyników gospodarczych, przy czym sukces gospodarczy to nie wszystko, a o rozwoju kraju nie decyduje tylko PKB, ale jakość życia, poziom bezpieczeństwa obywateli i zakres wolności.

Ważny jest w tym wszystkim także kontekst międzynarodowy. Zza oceanu, ze Stanów Zjednoczonych – i nie tylko stamtąd - docierają powoli dobre wieści ekonomiczne. Czy będą one miały tylko pozytywny wpływ na sytuację na giełdzie, z czego biedny nie ma żadnego pożytku, czy też poprawią ogólną sytuację ekonomiczną i społeczną w Unii Europejskiej i na całym świecie, już wkrótce zobaczymy. Z ewentualną poprawą gospodarczą w Unii wiążą się nadzieje na rozwianie obaw przed wybuchem kryzysu społecznego. Możliwość wybuchu takiego kryzysu jest na ogół lekceważona. Olbrzymim ciężarem dla całego Zachodu są nadal wydatki związane z sytuacją na Bliskim Wschodzie. Najwyższe technologie, tak ważne dla rozwoju naszego kraju, otrzymać możemy w najbliższej przyszłości przede wszystkim z USA. Większe nasycenie naszej gospodarki nowymi technikami to zwiększenie zapotrzebowania na ludzi wykwalifikowanych, których wkrótce Polska posiadać może w nadmiarze. Przy tych wszystkich uwarunkowaniach i zagrożeniach, jedno pozostaje oczywiste: tylko Polska sukcesu gospodarczego i szczycąca się wolnością oraz dobrobytem swych obywateli będzie w stanie zapewnić sobie należną jej pozycję w Unii Europejskiej i w regionie środkowoeuropejskim (obszar między Rosją, Niemcami, Turcją i Włochami). Politycznymi instrumentami do osiągnięcia tej pozycji są m.in.: Trójkąt Weimarski (Niemcy, Francja, Polska), Grupa Wyszehradzka (Polska, Czechy, Słowacja,Węgry), Partnerstwo Wschodnie oraz polsko-amerykańska współpraca. Naszym celem powinna być silna Polska i Europa Środkowa w silnej i sprawnej decyzyjnie Unii Europejskiej.