Maksymilian Podstawski

Bałkany – zagrożenia nacjonalizmem “wiecznie żywe”

 

1. Nacjonalizm. Dobro i Zło.

Słowacki ludowiec Milan Hodža uważał, że małe narody mają prawo do nacjonalizmu, szczególnie te, które wyzwalają się z imperiów. W II połowie XIX wieku pojawiły się nacjonalizmy: litewski, białoruski i ukraiński, a cichym ich promotorem od pewnego momentu były Niemcy i Austro-Węgry, chcący rozsadzić od wewnątrz swego ówczesnego wroga – cesarstwo rosyjskie. Działania te miały w sposób uboczny, charakter zarówno propolski, jak i antypolski (mimo, że Polski nie było na mapie). “Propolskość” tej polityki polegała na tym, że osłabiała ona Rosję carską. A ich antypolskość na tym, że wszystko działo się na trupie I Rzeczypospolitej, która była punktem odniesienia dla walczących o niepodległość Polaków. Przy czym w żadnym stopniu w polityce niemieckiej, czy austriackiej nie chodziło o dobro Polski i Polaków. Politycy niemieccy “nastawiali” Polaków przeciwko Rosjanom, a rosyjscy politycy przeciwko Niemcom. Jako jeden z wielu, ale namacalnych tego przykładów, podać można lata I wojny światowej, kiedy to jedni i drudzy zaborcy potrzebowali polskiego rekruta do swych armii. Austro-Węgry rozpalały nienawiść ukraińsko-polską na Zachodniej Ukrainie. Równocześnie Polacy na wschodzie Ukrainy popierali rodzący się tam ruch ukraiński, co miało ostrze antyrosyjskie. Zarówno niemiecka, jak i rosyjska (a później radziecka) historiografie ukierunkowywały (każda na swój sposób) młode nacjonalizmy: litewski, białoruski i ukraiński przeciwko Polakom. W tym mniej więcej czasie, prawie od początków XIX stulecia, na Bałkanach Rosja rozpoczęła wspieranie nacjonalizmów narodów prawosławnych: serbskiego, bułgarskiego, rumuńskiego i greckiego. Ostrze tych działań skierowane było równocześnie przeciwko Turcji, Niemcom i Austro-Węgrom. Przez wielu Polaków (Czartoryski, Mickiewicz) Turcja uważana była wówczas za potencjalnego sojusznika przeciwko Rosji. Ten sam Czartoryski zabiegał równocześnie o niezależność Serbii i będąc zwolennikiem łączenia się w federacje małych narodów położył swą bardzo istotną cegiełkę w narodziny “idei jugosłowiańskiej”. Nacjonalizm (patriotyzm) narodów Południowej Słowiańszczyzny znajdował wówczas, i do końca I wojny światowej, swe bezpieczne ujście w federalizmie. Obecnie nacjonalizm na Bałkanach, po swym flircie z faszyzmem zapoczątkowanym w latach 30. ubiegłego stulecia, ma bardzo negatywne skojarzenia. Ta odmiana nacjonalizmu jest wrogiem nie tylko federalizmu, ale jakiejkolwiek współpracy na Bałkanach. Od kilku dziesięcioleci na Bałkanach strach budzą nie tylko Wielka Albania, ale też Wielka Serbia, Wielka Chorwacja, Wielka Grecja, Wielka Bułgaria i ...Wielkie Węgry (tych ostatnich do Bałkanów już nie zaliczamy, ale “przypadłość” jest ta sama). Nie jest to właściwe ujście dla uczuć patriotycznych tych narodów. Skrajny nacjonalizm jest dla nich samych wręcz zabójczy.

Są jednak okoliczności, gdy nacjonalizm, lub delikatniej, interes narodowy, skłania narody do zawiązywania federacji i to wydaje się nadal najlepszym kierunkiem i rozwiązaniem. Książę Adam Jerzy Czartoryski (1770-1861) i Milan Hodža (1878-1944) przekonywali, że małe narody w obawie przed dominującymi powinny we własnym interesie łączyć się w federacje. Zrozumieli to Czesi w okresie I wojny światowej obawiając się niemieckiej Mitteleuropy. Zrozumieli to też Słowacy w tym samym czasie w obawie przed postępującą szybko madziaryzacją. Obydwa narody połączyły się, w niedoskonałej co prawda, ale jednak, w federacji czechosłowackiej. Powstałe podczas II wojny światowej, za zgodą Hitlera, państwo słowackie było sojusznikiem faszystowskich Niemiec. Instynkt samozachowawczy podpowiedział jednak Słowakom, że aby uniknąć losu państw pokonanych należy powrócić do federacji czechosłowackiej, bo Czesi znaleźli się w obozie zwycięzców. Także Chorwaci i Serbowie w okresie I wojny światowej stworzyli, wraz z innymi południowymi Słowianami, wspólne państwo. W sposób oczywisty nie wiązali swej przyszłości z imperiami: z katolicką Austrią czy Węgrami, ani z muzułmańską Turcją. Podczas II wojny światowej chorwaccy ustasze splamili się współpracą z faszystowskimi Niemcami i Włochami, a serbscy czetnicy z faszystowskimi Niemcami. Gdyby nie proaliancka polityka jugosłowiańskiego “burżuazyjnego” rządu emigracyjnego w Londynie i walka z faszystami komunistycznej partyzantki Tity, losy narodów “jugosłowiańskich” potoczyły by się zupełnie inaczej. Szczególnie Chorwacja jako państwo faszystowskie potraktowana zostałaby jako państwo pokonane. Powrót do federacji jugosłowiańskiej był więc po II wojnie światowej w interesie tych narodów; Chorwacja i Słowenia znalazły się w ten sposób wśród narodów zwycięskich i uzyskały nawet dzięki temu znaczne nabytki terytorialne.

Zdarzają się jednak i takie sytuacje, gdy rozczarowanie źle funkcjonującą federacją, oraz “życzliwa pomoc” z zewnątrz, skłania narody do występowania z federacji. Czechom i Słowakom udało się to w “aksamitny sposób”. Federacja jugosłowiańska rozpadła się natomiast w sposób gwałtowny i krwawy. Dlaczego? Czynnik zewnętrzny brany jest niekiedy w analizach dotyczących rozpadu Jugosławii pod uwagę. Niemniej jednak częściej analizowane są przyczyny wewnętrzne, a wśród nich gwałtowne wybuchy nacjonalizmów. Te wybuchy mają także swe źródła zewnętrzne. Bardzo przy tym rzadko spotkać się można nawet z pobieżną próbą odpowiedzi na pytanie, jak potoczyły by się losy Bałkanów, gdyby nie powstała (pierwsza i druga) federacyjna Jugosławia. Historyk nie odpowie na tak postawione pytanie, bo byłyby to rozważania typu “co by było gdyby”. Poniższy artykuł także na to pytanie nie odpowie, ale może “kiedyś ktoś spróbuje”...W każdym razie tych czytelników, którzy choćby na chwilę uwierzyli w antyfederacyjną propagandę wobec Europy Środkowej, obecną tu i ówdzie, kilkanaście lat temu na Zachodzie spieszę powiadomić, że to nie komunista Tito stworzył “pierwszą” Jugosławię i że “druga” Jugosławia nie była radziecką republiką. Co dotyczy “pierwszej” Czechosłowacji, to jej założycielem nie był na pewno Klemens Gottwald.

 

2. Historyczne spojrzenie Roberta Davida Kaplana

Pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku Amerykanin Robert D. Kaplanx/ alarmował, że na Bałkanach wrze, a Jugosławii grozi etniczny rozpad. W Europie i Ameryce Północnej ostrzeżenie to zlekceważono. Wydawcy nie chcieli publikować jego “Bałkańskich upiorów” w obawie, że temat nie przyciągnie czytelników. A politycy nie dostrzegali podobno zagrożenia. W roku 1993 prezydent Bill Clinton rozważał interwencję, która położyć miała kres wojnie w Bośni. Clinton i jego żona przeczytali tę książkę, a jej lektura zniechęcić miała amerykańskiego prezydenta do interwencji militarnej w obronie bośniackich muzułmanów, obleganych wówczas przez bośniackich Serbów. Wbrew intencjom Kaplana jego książka, jak twierdzi autor, mogła być odczytana jako manifest antyinterwencyjny. Od połowy 1993 roku Kaplan publicznie apelował o pomoc wojskową dla bośniackich muzułmanów i wysłanie do Bośni oddziałów amerykańskich. Czynił to m.in. podczas wykładów na amerykańskich uczelniach wojskowych w Fort Leavenworth i Carlisle Barracks. Kaplan region Europy Środkowej, rozumiany przez nas jako obszar między Niemcami, Rosją, Włochami i Turcją, dzieli na Europę Środkową, gdzie dostrzega chęć współpracy regionalnej oraz na Bałkany, gdzie tej chęci brak. Kaplan przewidywał, że upadek gospodarki, erozja komunistycznych struktur władzy i zadawnione konflikty narodowościowe w Jugosławii prędzej czy później doprowadzą do wojny. (Robert D. Kaplan, Bałkańskie Upiory, podróż przez historię, przełożył Janusz Ruszkowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010). Już przed II wojną światową i wkroczeniem nazistów do Jugosławii, katoliccy Chorwaci i prawosławni Serbowie pochłonięci byli swymi sporami, i już wtedy byli “upiorami”, duchami przeszłości. Rebecca West, autorka książki “Black Lamb and Grey Falcon”, do której Kaplan często nawiązuje, przybyła do Zagrzebia wiosną 1937 roku. Nastroje w Chorwacji były wówczas dalekie od idei federacyjnej jedności i współpracy południowych Słowian jaką głosił w XIX wieku chorwacki biskup katolicki Josip Juraj Strossmayer, postać wybitna. To dzięki takim wizjonerom jak on możliwe było powstanie państwa jugosłowiańskiego po I wojnie światowej. W latach trzydziestych XX wieku Chorwaci zdążyli o nim już zapomnieć. Wieki panowania habsburskiego wyrobiły w nich zupełnie nieuzasadnione przekonanie o kulturowej wyższości nad Serbami. W nowo utworzonym państwie jugosłowiańskim Chorwaci stali się poddanymi serbskiej dynastii, co powodowało ich niezadowolenie. Upraszczając sprawę; ich niezadowolenie przerodziło się w nienawiść, a ta w marzenie o zemście. Ta zmiana chorwackiej politycznej busoli dokonała się pod przemożnym wpływem katolickiego arcybiskupa Zagrzebia Alojzijego Stepinaca, który był chorwackim nacjonalistą. Współpracując z Austriakami i Watykanem, walczył on z innymi południowymi Słowianami – Serbami. (Kaplan, str. 46). Stepinac jest głównym symbolem konfliktu serbsko-chorwackiego, wokół którego ogniskuje się aktualnie etniczna nienawiść między tymi dwoma narodami. Rebecca West miała w pamięci kronikę filmową przedstawiającą zamach na głowę serbskiej rodziny panującej, króla Jugosławii Aleksandra I Karadziordzievicia dokonany w Marsylii przez chorwackich ustaszów w 1934 roku. Pojęła wówczas, pisze Kaplan, że to morderstwo było kolejnym znakiem na drodze do kataklizmu jeszcze potworniejszego niż I wojna światowa. Okupacja nazistowska spowodowała dalszą eksplozję nienawiści. Masakry prawosławnych Serbów dokonane przez Chorwatów w katolickiej Chorwacji oraz sąsiedniej Bośni i Hercegowinie były potworne. “Nigdzie w Europie – pisze Kaplan – dziedzictwo nazistowskich zbrodni wojennych nie jest tak palącym, nierozwiązanym problemem jak w Chorwacji”. (Kaplan, str. 39) W rozmowie z Kaplanem, Żarko Puhovski, chorwacki polityk, liberał i katolik powiedział: “Tutejszy Kościół katolicki nie zrobił jeszcze rachunku sumienia. Dziś młodzi księża są niewykształceni. Dopiero gdy stan kapłański zacznie przyciągać młodych wykształconych mężczyzn, może wytworzyć się oddolna presja na Kościół, żeby poważnie rozliczył się ze swoją przeszłością i arcybiskupem Stepinacem”.(Kaplan, str. 61) Kaplan przypomina, że Chorwaci dotąd nie przeprosili za swój współudział w Holokauście Żydów, podczas gdy inne narody, jak np. Ukraińcy, to uczyniły. Chorwaci pytają w zamian: Czyż Serbowie nie mają na sumieniu zbrodni wojennych? “Tragedia Chorwacji polegała na tym, że narodziny tutejszego nowożytnego nacjonalizmu zbiegły się w czasie z pochodem faszyzmu przez Europę, wpychając zwolenników tego pierwszego w objęcia wyznawców tego drugiego. Odważne i jednoznaczne rozliczenie się z przeszłością jest warunkiem koniecznym wyzwolenia się z tego śmiertelnego uścisku”.(Kaplan, str. 62) Rdzeniem chorwackiej nacjonalistycznej tradycji, obecnym w marzeniach Stepinaca, było dążenie do nawrócenia wszystkich Serbów na katolicyzm. To marzenie nie zyskało by nigdy aż tak wielkiego wpływu bez czynnego poparcia habsburskiego dworu i Watykanu. A to, że Serbowie to też Słowianie nie mało większego znaczenia, bo wyznając prawosławie, podobnie jak muzułmanie należeli – w oczach Chorwatów - do znienawidzonego Wschodu.

Jugosławia, której obserwatorem w latach osiemdziesiątych był Kaplan, degenerowała się stopniowo i systematycznie, pogrążając się z każdym rokiem w coraz większym ubóstwie i coraz większej nienawiści. Kaplan podkreśla wielokrotnie znaczenie właśnie ubóstwa w rozwoju bakcyla skrajnego nacjonalizmu. Dla Tity (pochodzącego z rodziny chorwacko-słoweńskiej), federalizm w jugosłowiańskim wydaniu komunistycznym oznaczał ograniczanie wpływów liczebnie dominujących Serbów i wspieranie innych grup, zwłaszcza Chorwatów i Albańczyków. Tito liczył np. na to, że nadając Albańczykom w Kosowie autonomię, a jednocześnie przyłączając tę prowincję do Serbii, zaspokoi aspirację zarówno Albańczyków, jak i Serbów. Nie udało się ani jedno, ani drugie. Wcześniej partyzanci Tity dokonywali masowych mordów kosowskich Albańczyków oskarżając ich o współpracę z wojskami Mussoliniego. Pozbawiło to z kolei złudzeń albańskich komunistów współpracujących dotąd z Titą. Aby załagodzić sytuację w Kosowie, Tito rozbudował dla kosowskich Albańczyków Prisztinę, stolicę autonomicznego Kosowa, usytuowaną tak, że można to uznać za świadomą zniewagę wobec Serbów, w połowie drogi między świętymi dla Serbów miejscami: Gračanicą (monastyr) a Kosowym Polem. Żeby dostać się do jednego z tych dwóch miejsc trzeba przejechać przez muzułmańską obecnie Prisztinę. Tito zbudował w Prisztinie uniwersytet. Studenci tego uniwersytetu od samego początku jego istnienia organizowali stałe “albańskie” demonstracje przeciwko jugosłowiańskiemu rządowi federalnemu. Spirala przemocy rozkręciła się w Kosowie na dobre, kiedy sześć lat później do władzy w Serbii doszedł Milošević i postanowił odebrać kosowskiej prowincji status autonomii. Ciekawym przykładem przeciwskutecznych działań Tity był także casus Macedonii. Język macedoński bliższy jest bułgarskiemu niż serbskiemu. Po zerwaniu Tity ze Stalinem, rząd jugosłowiański propagował odrębność etniczną i językową Macedonii, aby przeciąć wszelkie emocjonalne więzi łączące jej mieszkańców z ludnością sąsiedniej Bułgarii, której ówczesny rząd posłuszny był Moskwie. Na działaniu tym “skorzystać” mieli tym razem Serbowie. Komunizm nie pogodził jednak zwaśnionych już wcześniej narodów. Wręcz przeciwnie, dolał jeszcze oliwy do ognia. Serbom wpajał, że powinni się wstydzić swej przeszłości i że na Serbach poległych na Kosowym Polu ciąży wina “reakcyjnego nacjonalizmu”. Z kolei inny komunista, tym razem Serb, Slobodan Milošević 28 czerwca 1987 roku, w kolejną rocznicę klęski na Kosowym Polu odwołał się do serbskich odczuć narodowych i powiedział: “Ani dziś, ani w przyszłości nikt nie ma prawa was poniewierać”. I wtedy, uważa Kaplan, rozpoczęła się rewolta przeciwko federacji jugosłowiańskiej, która rozprzestrzeniła się na inne republiki. Kaplan cytuje Milovana Dżilasa,xx/ który w rozmowie z nim zauważył, że autorytaryzm Miloševicia w Serbii wywołał prawdziwy separatyzm w całej Jugosławii. W grudniu 1989 roku, gdy w Słowenii i Chorwacji trwał proces pokojowej transformacji, to nawet w Serbii Miloševicia odczuwało się powiew liberalizacji. Dżilas ocenił jednak wówczas, że liberalizacja w Serbii ma przegniłe korzenie i jest jedynie skutkiem narodowej rywalizacji między Serbią a pozostałymi republikami. “Ostatecznie Jugosławia skończy, być może, jako luźna federacja krajów utrzymujących kontakty handlowe. Ale najpierw, niestety, wybuchną wojny i powstania narodowe. Tutaj jest tyle nienawiści...” powiedział Dżilas. (Kaplan, str. 146) Główną chorobę Bałkanów symbolizuje jednak Macedonia. Ta choroba to sprzeczne marzenia o utraconym imperium. Każdy naród bałkański domaga się przywrócenia takich granic, w jakich istniał, kiedy jego własne imperium osiągnęło szczyt rozwoju terytorialnego, co zwykle miało miejsce w głębokim średniowieczu. W latach 1909 – 1912 Bułgaria, Serbia i Grecja zapomniały chwilowo o wcześniejszych sporach i wypowiedziały wojnę Turcji. Głównym celem tego sojuszu było wyzwolenie Macedonii. Serbia zajęła Skopje a Grecja Saloniki. Bułgarskie nabytki terytorialne były wówczas niewielkie. Po tej pierwszej wojnie bałkańskiej Serbia i Grecja próbowały wymazać bułgarskie wpływy w Macedonii. Prześladowania Bułgarów jakie nastąpiły wtedy w Macedonii, miały znamiona eksterminacji. 30 czerwca 1913 roku rozpoczęła się druga wojna bałkańska; armia bułgarska zaatakowała oddziały serbskie w Macedonii. Serbowie wraz z Grekami w ciągu kilku dni pokonali Bułgarów, a mocą postanowień konferencji pokojowej w Bukareszcie, Bułgaria straciła dostęp do Morza Egejskiego, zdobycze terytorialne w Tracji i część Macedonii. Bułgaria, która miała wątpliwe “szczęście” łączyć swe siły z przegranymi, przystąpiła jesienią 1915 roku do I wojny światowej po stronie państw centralnych, aby wyrwać Macedonię z rąk serbskich. Dla Bułgarów I wojna światowa to powtórka drugiej wojny bałkańskiej – stracili całą Macedonię na rzecz Serbii i Greków. II wojna światowa okazała się pod tym względem powtórką drugiej wojny bałkańskiej i I wojny światowej. Bułgarzy i tym razem zawarli sojusz z Niemcami, aby odzyskać Macedonię. I jeszcze raz zmuszeni zostali do powrotu do granic ustanowionych w sierpniu 1913 roku. Współpraca wojsk bułgarskich z nazistami w Macedonii podczas II wojny światowej usposobiła do Bułgarów wrogo, dotychczas probułgarsko nastawioną nieserbską i niegrecką ludność Macedonii. W chwili obecnej, jak odnotował Kaplan, w Macedonii mamy do czynienia z nowym separatyzmem; poza bułgarskimi, greckimi i serbskimi roszczeniami do Macedonii narodził się jeszcze “macedonizm”, który domaga się zwrotu części terytoriów Bułgarii i Grecji do Macedonii. Odkrywany jest na nowo “język macedoński”. W efekcie powstał obecnie układ, który przypomina rok 1913, kiedy to Grecja, Serbia i Rumunia występowały przeciwko Bułgarom i Słowianom w Macedonii. Kaplan cytuje Zlatko Blajera, członka niewielkiej obecnie społeczności żydowskiej w Macedonii, który przyznał, że przez dziesięciolecia chroniła Macedonię federacja jugosłowiańska. Blajer wyraził przekonanie, że prędzej czy później Macedonię czeka los Kosowa, z uwagi na bardzo wysoki przyrost naturalny ludności albańskiej. (Kaplan, str. 137) Nacjonalizm zbiera swoje żniwo także w pozostałych krajach bałkańskich. “Tak jak Serbowie, Albańczycy, Rumunii i Bułgarzy brutalnie zerwali z osmańską tyranią i różnorodnością, by stworzyć państwa etnicznie jednolite, tak też postąpili Grecy. I tak samo jak Serbowie zacierali pamięć o dziedzictwie albańskim, Albańczycy o greckim w Epirze Północnym, Rumuni o węgierskim, a Bułgarzy o tureckim – tak też Grecy wypierali z pamięci wspomnienia o salonickich Żydach i innych grupach narodowościowych. Grecy to nieodrodne dzieci Bałkanów, zwłaszcza w tym mieście, byłej stolicy osmańskiej Macedonii”. (Kaplan, str. 375, chodzi o Saloniki, M.P.) Był to ten sam, odwieczny syndrom rewanżystowski: każdy naród uważał za swoje naturalne terytorium wszystkie ziemie, które posiadał w okresie swojej najdalszej historycznej ekspansji. Grecka polityka w regionie, mimo tradycji demokratycznych w starożytności, nie wydawała się różnić od polityki jej północnych sąsiadów, którzy w gruncie rzeczy nie mieli żadnych tradycji demokratycznych. Na Bałkanach pomija się milczeniem fakt, że ścierają się tam bezustannie rasy i kultury, a rozmieszczenie poszczególnych grup etnicznych nie zawsze się pokrywa z granicami państwowymi. W zachodnich systemach edukacyjnych ostatnie dwa tysiące lat zazwyczaj się ignoruje, całą uwagę skupiając na wyidealizowanej Grecji starożytnej, cywilizacji, która upadła jeszcze przed narodzeniem Chrystusa. Zachód nie przyjmował długo do wiadomości – zauważa Kaplan – że nowożytna Grecja jest bardziej dzieckiem Bizancjum i tureckiego despotyzmu niż peryklejskich Aten ( V wiek p.n.e.). W Grecji tak naprawdę nigdy wcześniej nie było kapitalizmu. W połowie XX wieku zamieszkiwało ją ubogie, orientalne społeczeństwo. Prawie nie istniała klasa średnia. Dopiero w latach osiemdziesiątych świat zaczął rozumieć, jak wiele łączy Grecję z resztą Bałkanów i Bliskim Wschodem. I jeszcze jedna uwaga Kaplana dotyczącą co prawda Rumunii, ale jak się wydaje nie tylko Rumunii, bo mogącą mieć zastosowanie do innych krajów na Bałkanach: “Nazizm i komunizm pogłębiły tragiczne braki w rumuńskiej kulturze politycznej, nadając im monstrualny wymiar”. ((Kaplan, str. 162) Odnosząc się do przyszłości Rumunii, Kaplan pisze: “Era dominacji sowieckiej na Bałkanach z wolna przechodziła w erę dominacji niemieckiej. Zdałem sobie sprawę, że niemiecki gospodarczy imperializm oferuje najbardziej praktyczne i skuteczne środki zaszczepienia w Rumunii wolnej przedsiębiorczości, demokracji i innych zachodnich wartości. Jedyną nadzieją Rumunii, jak mi się wydawało, były Niemcy”. (Kaplan, str. 294)

Myślę, że wszystkich zwaśnionych w kwestii Macedonii, “pogodzi” prawdopodobnie albańskojęzyczna i muzułmańska ludność, której przyrost naturalny jest najwyższy w tym kraju. Ta uwaga dotycząca przyrostu naturalnego Albańczyków w Macedonii wydaje się być także trafna w odniesieniu do całych Bałkanów, gdzie prędzej czy później dojdzie do powstania Wielkiej Albanii. (W chwili obecnej liczba albańskojęzycznej ludności w krajach b. Jugosławii zbliża się szybko do najliczniejszych dotąd Serbów, których jest ponad 7 mln., M.P.) Przekonanych co do tego jest wielu obserwatorów wydarzeń bałkańskich. Np. profesor Adam Koseski z Akademii Humanistycznej w Pułtusku zwraca uwagę, że problemy na Bałkanach nawarstwiały się od wieków. Na Bałkanach są trzy zapalne miejsca. Należy do nich przede wszystkim Kosowo, następnie Bośnia i Hercegowina oraz Macedonia. Kosowo było i jest punktem zapalnym od momentu klęski Serbów na Kosowym Polu w 1389 roku. Powstanie państwa Kosowa zamyka konflikt zbrojny, ale otwiera ścieżki prowadzące do powstania Wielkiej Albanii, do której dołączą też Albańczycy z Macedonii (gdzie ludność albańska domaga się specjalnych praw, w tym dwujęzyczności w państwie) i Czarnogóry. Dużo do myślenia daje fakt, że Kosowarzy posługują się przeważnie flagą albańską, a nie kosowską. Wielka Albania, na warunki bałkańskie będzie państwem dość silnym, któremu państwa sąsiednie nie wiele będą mogły przeciwstawić, uważa Koseski. Trzeba zrobić wszystko co możliwe, aby to państwo nie było państwem agresywnym. (Paweł Dybicz, rozmowa z prof. Adamem Koseskim, rektorem Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku, Wielka Albania nieunikniona, Przegląd 10/2009) Tym bardziej, że już teraz dostrzec można, jak idea Wielkiej Albanii służy niektórym niealbańskim politykom do szerzenia nienawiści etnicznej i strachu przed Albańczykami i państwem albańskim. Dzieje się tak w Macedonii, Grecji i Serbii. To, że na Bałkanach dominuje chrześcijaństwo (w Chorwacji i Słowenii katolicyzm, a w pozostałych krajach o tradycjach chrześcijańskich prawosławie) nie przekładało się nigdy w zadowalający sposób na dążność do ściślejszej współpracy między tymi bałkańskimi narodami. Do dnia dzisiejszego prawie nic się w tej materii nie zmieniło. Wydawałoby się, że Serbów, Rumunów, Bułgarów, Macedończyków i Greków powinno połączyć prawosławie, a jednak nie łączy. Wszystkie kościoły prawosławne na Bałkanach to w zasadzie autokefalie, które budują co prawda tożsamości narodowe swych wyznawców, ale przyczyniają się równocześnie do powstawania między nimi istotnych różnic. Mimo wspólnego chrześcijańskiego wyznania – prawosławia, spory między nimi miały w historii niezwykle krwawy charakter. Dochodzą do tego waśnie i krwawe spory między katolickimi Chorwatami, a prawosławnymi Serbami, jakie powstały właściwie już na początku zaistnienia pierwszej Jugosławii. Za błędy przeszłości i niechęć do wzajemnej współpracy przyjdzie bałkańskim narodom o chrześcijańskiej tradycji prawdopodobnie “zapłacić” nie wymuszoną zgodą, w ramach reguł demokratycznych, na zaistnienie Wielkiej Albanii. Może się okazać, że w przyszłości to Wielka Albania będzie na Bałkanach najważniejszym partnerem Unii Europejskiej, NATO i Stanów Zjednoczonych. Otwarte pozostanie pytanie, czy państwa “byłej Jugosławii” o tradycji chrześcijańskiej współistnieć będą z Wielką Albanią jako oddzielne państwa, czy też zdecydują się na ściślejszą ze sobą współpracę, a może nawet na powrót do regionalnej federacji. Tak czy owak, wejście, możliwie jak największej liczby państw bałkańskich o tradycji chrześcijańskiej do Unii Europejskiej, po uregulowaniu między nimi wszelkich spornych spraw w drodze umownej, wydaje się być dzisiaj optymalnym rozwiązaniem. Trudno sobie bowiem wyobrazić, przynajmniej w chwili obecnej, Wielką Albanię i “niezjednoczone” państwa byłej Jugosławii razem w Unii Europejskiej. Podejrzewać można, że ani chrześcijanie, ani muzułmanie z “byłej Jugosławii” nie dojrzeli jeszcze do współistnienia i współpracy w jednym organizmie, jakim jest Unia. Przy czym to Albania związała się już z Zachodem wstępując do NATO i pragnąc wejść do UE. A priorytetem Kosowa jest wejście do NATO i UE oraz partnerstwo strategiczne z USA. Serbia natomiast złożyła aplikacje do Unii Europejskiej, ale najwyraźniej jednak nie ma zamiaru wstępować do NATO (co nie powinno szczególnie dziwić) i jako jedyne państwo w regionie znajdzie się prawdopodobnie w przyszłości poza Sojuszem Północno-Atlantyckim. Dotychczas narody bałkańskie, a właściwie tylko “jugosłowiańskie”, próbowały dwukrotnie dokonać zjednoczenia; pierwszy raz pod berłem serbskiej dynastii, a drugi pod sztandarem komunizmu. Obydwie próby zakończyły się ostatecznie niepowodzeniem. Dużym zagrożeniem dla współpracy w regionie były zawsze i są nadal ruchy i partie skrajnie nacjonalistyczne, często o zabarwieniu religijnym. Takie partie, prędzej czy później zmierzają do konfrontacji, a idea federalizmu jest im w zasadzie obca. Zmienić ich nastawienie do bliższej współpracy regionalnej mogłoby np. poważne, wspólne zewnętrzne zagrożenie. Jednak tego rodzaju skrajnie nacjonalistyczne “spoiwo” odgrywać może swą w miarę pozytywną rolę na krótką metę i tylko wtedy, gdy wspólne zagrożenie zewnętrzne rzeczywiście istnieje. Obecnie nie jest ono odczuwalne. Upadkowi zarówno pierwszej, jak i drugiej Jugosławii towarzyszyło przekonanie, że takiego wspólnego zagrożenia nie było. W tym przekonaniu utrzymywały w niedawnej przeszłości narody bałkańskie także obce mocarstwa. Postawiono na podział Jugosławii. Tak np. w niedawnym procesie rozpadu Jugosławii Zachód popierał Chorwatów i bośniackich muzułmanów dlatego, że byli antyserbscy, a Serbów zwalczał dlatego, że byli prorosyjscy. Państwo pt. Bośnia i Hercegowina stworzone zostało chyba nie po to, aby zamieszkali w nim Chorwaci, bośniaccy muzułmanie i Serbowie uczyli się wzajemnej tolerancji. A słuszna skądinąd troska Zachodu o los muzułmanów w byłej Jugosławii wynikała przede wszystkim z chęci pozyskania przychylności narodów arabskich oraz Turcji, sojusznika w NATO. Jeżeli zatem obawy przed zagrożeniem zewnętrznym zabraknie i nie połączy ona zwaśnionych narodów i państw bałkańskich, to spoiwem może być bezwzględna konieczność współpracy gospodarczej (szczególnie w okresie ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego) oraz jednak - mimo wszelkich różnic - bliskość kulturowa. Spoiwa te okażą się jednak zbyt słabe bez zrozumienia i wsparcia dla regionalnej współpracy ze strony państw zachodnich. Jednym z przyszłych ewentualnych scenariuszy może się okazać proces, który miał będzie miejsce już w ramach Unii Europejskiej; Albania połączy się z Kosowem, a pozostałe państwa Zachodnich Bałkanów ze sobą. Taki rozwój wypadków jest prawdopodobny, bo skoro Zachód wydaje się nie obawiać powstania Wielkiej Albanii (zresztą nie jest w stanie temu przeciwdziałać), to tym bardziej żadnego zagrożenia nie stanowi dla Zachodu ścisła współpraca pozostałych narodów byłej Jugosławii.

 

3. Wokół (raczej) bieżącej optyki Renéo Lukica i Marko Attili Hoare

Na polskim rynku wydawniczym ukazała się w roku ubiegłym kolejna pozycja dotycząca Europy Środkowej, (praca zbiorowa: Polityka Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej po 1989 roku, pod redakcją Sabriny P. Ramet, Książka i Wiedza, Warszawa 2012). Autorami artykułów dotyczących Bałkanów są Renéo Lukic, (Powstanie państwa narodowego w Europie Środkowej i na Bałkanach w perspektywie historycznej, str. 67-90) oraz Marko Attila Hoare (Wojna Jugosłowiańska, str. 139-164). Lukic wyraża na wstępie pogląd, że obejmująca kontynent europejski rewolucja 1848 roku zasygnalizowała powstanie dwóch uniwersalnych ideologii – nacjonalizmu i proletariackiego internacjonalizmu – ruchów narodowych i “pierwszej próby federalizacji socjalistycznych grup rewolucyjnych w pojedynczą organizację zwaną Pierwszą Międzynarodówką”. Ten pogląd Lucicia wymaga komentarza. O ile myśl ta może mieć zastosowanie do powstania Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (chociaż rok 1848 to chyba zbyt wczesna data dla narodzin idei proletariackiego internacjonalizmu, a Pierwsza Międzynarodówka powstała w roku 1866), to w przypadku Czechosłowacji i Jugosławii wydaje się być zupełnie nie trafna. Historia powstawania tych dwóch federacji sięga co prawda XIX stulecia, ale ich początki z proletariackim internacjonalizmem nie mają nic wspólnego, natomiast wiele z nacjonalizmem, który trudno jednak nazwać ideologią uniwersalną. Równolegle bowiem z rodzeniem się nacjonalizmu w całej Europie Środkowej (obszar między Rosją, Niemcami, Turcją i Włochami), powstawały pomysły na sfederalizowanie regionu właśnie w interesie tych nacjonalizmów, przede wszystkim w obawie przed wielkimi sąsiadami. Trzeba przypomnieć, że w owych czasach “nacjonalizm” małych narodów nie kojarzył się jeszcze negatywnie. Autorów koncepcji federalistycznych wśród narodów środkowoeuropejskich od XIX wieku (i nawet wcześniej) liczyć można w dziesiątki, o czym pisałem wielokrotnie, m.in na łamach dwumiesięcznika “Realia i co dalej...”. O ile można łatwo udowodnić tezę, że pierwsza Jugosławia powstała dzięki nacjonalizmom tworzących ją narodów, to dopiero spoiwem drugiej Jugosławii miał być komunizm oraz idea proletariackiego internacjonalizmu. Komunizm zagościł w Jugosławii wraz z walką narodowo-wyzwoleńczą prowadzoną przez komunistycznych partyzantów Josipa Broz Tito, popieranego zresztą od pewnego momentu przez Wielką Brytanię i wcale nie komunistyczny rząd emigracyjny w Londynie. Walka ta skierowana była przeciwko faszyzmowi (będącego jak wiemy odmianą kapitalizmu). Komunizm w Jugosławii zawdzięcza częściowo swe narodziny także niedoszłej do skutku ofensywie zachodnich aliantów na Bałkany i wyzwoleniu Jugosławii przez Armię Czerwoną w 1945 roku. Tito natomiast będąc wraz z politykami “burżuazyjnego” jugosłowiańskiego rządu emigracyjnego w Londynie współtwórcą federacyjnej Jugosławii, wzorował się na ustroju Związku Radzieckiego. Może dlatego, że zdążył wziąć udział w Rewolucji Październikowej. Gdyby decydować o tym miały skrajne nacjonalizmy szalejące na obszarze jugosłowiańskim podczas II wojny światowej, do powstania żadnej Jugosławii, ani socjalistycznej, ani kapitalistycznej by nie doszło. Powstały by wiecznie zwalczające się małe, nic nie znaczące państewka. Gdyby natomiast Jugosławia wyzwolona została przez zachodnich aliantów, powstała by zapewne Jugosławia na wzór zachodni (może monarchia), ale jednak federalna, bo idea federalizmu miała wystarczające wsparcie w wielu środowiskach: zarówno w rojalistycznych, jak i lewicowych, a częściowo także wśród narodów Jugosławii. Także pierwszą Czechosłowację ukształtowały interesy narodowe Czechów i Słowaków. Do Czechosłowacji przyniosła komunizm Armia Czerwona dopiero w 1945 roku, jakkolwiek w Czechach komuniści już przed II wojną stanowili poważną siłę polityczną. Jeszcze kilka lat po II wojnie ważyły się losy ustroju politycznego Czechosłowacji, która ostatecznie znalazła się w obozie socjalistycznym. Proletariacki internacjonalizm “wkroczył” więc do Czechosłowacji i Jugosławii dopiero po II wojnie światowej. Nie podważając w żadnym stopniu znaczenia ruch robotniczego w XIX i XX wieku postawić można tezę, że idea państwa narodowego w Europie Środkowej poprzedza powstawanie federacji, ale myśl federalistyczna tej idei niemal od początku towarzyszy. Właściwie rozumiany interes małych narodów mieści się w koncepcji federalistycznej tak długo, jak długo federacja nie jest zdominowana przez skłonny do dominacji większy naród. Ruchy narodowe w Europie Środkowej, (nie tylko te wyrastające z rewolucji 1848 roku), podważały spójność i legalność wielonarodowych imperiów: niemieckiego, austro-węgierskiego, rosyjskiego i osmańskiego. Obawa jednak rodzących się narodów i państw powstających stopniowo na gruzach imperiów przed kolejną utratą niezależności powodowała silne tendencje federalistyczne. Powstające federacje nie były doskonałe. Radzieckiej federacji, która swe powstanie nie zawdzięczała nacjonalizmom, zarzucić można m.in. dominację w niej Rosjan, mimo że rządzili nią komuniści przeważnie innych narodowości. Warto przy tym pamiętać, że Rosja to nie Europa Środkowa i że tradycje polityczne Rosji i Europy Środkowej to dwa zupełnie nie przystające do siebie światy, choć pewnych podobieństw między Rosją a Bałkanami można by poszukiwać, ale są też istotne różnice, co w tych rozważaniach nie ma zresztą znaczenia. Lukic określa Czechosłowację i Jugosławię, powstałe w wyniku I wojny światowej jako państwa wielonarodowe i twierdzi, częściowo nie bez racji, że dwa dominujące w nich narody, Czesi i Serbowie, sprzeciwiały się prawdziwej federalizacji swych państw. Trzeba jednak przypomnieć, że traktaty pokojowe podpisane między 1919 a 1920 r., które ustanowiły system wersalski, nie miały tylko na celu stworzenie sprawiedliwej “Europy narodów”. Skierowane one były przede wszystkim przeciwko pokonanym państwom centralnym. Temu celowi służyło także poparcie amerykańskie dla nowo powstałych federacji: czechosłowackiej i jugosłowiańskiej. Bez tego poparcia ich narodziny byłyby niemożliwe. Inna sprawa, że tym federacjom od samego początku daleko było do doskonałości, szczególnie jugosłowiańskiej. Bogata Czechosłowacja, ze swym sprawnym systemem prawnym, w przeciwieństwie do Jugosławii, odpowiedziała jednak częściowo w latach międzywojennych, jak przyznaje Lukic, na naciski ze strony Słowaków, Węgrów i Niemców Sudeckich, żądających decentralizacji państwa. W obydwu jednak federacjach miały miejsce próby stworzenia (fikcyjnych, jak się później okazało) narodów: czechosłowackiego i jugosłowiańskiego, co najczęściej nie odpowiadało odczuciom Słowaków w Czechosłowacji oraz narodom w Jugosławii. Te odczucia dały o sobie znać podczas II wojny światowej, kiedy to w Chorwacji i Słowacji powstały, stworzone przez Hitlera państwa narodowe oparte wyłącznie na fundamencie etnicznym. Co nie oznacza, zastrzega się Lukic, że Chorwaci i Słowacy udzielili większościowego poparcia rasistowskiej polityce prowadzonej przez ich rządy, jeśli nawet posiadanie własnych państw odpowiadało ich pragnieniom. Państwa te skazane były na zniknięcie po porażce hitlerowskich Niemiec. Natomiast – jak słusznie przyznaje Lukic - jeśli Czechosłowacja (między 1939 a 1945) i Jugosławia (między 1941 a 1945) zostały rozwiązane, alianci (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Związek Radziecki) nigdy nie uznali ich zniknięcia. Co oznaczało – skomentujmy to - nic innego, jak poparcie wszystkich aliantów dla istnienia tych federacji – nie będących przecież jeszcze federacjami “komunistycznymi”. Instynkt samozachowawczy Chorwatów i Słowaków, po flircie ich katolickich i nacjonalistycznych elit z Hitlerem, wskazał im po wojnie powrót do federacji jugosłowiańskiej i czechosłowackiej jako jedynie słuszne rozwiązanie. W przeciwnym razie obydwa narody potraktowane zostałyby jako sojusznicy faszystowskich Niemiec (patrz przykład Węgier). Obydwie federacje, czechosłowacka i jugosłowiańska, także po II wojnie nie spełniały jednak nadal oczekiwań wchodzących w jej skład, mniejszych narodów. Koniec zimnej wojny w latach 1989-1990 i zmiany w równowadze sił w stosunkach Wschód – Zachód na korzyść Zachodu, skutkowały m.in. rozpadem Związku Radzieckiego, Jugosławii i Czechosłowacji oraz powstaniem nowych państw w Europie Środkowej. Z tym, że rozpadu Czechosłowacji i Jugosławii nie można, jak chce Lukic, wyjaśniać i usprawiedliwiać wyłącznie ich rzekomym komunistycznym rodowodem i proletariackim internacjonalizmem. Obecnym losem tych dwóch państw federalnych nie byliby zachwyceni XIX wieczni wizjonerzy oraz ich twórcy z okresu I wojny. Pierwsza Czechosłowacja i pierwsza Jugosławia powstały dzięki nacjonalizmom, a nie proletariackiemu internacjonalizmowi. Po raz kolejny warto przypomnieć, że także podczas II wojny środkowoeuropejskie rządy emigracyjne w Londynie planowały, przy początkowym poparciu Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, pójście jeszcze dalej i sfederalizowanie całej Europy Środkowej – od Grecji do Polski. Sprzeciwił się temu Stalin. Zdaniem Lukica, Wspólnota Europejska starała się początkowo powstrzymać przywódców jugosłowiańskich i czechosłowackich przed rozwiązaniem swoich państw i odwieść od tworzenia nowych w Europie Środkowej. Po porażce jednak prób powstrzymania ich rozwiązania, Wspólnota Europejska - uważa Lukic - starała się zapobiec destabilizującym skutkom rozpadu tych “postkomunistycznych” federacji. Z tymi stwierdzeniami Lukicia trzeba także polemizować. Trudno bowiem byłoby uzasadnić poważniejsze próby ratowania przez Zachód Jugosławii i Czechosłowacji, przy powszechnym na Zachodzie przekonaniu, że są to federacje, jak określa je Lukic, postkomunistyczne. Rozpad Jugosławii i Czechosłowacji był rezultatem nie tylko ich wewnętrznych niedoskonałości; dominacji większego narodu i braku poszanowania praw narodów mniejszych (przed czym przestrzegał, jak widać nadaremnie Oskar Halecki w swych publikacjach z okresu II wojny,) ale miał także swoje przyczyny zewnętrzne. Można było próbować nie dopuścić do rozpadu Jugosławii, a szczególnie Czechosłowacji; ich rozpadowi towarzyszył zza grobu złośliwy chichot Stalina, który już w czasie II wojny wielokrotnie udowadniał, że był przeciwny federacjom w powojennej Europie Środkowej. Związkowi Radzieckiemu łatwiej było bowiem podporządkować sobie pojedyncze kraje w Europie Środowej niż sfederalizowany region. Dlatego podporządkowanie Jugosławii nie udało mu się. To, że Jugosławia i Czechosłowacja powstały na nowo po II wojnie w federacyjnym kształcie, nie zawdzięczają Stalinowi, lecz m.in. poparciu i początkowym kalkulacjom Zachodu, że pozostaną one częścią Zachodu. I takimi, jako federacje, mogły się stać także obecnie w trakcie procesu demokratycznej transformacji, gdyby otrzymały odpowiednie wsparcie ze strony liczących się sił politycznych na Zachodzie. Takiego wsparcia jednak nie otrzymały. Zachód zwalczając komunizm, z różnych powodów poparł separatyzmy. Trudność w udzieleniu ewentualnego, realnego poparcia dla federacyjnej Jugosławii np. ze strony zachodniej lewicy (ale nie tylko lewicy) wynikała być może z prawidłowej skądinąd obserwacji, że w federalnym państwie Tity było więcej chorwackiego nacjonalizmu niż socjalizmu, a u komunisty Milosevicia - serbskiego nacjonalizmu. O ile upadek federalizmu jugosłowiańskiego był być może nieuchronny, to w przypadku Czechosłowacji rodzi się jednak zbyt dużo wątpliwości i dlatego warto by podjąć rozważania... Temat to jednak oddzielny.

Lukic wykazał niewątpliwie istnienie w Europie Środkowej stałych tendencji do tworzenia państw narodowych, uznał przy tym jednak niesłusznie, że proces jest zakończony i że dzisiaj nie ma w tym regionie, po ogłoszeniu przez Kosowo niepodległości w 2008 roku, nowych roszczeń do posiadania statusu niepodległego państwa. W rzeczywistości istnieją zarówno tendencje do powstawania państw narodowych, jak i do łączenia się w większe wspólnoty, przy częściowej rezygnacji z narodowej suwerenności. Jeżeli zgodzić się z Lukiciem należy co do tego, że dążenie do posiadania własnego państwa jest czymś naturalnym i oczywistym, to obecnie równie naturalne jest pragnienie zdecydowanej większości nowo powstałych państw, a wśród nich Chorwacji, do znalezienia swego miejsca w Unii Europejskiej, co przypomina już “skłonności” federalistyczne. Przy czym zamiar wstąpienia do Unii Europejskiej nie oznacza rezygnacji z posiadania własnego państwa, tym bardziej, że Unia nie jest jeszcze klasycznym państwem, bo – przynajmniej na razie - przypomina organizację międzynarodową. W pragnieniach tych mieści się obecnie także dostrzegalna dążność wśród środkowoeuropejskich państw do organizowania się w większe wspólnoty niż narodowa, czego przykładem jest chociażby nieformalna Grupa Wyszehradzka, ku której ciążą Bułgaria i Rumunia. Proces zmian w Europie Środkowej po upadku komunizmu nie zatrzymał się więc na powstaniu państw narodowych. Rozsadnikiem federacji czechosłowackiej i jugosłowiańskiej było przede wszystkim niezadowolenie uczestniczących w nich małych narodów, chociaż dowodzić można by z powodzeniem, że niektóre z nich zyskały na federacji wiele. Słowacy np. zawdzięczają Czechom i czechosłowackiej federacji swe istnienie jako narodu i ochronę przed madziaryzacją. Chorwaci i Słoweńcy np. korzystne granice po II wojnie. R. Lukic jest z pochodzenia Chorwatem, profesorem historii na Laval University w mieście Quebec w Kanadzie, a więc w kanadyjskiej prowincji Quebek, gdzie silne są tendencje separatystyczne, jakkolwiek w praktyce chęć pozostania tej prowincji w ramach federacyjnej i demokratycznej Kanady (jakkolwiek o historii kolonialnej) wydaje się przeważać. Jego artykuł zawiera wiele cennych obserwacji dotyczących nacjonalizmu. Pominięcie natomiast przez niego ważnej skłonności wypływającej z przesłanek nacjonalistycznych, jaką jest przynajmniej od 2. stuleci wyraźna dążność do tworzenia federacji w Europie Środkowej jest prawdopodobnie wynikiem określonych zainteresowań tego uczonego. Jego sowietologiczny dorobek naukowy skoncentrowany jest bowiem głównie na stosunkach jugosłowiańsko-radzieckich, rozpadzie komunizmu oraz dezintegracji Jugosławii i Związku Radzieckiego, jako triumfu kapitalizmu nad komunizmem. Ta sowietologiczna optyka nie wyjaśnia do końca wydarzeń bałkańskich. Dodać trzeba, że wbrew optymizmowi Lukica, roszczenia do posiadania statusu niepodległego państwa jeszcze się na Bałkanach nie zakończyły, bo hasło Wielkiej Albanii jest aktualne. Inne podobne hasła: Wielkiej Chorwacji, czy Wielkiej Serbii wydają się należeć do przeszłości. Przynajmniej na razie.

W cytowanej przeze mnie pracy zbiorowej pt. “Polityka Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej po 1989 roku” znajduje się także artykuł Marko Attila Hoare, starszego pracownika naukowego w londyńskim Kingston University. Artykuł nosi tytuł “Wojna jugosłowiańska”. Ten autor (matka Chorwatka, a ojciec brytyjski lewicujący dziennikarz zajmujący się problematyką jugosłowiańską) także bada historię i politykę byłej Jugosławii. Podobnie jak Lukic nie sięga on zbytnio w głąb historii. Historia regionu zaczyna się u niego w zasadzie dopiero od lat dziewięćdziesiątych, z wyjątkiem książki dotyczącej historii Bośni - The history of Bośnia: From the Middle Ages to the Present Day (Saqi, 2007). To dopiero praca nad tą książką ułatwiła mu zapewne spojrzenie na problemy jugosłowiańskie z nieco głębszej perspektywy historycznej. Stwierdza on w artykule, że wybuch wojny jugosłowiańskiej mógł mieć różne przyczyny - “zadawnione konflikty etniczne”, serbska agresja i ekspansjonizm, wojna domowa rywalizujących między sobą nacjonalizmów, skutek uboczny społeczno-ekonomicznej zapaści socjalistycznej Jugosławii oraz spisek zachodnich “imperialistów”. Odrzuca on pierwsze i ostatnie wyjaśnienie jako nonsens, natomiast w pozostałych dostrzega część prawdy. Trudno się jednak zgodzić z jego poglądem, że konflikty etniczne nie istniały w Jugosławii już wcześniej; przykładem niech będą chociażby wojny bałkańskie na początku XX stulecia, czy okrutne walki Chorwatów z Serbami podczas II wojny. O spisku zachodnich “imperialistów” wolelibyśmy nie wiedzieć, ale zgodzić się trzeba tym razem z poglądem Hoare, że “na losy wojny mocno wpłynęły czynniki zewnętrzne”. Zauważa on, że w budowie federalnego państwa jugosłowiańskiego, a także we wcześniejszej historii Jugosławii, kluczową rolę odegrali Serbowie z dawnych Austro-Węgier – znani jako Serbowie prećani. Stanowili oni “języczek u wagi” pomiędzy Serbami a zachodnimi Jugosłowianami (Chorwatami i Słoweńcami). Ważny był też konflikt wewnętrzny między samymi Serbami, podzielonymi na zwolenników integralnego jugosłowiańskiego nacjonalizmu – z Serbią w roli jugosłowiańskiego Piemontu – i zwolenników Wielkiej Serbii, obejmującej Bośnię i Hercegowinę oraz znaczną część Chorwacji. Politycy serbscy – zarówno reprezentujący Serbów spoza Austro-Węgier, jak i Serbów prećani – narzucili, pisze Hoare, centralistyczną konstytucję nowemu państwu 28 czerwca 1921 roku. Przegłosowali w zgromadzeniu narodowym Chorwatów i Słoweńców, którzy na znak protestu opuścili obrady. To właśnie poparcie prećani umożliwiło z kolei wiele lat później komunistom przyjęcie postanowienia o utworzeniu federacyjnej Jugosławii, wbrew idei Wielkiej Serbii. Serbia utraciła wtedy swą hegemonię, stając się jedynie jedną z sześciu republik (Słowenia, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Serbia, Czarnogóra i Macedonia). W granicach Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny pozostali etniczni Serbowie. To właśnie przeciwko tym granicom zbuntowali się Serbowie w latach dziewięćdziesiątych. Hoare przedstawia własną wersję przebiegu wojny partyzanckiej w Jugosławii. Według niego działająca pod komunistycznym przywództwem “partyzantka” (Hoare używa tu cudzysłowia, M.P.) popierana była najsilniej na zachodzie Jugosławii, zwłaszcza w Słowenii, Chorwacji oraz w Bośni i Hercegowinie. A szczególnie mocno przez chorwackich i bośniackich Serbów z powodu ludobójczych prześladowań ze strony chorwackich faszystów (ustaszy), którzy wręcz zmusili ich do oporu. “Jednak ci serbscy partyzanci walczyli pod sztandarami wolnej i suwerennej Chorwacji oraz wolnej i suwerennej Bośni i Hercegowiny w ramach jugosłowiańskiej unii równych sobie państw”, twierdzi Hoare. (Okrutna jest logika tego spostrzeżenia: chorwaccy ustasze mordując Serbów zmusili ich do walki w komunistycznych szeregach o wolną Chorwację w ramach Jugosławi!, M.P.). Ideę Wielkiej Serbii popierał w czasie II wojny światowej reżim serbskiego Quislinga – Milana Nedića i kolaborujący z hitlerowcami serbski ruch czetników ( Hoare, str. 141). Poparcie dla partyzantki Tity we wschodniej (serbskiej) Jugosławii było, zdaniem Hoare, stosunkowo słabe i dlatego pokonanie sił hitlerowskich, Nedića i czetników wymagało tam masowego wsparcia Armii Czerwonej. Szkoda, dodajmy ze swej strony, że nie doczekali się Jugosłowianie otwarcia alianckiego frontu na Bałkanach, o co zabiegał generał Władysław Sikorski. Trudno tu dłużej polemizować z niektórymi tezami artykułu Hoare. Trzeba jednak zauważyć, że o ile nie było marionetkowego państwa serbskiego (istniał kolaboracyjny rząd Milana Nedicia w okupowanej przez III Rzeszę Serbii) na usługach Hitlera czy Mussoliniego, to istniało tak zwane Niezależne Państwo Chorwackie, w którym – jak stwierdził m.in. wysoko postawiony przedstawiciel III Rzeszy Hermann Neubacher - faszyści chorwaccy wymordowali około 750 tysięcy Serbów, od dzieci poczynając na starcach kończąc. (H. Neubacher, Sonderauftrag Sudost bis 1945, Göttingen 1956, s. 31-32. Cytuję za Markiem Waldenbergiem, Rozbicie Jugosławii, Wydawnictwo Naukowe, Scholar, Warszawa, 2005). Nawet jeżeli część Chorwatów miała podstawy, by uważać, że dyskryminowano ich w państwie jugosłowiańskim w okresie międzywojennym, to nie wyjaśnia to rozmiarów tak masowej masakry. Także we wcześniejszej historii Chorwacji i Serbii nie zdarzyło się nic takiego co mogłoby wytłumaczyć skali tej zbrodni. (Chorwaci i Serbowie nie walczyli ze sobą podczas wojen bałkańskich). Podczas II wojny wielu Serbów stało się także ofiarami bośniackich muzułmanów i Albańczyków. Bośniaccy muzułmanie zaś mordowani byli przez (serbskich) czetników generała Dražy Mihajlovicia, który początkowo podporządkowany był jugosłowiańskiemu rządowi emigracyjnemu, ale później reżimowi Nedicia, opowiadającemu się za Wielką Serbią. W Niezależnym Państwie Chorwackim eksterminowano Serbów, muzułmanów, Żydów i Romów. Natomiast reżim Nedicia wraz z czetnikami Mihajlovicia mordował Chorwatów, muzułmanów, Żydów i Romów. Muzułmanie mordowali zarówno Serbów, jak i Chorwatów. Trzeba podziwiać, że po tych krwawych wydarzeniach z okresu okupacji w ogóle możliwe było, w miarę bezkonfliktowe, współżycie tych narodów w jednym państwie, po II wojnie, w drugiej Jugosławii. Ani pierwsza, ani druga Jugosławia nie była jednak państwem stworzonym w sposób sztuczny i utrzymywanym przy życiu w sztuczny sposób, gdyż większość mieszkańców opowiadała się za jej istnieniem. Jugosławia nie przestała istnieć w rezultacie referendum. Do jej dwukrotnego rozpadu potrzebne były wojny (II wojna światowa i ostatnio - wojna domowa). Trzeba też przypomnieć, że idea jugosłowianizmu zrodziła się w XIX wieku przede wszystkim w Chorwacji. Hoare nie dostrzega tu roli Chorwatów, a wśród nich przede wszystkim znaczenia działalności biskupa Strossmayera. Zdaniem profesora Marka Waldenberga, powstaniem pierwszej Jugosławii zainteresowani byli nie tylko Serbowie, ale także, a może przede wszystkim Chorwaci i Słoweńcy, których sytuacja w końcowej fazie I wojny była zupełnie inna niż Serbów. Serbowie walczyli z ogromną determinacją po stronie zwycięskiej Ententy. Żołnierze chorwaccy i słoweńscy walczyli po stronie przegranych Austro-Węgier. Powstanie Jugosławii zapobiegło potraktowaniu Chorwacji i Słowenii przez Ententę jako państw (narodów) pokonanych. Początki współżycia we wspólnym państwie były rzeczywiście trudne, ale trzeba sobie uświadomić, że to Serbowie byli “zwycięzcami” w I wojnie... Powstało państwo scentralizowane, tak jak chcieli Serbowie i z królem z serbskiej dynastii. Chorwaci i Słoweńcy słusznie, ale bezskutecznie opowiadali się za sprawiedliwym państwem federalnym. Hegemonistyczne dążności, silne wśród serbskich elit powodowały napięcia i ostre konflikty. Wśród Serbów pojawiły się nawet opinie, że utworzenie wspólnego państwa z Chorwatami i Słoweńcami było błędem. Dopiero w sierpniu 1939 roku doszło do porozumienia między rządem jugosłowiańskim a politykami chorwackimi. Powstała wówczas autonomiczna Banowina Chorwacka. Było jednak zbyt późno, aby oczekiwać, że wśród wszystkich Chorwatów powstanie poczucie większej więzi z państwem jugosłowiańskim. Jeżeli chodzi o Słowenię, to jej ziemie podzielone zostały w 1941 roku przez Niemcy i Włochy. Ustaszowska Chorwacja skompromitowała separatyzm chorwacki i ideę Wielkiej Chorwacji. Nedić i czetnicy skompromitowali natomiast ideę Wielkiej Serbii. Nacjonalizmy i separatyzmy pokazały swe prawdziwe oblicza. Odbudowę Jugosławii jako państwa federalnego traktowano więc po II wojnie światowej jako coś oczywistego. Partyzanci Tity zwalczali nacjonalistów chorwackich i serbskich, głosili hasła braterstwa narodów Jugosławii, postulowali jej odbudowę jako państwa federalnego. Podobnie jak po I wojnie światowej, Chorwaci znaleźli się znowu po stronie przegranych. Tylko dzięki temu, że tworzyli część Jugosławii uzyskali Istrię, z której wysiedlono Włochów, a także wyspy dalmatyńskie, miasto Zadar i okolice. Szacuje się, że Chorwację i Słowenię opuściło po II wojnie 250 tysięcy Włochów. (Marek Waldenberg, str. 72-73) Z kolei kolaboracja w Serbii reżimu Nedicia i czetników z hitlerowcami skutkowała odrzuceniem przez federalistów jugosłowiańskich (w tym komunistów) serbskich roszczeń wobec Chorwacji, Bośni i Hercegowiny, Macedonii i Czarnogóry. Hoare pisze, że musiano dlatego zrekompensować Serbom te drażliwe kwestie w inny sposób; Belgrad pozostał stolicą Jugosławii, a Wojwodina i Kosowo zostały włączone do Ludowej Republiki Serbskiej jako odrębne całości.(Hoare, s. 142). Federacja jugosłowiańska po II wojnie oparta była na niewłaściwym rozwiązaniu kwestii granic, z czym nie pogodziło się wielu Serbów. Dalszy rozwój wydarzeń to m.in. czystki jakich Tito dokonał w 2. połowie 1966 roku wśród zwolenników prominentnego serbskiego polityka Aleksandra Rankovicia, a w dalszej kolejności serbska rebelia przeciwko titoizmowi, która nabrała przyśpieszenia po śmierci Tity w 1980 roku. Jak pisze Hoare, Serbia zbuntowała się w latach 1987-1990 przeciwko titowskiemu porządkowi wytworzonemu po 1966 roku. Po raz kolejny Serbia zbuntowała się w latach 1990-1992 przeciw titowskiemu porządkowi ustalonemu na drugiej sesji AVNOJ (Antyfaszystowska Rada Ludowego Wyzwolenia Jugosławii) w 1943 r. Na czele tego buntu stanął Serb - Slobodan Miloševic, który przejął władzę 23 września 1987 r. na 8 sesji Komitetu Centralnego SKS (Związek Komunistów Serbii). Upadek jugosłowiańskiej gospodarki sprzyjał odwoływaniu się komunisty Miloševicia do serbskiego nacjonalizmu. Nacjonalizm “królował” także w Słowenii i Chorwacji, gdzie w kwietniu i w maju 1990 roku partie nacjonalistyczne wygrały wybory. Partie te, z którymi serbski reżim nie chciał współistnieć w federacji, a one z nim, zmierzały także do niepodległości swych republik.

Żaden z przytoczonych wyżej autorów nie przedstawił wizji dalszego losu narodów bałkańskich. Natomiast stan faktyczny na Bałkanach z perspektywy historycznej w sposób przekonywający przeanalizował Robert D. Kaplan. Z prac jakie ukazywały się od kilku lat na polskim rynku wydawniczym wysnuć można pewne wnioski dotyczące relacji między nacjonalizmem a federalizmem w Jugosławii.

II wojna światowa ponownie skłoniła narody jugosłowiańskie do jedności w ramach federacji (mimo wcześniejszych rzezi etnicznych). Takiemu rozwiązaniu sprzyjały w regionie co najmniej 4 czynniki:

1.Klęska faszystowskich Niemiec i Włoch 2.Kompromitacja współpracujących z faszyzmem lub wręcz z nim się utożsamiających nacjonalizmów (chorwackiego, serbskiego, słoweńskiego i albańskiego) 3.Wsparcie dla idei federalizmu ze strony króla i jugosłowiańskiego rządu emigracyjnego w Londynie oraz jugosłowiańskich komunistów 4.Poparcie na rzecz powstania federalnej Jugosławii ze strony zwycięskich mocarstw, a szczególnie ze strony Wielkiej Brytanii.

Natomiast rozbiciu Jugosławii w latach 1991 - 2004, sprzyjały m.in. następujące czynniki:

1.Niedoskonałości, wśród nich niesprawna gospodarka i wręcz kompromitacja federalizmu w wydaniu Tity. 2.Wady te sprzyjały nawrotowi postaw i nastrojów nacjonalistycznych wśród narodów wchodzących w skład Jugosławii. Tym razem rzezie etniczne przyśpieszyły rozpad federacji. 3.Klęska komunizmu w Związku Radzieckim i w Środkowej Europie spowodowana m.in. niewydolnością ekonomiczną systemu. 4.Tak zwana polityka niezaangażowania socjalistycznej Jugosławii (można przyjąć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że umocowanie powojennej Jugosławii od samego początku w strukturach zachodnich, osłabiło by wrogość z jaką socjalistyczna federacyjna Jugosławia spotykała się ze strony powracających na scenę polityczną Niemiec, Włoch i Austrii). Nieprzychylność Watykanu również odegrała tu istotną rolę, szczególnie jeśli chodzi o politykę wokół Chorwacji. 5.Utrata początkowego poparcia dla federacyjnej Jugosławii ze strony USA i Wielkiej Brytanii.

Klęska federalizmu w wydaniu jugosłowiańskim nie świadczy jednak wcale o tym, że jedyną skłonnością narodów na Bałkanach, czy w innym środkowoeuropejskim regionie, jest wyłącznie dążenie do organizowania się w państwach narodowych. Federacyjna Jugosławia po I wojnie światowej powstała w rezultacie klęski Niemiec i Austro-Węgier, a po II wojnie światowej w rezultacie klęski Niemiec, Włoch i ich sojuszników, także tych bałkańskich. Po II wojnie światowej Niemcy stały się bardzo ważnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych i całego Zachodu w rozgrywce ze Związkiem Radzieckim. Jeżeli Zachód uznał w pewnym momencie, że państwa narodowe na Bałkanach odpowiadają życzeniom tych narodów, to praktyka polityczna jaką wobec regionu zastosowano nie do końca była konsekwentna, czego przykładem jest np. powołanie wielonarodowej Bośni i Hercegowiny. Przy bardzo dużej dozie optymizmu można liczyć na to, że wielonarodowa BiH stanie się w przyszłości modelowym przykładem współpracy międzyetnicznej dla całych Bałkanów. Czego oczywiście zupełnie wykluczyć się nie da. Uparcie powracać będzie przy tym pytanie, w jakim stopniu i jak długo pamięć o rzeziach etnicznych ciążyć będzie w przyszłości na współpracy narodów byłej Jugosławii. Dotyczy to szczególnie relacji chorwacko-serbskich, a także bardzo szeroko rozumianych relacji muzułmańsko-chrześcijańskich na całych Bałkanach, nie tylko w byłej Jugosławii. Sformułowanie tego pytania jest łatwiejsze niż udzielenie na nie odpowiedzi. Założyć przy tym trzeba, że w dość niejasnej co prawda perspektywie, wszystkie narody “jugosłowiańskie” znajdą się w Unii Europejskiej. Niezależnie od zaszłości historycznych, niezwykle zresztą ważnych, przyszłość relacji między narodami i grupami etnicznymi na Bałkanach zależeć będzie przede wszystkim od kwestii ekonomicznych. Podobnie jak w wielu innych krajach europejskich, na Bałkanach widoczny jest wzrost poparcia dla skrajnie prawicowych i nacjonalistycznych partii. Na szczęście, jak się wydaje, przerażające bezrobocie w tym regionie nie przekłada się jeszcze na poziom niepokojów społecznych. Być może hamulcem jest tu pamięć o okropnościach II wojny i ostatniej wojny domowej towarzyszącej rozpadowi Jugosławii. Podobnie hamująco na radykalizacje postaw społecznych mają prawdopodobnie w pogrążonej w kryzysie Grecji zarówno wspomnienia o II wojnie, jak i tradycyjna obawa przed zagrożeniem ze strony Turcji. Należy sądzić że wszelkie ewentualne konflikty narodowościowe w krajach bałkańskich należących już do Unii Europejskiej nie będą miały charakteru wojny międzynarodowej, lecz będą sprawą wewnętrzną Unii. Niemniej jednak mogą stanowić zagrożenie dla międzynarodowego bezpieczeństwa. Można mieć nadzieję, że Unia Europejska jako całość wyjdzie wzmocniona z aktualnego kryzysu poprzez pewną centralizację władzy politycznej i gospodarczej zarówno w Unii, jak i w Europejskim Banku Centralnym. Rodzi się pytanie czy ta centralizacja władzy nie spowoduje deficytu demokracji i nie nasili separatystycznego nacjonalizmu na Bałkanach. W tych okolicznościach obroną zarówno przed skrajnymi nacjonalizmami, jak zbytnim centralizmem z Brukseli byłyby, w interesie tych narodów, jakieś formy współpracy regionalnej. Myślę tu np. o bloku współpracujących ze sobą państw w ramach Unii Europejskiej. Proponowanie bowiem ponownego sfederalizowania regionu byłoby, na tym przynajmniej etapie, nierealne zarówno z uwagi na krwawe zaszłości historyczne, jak i na wątpliwości, czy społeczność międzynarodowa byłaby skłonna propozycję federacji zaakceptować. Powstanie na Bałkanach bloku współpracujących ze sobą państw byłoby pożyteczne nie tylko dla regionu, ale także z korzyścią dla sprawnego funkcjonowania Unii Europejskiej. W dalszej przyszłości może się okazać realną, rzecz obecnie mało wyobrażalna; w obawie przed fundamentalizmem islamskim powstanie przyjazne porozumienie chorwacko-serbskie (albo jakaś forma “zawieszenia broni”), przy równoczesnym sojuszu wszystkich prawosławnych państw na Bałkanach. Najmniejsza obawa (nawet wyolbrzymiona) przed potencjalnym zagrożeniem ze strony fundamentalistycznego islamu czy ze strony przyszłej Wielkiej Albanii, spowodować może na Bałkanach powrót do koncepcji federalistycznych. Możemy mieć do czynienia z następującym mechanizmem: obawa przed zagrożeniem zewnętrznym spowoduje wśród skłóconych dotąd bałkańskich narodów o chrześcijańskiej tradycji wzrost umiarkowanych i skłonnych do negocjacji postaw, a to z kolei nawrót do idei federalistycznych. Dobrze, aby te przyszłe ewentualne procesy kształtujące nową świadomość narodów bałkańskich nie miały ani antyzachodniego, ani antyislamskiego ostrza i aby możliwie wszystkie państwa bałkańskie, tworząc nowe formy współpracy znalazły już wcześniej swe miejsce w Unii Europejskiej. Przypomniane zostaną być może jeszcze kiedyś słowa Aleksa Dżilasa, syna Milovana Dżilasa, wypowiedziane w 1995 roku: “Jugosławia i jugosławizm były najlepszym wyrazem federalizmu europejskiego. Pierwsza i druga Jugosławia były trzonem stabilizacji bałkańskiej Stanowiły one sól w oku przeciwników tej mapy politycznej, którą ustanowiono w Wersalu. Można twierdzić, że były to najlepsze lata w historii południowych Słowian. Aczkolwiek kraje te borykały się z wieloma trudnościami, zapewniały pokój i postęp cywilizacyjny w regionie w szerokim tego słowa znaczeniu”. (cytat za Markiem Waldenbergiem, str. 479). Zdaniem prof. Waldenberga, jednym z celów polityki amerykańskiej w Jugosławii było utworzenie na Bałkanach uzależnionego od USA silnego bloku muzułmańskiego od Bośni po Albanię, mającego stanowić przeciwwagę dla fundamentalizmu islamskiego. Zdecydowane wsparcie kosowskich Albańczyków miało poprawić obraz USA w krajach muzułmańskich. Nie wydaje się jednak, aby w krajach muzułmańskich nastąpił w rezultacie tej polityki wzrost nastrojów proamerykańskich. Niezwykle wątpliwa i ryzykowna byłaby też kalkulacja, że przyszła Wielka Albania będzie pamiętać o wkładzie Zachodu w jej powstanie. Nie do końca, jak się wydaje, zamierzone są też skutki stworzenia Bośni i Hercegowiny i amerykańskiego poparcia dla bośniackich muzułmanów. Nie jest nim chyba, sygnalizowane niekiedy, zagnieżdżenie się fundamentalizmu islamskiego w Bośni i na znacznej części Bałkanów. Chyba, że chodziło o powstanie “laboratorium” naukowego, w którym można studiować przejawy skrajnego islamu z pożytkiem dla walki z terroryzmem na Bliskim Wschodzie. Jeżeli przyjąć jednak – mimo wszystko - wariant optymistyczny to laboratorium w Bośni i Hercegowinie wypracować może model przyszłej współpracy międzyetnicznej dla całych Bałkanów. Dalszy brak stabilności na Bałkanach oznaczałby w najlepszym razie stałe zakotwiczenie misji pokojowych NATO oraz UE w tym regionie. Z tym, że Amerykanie (a wraz z nimi NATO?, G. Friedman wieszczy spadek znaczenia Sojuszu) mogą w pewnym momencie stracić zainteresowanie regionem, a dla Europejczyków pozostanie ewentualny kłopot ze skrajnym islamem. Co prawda przebywać tam jednak nadal będą siły europejskie. Nie wpadając w zbytni pesymizm, odnotować należy także pozytywy: Albania do NATO już należy, a priorytetem Kosowa jest wejście do NATO oraz do UE i partnerstwo strategiczne z USA. O ile mało prawdopodobne w chwili obecnej jest przystąpienie Serbii do NATO, to bardzo cieszy niedawne zbliżenie między Serbią a Kosowem, które umożliwi przyjęcie Serbii do Unii Europejskiej. Porozumienie serbsko-kosowskie nie oznacza uznania przez Serbię niepodległości Kosowa, ale zapewnia autonomię kosowskim Serbom. W przyszłości nie można też zupełnie wykluczyć współpracy amerykańsko-rosyjskiej w zakresie zwalczania na Bałkanach terroryzmu, u którego źródeł leży fundamentalizm islamski, jeśli takie zjawisko się pojawi.

 

4. Prognozy George'a Friedmana (we fragmentach dotyczących pośrednio lub bezpośrednio Bałkanów)

Z lektury analiz poświęconych Bałkanom wyłania się obraz regionu, w którym w każdej chwili nastąpić może chaos. Ostatnie wydarzenia w regionie (Grecja, Bułgaria, a także Cypr!) to potwierdzają i świadczą o niestabilności gospodarczej i społecznej. Do przyjrzenia się aktualnemu stanowi spraw w regionie (mamy rok 2013) i przedstawienia go światowej opinii publicznej potrzebny byłby zapewne zmysł obserwacyjny i wiedza R. D. Kaplana oraz połączenie w analizie historii z teraźniejszością. Z teraźniejszością z jaką mamy do czynienia po wydarzeniach, które towarzyszyły rozbiciu Jugosławii i procesowi transformacji na Bałkanach. Na podobnych, jak Kaplana, historycznych analizach opiera się prawdopodobnie praca Stratforu, amerykańskiej prywatnej agencji wywiadowczej. Z tym, że Friedman, szef Stratforu, w swych prognozach dla świata na następne 100 lat wydaje się polegać jednak bardziej na samych analizach historycznych niż na ocenie aktualnej sytuacji. W swej pracy przyjmuje założenie, że “bieg historii określają pewne czynniki, tak jak teren, przez który płynie rzeka, wpływa na formę jej koryta”. (Vasko Kohlmayer, FrontPageMagazine. Com, 5 lutego 2009) W kontekście Bałkanów, warto zwrócić uwagę, że według George'a Friedmanaxxx/ wojna Stanów z islamistami już się kończy i dojrzewa następny konflikt, z Rosją, która odtwarza swą strefę wpływów. Ta strefa ma być wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych: Rosjanie w obecnej dekadzie “ruszą” na zachód, na wielką Nizinę Środkowoeuropejską. W tym scenariuszu do gorącej wojny jednak nie dojdzie. Stany Zjednoczone, uważa Friedman, nie muszą wygrywać wojen. Wystarczy, jeśli nie dopuszczą do tego, by druga strona zbudowała potęgę, która mogłaby rzucić im wyzwanie. Wielką rolę w tej amerykańskiej strategii odgrywać ma Turcja, członek NATO, Turcja jako oaza stabilizacji wśród chaosu. A Bałkany, które nas tutaj interesują oraz Kaukaz i świat arabski na południu są niestabilne. Zgodnie z tym rozumowaniem niedawna interwencja na Bałkanach miała na celu zastopowanie prorosyjskiej Serbii w jej dążeniu do hegemonii na Bałkanach. Strategią Rosji jest tworzenie głębokich stref buforowych wzdłuż Niziny Środkowoeuropejskiej. Na Bałkanach Rosja próbować może pozyskać znaczących sojuszników, takich jak Serbia, Bułgaria i Grecja. Friedman prognozuje, że niezależnie od tego co zrobi reszta Europy, Polska, Republika Czeska, Węgry i Rumunia odrzucać będą rosyjskie awanse i zawrą każdy układ, jakiego zażądają Stany Zjednoczone, byle zyskać ich poparcie. “Około roku 2015 wyłoni się nowy blok państw, przede wszystkim dawnych satelitów sowieckich sprzymierzonych z krajami bałtyckimi”, znacznie bardziej energiczny niż państwa Europy Zachodniej. (George Friedman, Następne Sto Lat, Prognoza na XXI wiek, AMF, Warszawa 2009) Str. 137-138) Blokowi temu udzielą poparcia Stany Zjednoczone. Niechęć niektórych członków NATO do uczestniczenia we wspólnej obronie przed Rosją oznaczać będzie konieczność podjęcia działań poza strukturami NATO. Sam Sojusz przestanie istnieć w jakiejkolwiek znaczącej formie. Rosjanie wchłoną prawdopodobnie Mołdawię. Według tego scenariusza upadek Rosji, z przyczyn przede wszystkim wewnętrznych, nastąpić ma na początku lat dwudziestych. W jej upadku istotną rolę odegra Turcja, która napierać będzie na Kaukazie. Rosja broniąc się, będzie dzielić sąsiadów i manipulować nimi. Turcję-stwierdza Friedman-należy “traktować poważnie”, jest sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, jest największą regionalną potęgą gospodarczą i nie stanowi zagrożenia dla amerykańskich interesów. W miarę wzrostu znaczenia Turcji, rosnąć będą też jej wpływy. Także na Bałkanach. Turcja ponownie stanie się światową potęgą. “Stany Zjednoczone nie są zainteresowane pokojem w Eurazji. Nie są też zainteresowane wygraniem wojny. Celem tych konfliktów jest po prostu powstrzymanie innej potęgi lub destabilizacja regionu, a nie zaprowadzenie porządku. W odpowiednim czasie nawet zdecydowana amerykańska klęska jest do zaakceptowania”. Te zasady pozostaną, zdaniem Friedmana, myślą przewodnią amerykańskiej polityki zagranicznej w XXI wieku. (George Friedman, str.62) Nie wszyscy zgadzają się jednak z Friedmanem, że to Rosja, a nie Chiny będą głównym adwersarzem Stanów na arenie międzynarodowej. Większość analityków uważa, że taką rolę już teraz odgrywają Chiny Ludowe. Na słuszność tej ostatniej tezy wskazują aktualne wydarzenia na Pacyfiku. Jeżeli nie Rosja, a Chiny będą pełnić rolę konkurenta Stanów, to prognoza Friedmana dotycząca sytuacji na Bałkanach i w Europie Środkowej okazać się może nie do końca trafna. Przyjęcie przez USA “do realizacji”scenariusza Friedmana oznaczać może dla Ameryki przysłowiową “wojnę na dwa fronty”; z Rosja i Chinami. Nie musi to być “gorąca” wojna, niemniej wojna na dwa fronty nikomu na zdrowie nie wyszła. Przy czym Rosja, przy spadających cenach jej surowców (paliw) nie będzie miała wystarczających środków finansowych, aby prowadzić swą tradycyjną politykę na Bałkanach. Wydarzenia mogły by się potoczyć nieco inaczej, gdyby Rosja i Chiny połączyły na Bałkanach swe siły, lub gdyby ich polityka w tym regionie uzupełniała się. Tak już było w jakimś stopniu dwukrotnie, ostatnio podczas niedawnej interwencji Zachodu na Bałkanach, kiedy to sympatia obu państw była po stronie Federacyjnej Jugosławii i Serbii. Nie na wiele się to co prawda wówczas zdało. Połączenie wysiłków rosyjskich i chińskich na Bałkanach jest jednak mało prawdopodobne. Chińczycy są zbyt ostrożni, zresztą na Bałkanach dobrze sobie radzą sami, bez rosyjskiej pomocy. Broniąc jednak swych interesów na Pacyfiku, Chiny mogą dorzucić do bałkańskiego ognia nieco oliwy, utrudniając Stanom (i przy okazji całemu Zachodowi sytuację). W swej geopolitycznej analizie Friedman wydaje się też nie doceniać roli Unii Europejskiej (a w niej Niemiec i Francji) nie tylko na Bałkanach i Europie Środkowej, ale i w całym świecie. Unia Europejska – miejmy taką nadzieję - nie przestanie interesować się Bałkanami. Friedman ma natomiast rację w dość istotnej jednak sprawie, jaką jest już w tej chwili rola Turcji w regionie. Stany Zjednoczone powierzyły Turcji rolę strażnika swych interesów na Bliskim Wschodzie oraz na Bałkanach. Sytuacja w krajach arabskich jest już na tyle, używając terminologii Friedmana, zdestabilizowana, że Turcja podoła temu zadaniu. Spełni także swą rolę straszaka wobec Rosji. Nieciekawie więc przedstawiać się może najbliższa prognoza dla Bałkanów, gdzie przy silnej bez wątpienia Turcji, grozić może nawrót “upiorów” i najgorszych scenariuszy z przeszłości. Tak przynajmniej zrozumieć mogą swą sytuację prawosławne narody na Bałkanach (w pierwszej kolejności Grecja). Chorwacja i Słowenia zagrożenia prawdopodobnie od razu nie dostrzegą, jeżeli dostrzegą go w ogóle. Ich reakcja może być spóźniona. Grecja, Bułgaria i Rumunia należą co prawda do Unii Europejskiej i do NATO, ale ich trudności gospodarcze i sytuacja wewnętrzna sprawi, że ich pozycja na Bałkanach będzie mało znacząca. Wzrost niekontrolowanych nastrojów nacjonalistycznych w tych krajach, podsycany dodatkowo z różnych kierunków z zewnątrz, powodować może dalszą destabilizację całego regionu. Destabilizacja regionu na pewno nie jest w interesie Unii Europejskiej i na dobrą sprawę nie powinna leżeć w niczyim interesie. Przy wszystkich zaszłościach i różnicach między państwami bałkańskimi, w momencie ewentualnego zagrożenia powinny one, w tym przypadku nawet przy zachęcie ze strony UE, ponownie dążyć do stworzenia jakiejś formy ścisłej regionalnej współpracy. Regionalna współpraca leży obecnie, jak zresztą zawsze, w narodowym interesie każdego kraju bałkańskiego. Współpraca ta powinna łagodzić, a nie podsycać stare antagonizmy narodowe i etniczne. Bułgaria i Rumunia ciążą od kilku lat ku Grupie Wyszehradzkiej. Odnotować tu trzeba wysiłki Grupy Wyszehradzkiej i całej Unii Europejskiej na rzecz pogłębienia współpracy wśród państw Zachodnich Bałkanów (Chorwacja, Czarnogóra, Macedonia, Serbia, Albania, Bośnia i Hercegowina oraz Kosowo). Czy inne kraje bałkańskie podążą w tym samym kierunku co Bułgaria i Rumunia, które już współpracują z Grupą Wyszehradzka, czy też znajdą dla siebie inne formy współpracy regionalnej? Chodzi o Grecję i skłóconą z nią Macedonię oraz Serbię. Z wysiłkami UE w Bałkanach Zachodnich konkuruje w sposób naturalny Turcja. Albania i Kosowo (a w przyszłości ewentualnie Wielka Albania) oraz Bośnia i Hercegowina znajdują się już w orbicie kulturalnych i dyplomatycznych wpływów Turcji, która równocześnie intensywnie inwestuje w Chorwacji, Czarnogórze i Serbii. Przyszłość Bośni i Hercegowiny, z uwagi na skłócenie zamieszkałych tam Serbów, Chorwatów i muzułmańskich Bośniaków wydaje się być dość niepewna. Ogólnie rzecz biorąc sytuacja na Bałkanach okazać się może permanentnie niestabilna i jakby stworzona dla pretekstu do militarnych interwencji z zewnątrz. Jednak Bałkany – w przeszłości symbol podziałów i krwawych konfliktów - powinny dla dobra Europy i świata rozwijać się w pokoju. Procesowi łagodzenia sytuacji na Bałkanach powinna patronować Unia Europejska, przyjmując do swego grona poszczególne państwa i, o ile to możliwe, sprzyjać w regionie tendencjom do współpracy. Rozwiązaniem, które ułatwiło by integrację państw bałkańskich z Unią Europejską mogło być, być może, uczynienie ich w przeszłości państwami jednolitymi narodowo poprzez przesiedlenia ludności, podobnie jak czynili to w Europie alianci po II wojnie światowej. Na to jednak jest już za późno i nie o to zapewne chodziło przy ustalaniu obecnego kształtu Bałkanów podczas rozpadu Jugosławii. Nie wiadomo też do końca czy przesiedlenia ludności na Bałkanach, biorąc pod uwagę specyfikę regionu, były w ogóle możliwe do przeprowadzenia. Niewątpliwie w odczuciu wielu ludzi, których one by dotknęły, przesiedlenia byłyby dalszym ciągiem cierpień i niesprawiedliwości.

Wydawałoby się, że państwo narodowe straciło w jednoczącej się Europie sens, ale dzisiaj w ramach Unii przypominają o sobie narody, które też chciałyby mieć swe własne państwa, np. Szkoci, Walijczycy, Katalończycy, ale nie tylko oni. Nie musi to oznaczać końca Unii Europejskiej. Narody te (państwa?) istnieć przecież mogą nadal w tym związku, jakim jest Unia Europejska, i czuć się bezpiecznie, zwłaszcza, że stanowi on wspólny obszar celny. Gorzej jeśli te niewielkie narodowe państwa będą chciały odbudować własne granice celne, by uratować swą produkcję przed konkurencją. I w tym przypadku jednak nie będzie to koniec Unii, bo większość narodów i państw w niej pozostanie. W każdym razie w Europie będziemy mieli do czynienia (a może już mamy?) z procesami sprzecznymi: odśrodkowymi i dośrodkowymi. W tych procesach wezmą prawdopodobnie także udział nowe, regionalne federacje (lub ściśle współpracujące ze sobą kraje, np. na Bałkanach). Regionalne trendy do ścisłej współpracy nie osłabią Unii Europejskiej, wręcz przeciwnie - wzmocnią Unię, łagodząc podziały i skłonności odśrodkowe. Regionalna współpraca już od dawna dobrze się w Europie sprawdza, czego przykładem jest Benelux, państwa skandynawskie i Grupa Wyszehradzka (przy wszystkich różnicach między tymi ugrupowaniami).

Friedman przewiduje dla Bałkanów w latach dwudziestych następujący scenariusz: Bałkany będą niestabilne. Sytuację w tym regionie zaostrzy konfrontacja amerykańsko-rosyjska. Rosja nie sprosta temu wezwaniu i zetrze się z wrogo nastawionymi Węgrami i Rumunami. Rosjanie za pośrednictwem krajów arabskich pracować będą nad powstrzymaniem Turcji. Podejmą próbę powstrzymania Węgier i Rumunii, zwracając przeciwko nim Bułgarię i Serbię. Rosjanie niewiele wskórają. Kiedy jednak Grecja, Chorwacja, Macedonia, Bośnia i Czarnogóra zostaną wciągnięte w konflikty, region pogrąży się ponownie w chaosie. Turcja, w jeszcze większym stopniu niż Japonia, odegra istotną rolę w konfrontacji z Rosjanami. Rosjanie będą chcieli zapewnić sobie dostęp do cieśniny Bosfor i do Morza Śródziemnego w celu przeciwstawienia się Amerykanom na Bałkanach. Turcja, która będzie Bosforu bronić utrzyma sojusz ze Stanami Zjednoczonymi i stanie się elementem antyrosyjskiej strategii Ameryki. Stany zachęcać będą Turcję, by parła na północ, w głąb Kaukazu, jak również umacniała swe wpływy na muzułmańskich obszarach Bałkanów oraz w państwach arabskich na południu. Aby powstrzymać Rosję na Morzu Czarnym Stany pomogą Turcji rozbudować jej potencjał militarny – morski, powietrzny i kosmiczny. Kiedy Rosja upadnie, Turcja w całym regionie zaznaczy swą obecność gospodarczą i militarną. Turcja będzie sięgać nie tylko w głąb Kaukazu, lecz także na północny zachód (Bałkany) i na południe. Dopiero pod koniec trzeciej dekady stosunki amerykańsko-tureckie zaczną się stopniowo ochładzać. Zmieni się tureckie spojrzenie na Stany, które postrzegane będą jako zagrożenie dla tureckich interesów narodowych. Turcja może z państwa dotąd świeckiego stać się państwem religijnym, a kraje arabskie zapomną o złych wspomnieniach w relacjach z Turcją i przyłączą się do niej w tworzeniu potężnego państwa islamskiego, które rozpocznie reorganizację świata arabskiego oraz wschodniej części basenu śródziemnomorskiego. Najbardziej entuzjastycznymi uczestnikami amerykańskiej konfrontacji z Rosją będą dawni sowieccy satelici, zwłaszcza Polska i jej koalicja, której Friedman w swym scenariuszu wyznacza parcie na wschód, w głąb Białorusi i Ukrainy. W następstwie upadku Rosji, amerykańskie zainteresowanie Europą może się zmniejszyć, co pozornie otworzy drzwi do umocnienia francusko-niemieckiej potęgi. Pozornie, bo w miarę zaostrzania się amerykańskich stosunków z Turcją i Japonią, Stany ponownie zainteresują się Europą i to prawdopodobnie wystarczy, żeby zahamować odradzanie się niemieckiej i francuskiej potęgi. (George Friedman, str. 168-175)

Scenariusz Friedmana jest bardzo niepokojący. Przewiduje on rozpad świata transatlantyckiego, a na to się w najbliższych dziesięcioleciach raczej nie zanosi. Bałkanom w latach trzydziestych, według scenariusza Friedmana, grozi kolejny kataklizm; próba wyparcia z Bałkanów Turcji, co zapewne nie przebiegało by w sposób “aksamitny”.Taki scenariusz bałkański nie leży ani w interesie Unii Europejskiej, ani Stanów Zjednoczonych, ani tym bardziej w interesie zróżnicowanych etnicznie i religijnie Bałkanów. Prognozy Friedmana, miejmy nadzieję, się nie sprawdzą. (Jakkolwiek nam Polakom może pochlebiać sugestia, że nad Wisłą według niego powstanie wielkie mocarstwo). Nie wszyscy Amerykanie te prognozy podzielają, a i w Unii Europejskiej nastroje są w sumie proamerykańskie i takie chyba pozostaną. Niedawnym przykładem na poparcie tej tezy może być treść komunikatu prasowego prezydencji polskiej w Grupie Wyszehradzkiej po spotkaniu w Warszawie premierów Grupy (V4) oraz prezydenta Republiki Francuskiej i kanclerz Niemiec (Warszawa, dnia 6 marca 2013, Internet). Pesymistycznym analizom Friedmana przeczą zdecydowanie ustalenia przyjęte na tym spotkaniu. Podkreślono na nim właśnie znaczenie poprawy i zacieśnienia relacji handlowych Unii Europejskiej z jej partnerami strategicznymi, takimi jak Stany Zjednoczone czy Japonia, jak również postępów w relacjach z państwami Partnerstwa Wschodniego. Postępy w stosunkach Unii i Grupy Wyszehradzkiej z państwami na wschód od Polski oznaczają – wbrew prognozom Friedmana – relacje pokojowe, a nie wojnę, nawet zimną. Ustalenia przewidują ponadto wzmocnienie wspólnej polityki bezpieczeństwa Unii Europejskiej (WPBiO) przy równoczesnej współpracy z NATO. Uczestnicy spotkania wyrazili nadzieję, że bliższa współpraca w zakresie obrony pomoże urzeczywistnić wizję “NATO 2020” - mamy więc tu pozytywną projekcję na lata dwudzieste dotyczącą także Sojuszu! Wszystko to jest niezgodne z wizją Friedmana. Potwierdzono przy tym konieczność skoncentrowania się w unijnych siłach zbrojnych na działaniach, jakie również NATO podejmuje - w zakresie interoperacyjności. Z kolei w uznaniu znaczenia jakie mają Grupy Bojowe UE oraz utworzenie pozostającej obecnie w gotowości Weimarskiej Grupy Bojowej, uczestnicy spotkania wyrazili przekonanie, że należy zwiększyć ich zastosowanie oraz kontynuować ich rozwój. Z uznaniem przyjęto też plany utworzenia Wyszehradzkiej Grupy Bojowej do 2016 roku.

 

5. Scenariusz dla Bałkanów może być jednak pomyślny

Załóżmy więc w wariancie optymistycznym, że państwa spoza Bałkanów nie będą wygrywać jednych narodów bałkańskich przeciwko drugim i nie będą w ogóle mieszać nadal w kotle bałkańskim. Wszystkie kraje bałkańskie (łącznie z Albanią i Kosowem, albo z Wielką Albanią) znajdą się w Unii Europejskiej. Islam na Bałkanach, wzorem Turcji, okaże się być skłonny do zaakceptowania podstawowych europejskich wartości i reguł. Natomiast chrześcijanie na Bałkanach nie mają co prawda swych “dywizji”, ale w obliczu jednoczenia się muzułmanów w jednym państwie, a nawet możliwego zagrożenia fundamentalistycznym islamem, będą zmuszeni dojść między sobą do porozumienia. W najbliższym czasie dojdzie do pojednania między Rzymem a Konstantynopolem i między katolicyzmem a całym prawosławiem. W tym porozumieniu w szczególny sposób potraktowane zostać muszą sprawy bałkańskie. Warunkiem sukcesu Bałkanów będzie m.in. wzrost w tym regionie dobrobytu i odmowa ze strony Zachodu oraz Turcji poparcia dla skrajnie prawicowych i fundamentalistycznie religijnych partii. Skrajny nacjonalizm jest wszędzie wrogiem współpracy między narodami. Mądry patriotyzm jest w tej współpracy niezbędny. Oprócz dialogu katolicyzmu z prawosławiem, Bałkany (a może cały Zachód ?) potrzebują dialogu z islamem. Na Bałkanach islam z Zachodem i Zachód z islamem powinni nauczyć się współistnieć. Odrębności narodowe i etniczne nie powinny pokrywać się z religią. Czy Serbami nie mogą być w przyszłości także katolicy i muzułmanie? A Chorwatami prawosławni i muzułmanie? W Polsce jest to możliwe. Okazuje się, że w Albanii też. I nie chodzi tylko o znany, historyczny już, przykład Marii Teresy. Katolicy i prawosławni mogą być we współczesnej Albanii nie tylko albańskimi obywatelami, ale uważać się za Albańczyków i być uważanymi za Albańczyków przez swych współobywateli. Zjawisko to - pozytywne tym razem - wynika zapewne z historii tego kraju. W Albanii zarówno prawosławni, jak i katolicy mogą obecnie bez przeszkód wyznawać swą religię. Ten fakt i to zjawisko przysporzy temu krajowi wiele sympatii we współczesnym zróżnicowanym świecie.

Dość optymistyczną wizję dla Bałkanów można wywnioskować z globalnej koncepcji Zbigniewa Brzezińskiego, mimo, że pozornie, podobnie zresztą jak Friedman, sprawom bałkańskim nie poświęca on wiele uwagi. W książce pt. “Strategiczna wizja”, napisanej na początku 2011 roku, a w Polsce wydanej w roku bieżącym, kreśli on globalną prognozę dla Stanów Zjednoczonych i świata po roku 2025. O ile Friedman zakłada utrzymanie przez USA przywództwa w całym świecie, to scenariusz Brzezińskiego dla Stanów jest skromniejszy i kładzie nacisk na zapewnienie przywództwa amerykańskiego wyłącznie w świecie zachodnim i utrzymanie w ten sposób przywództwa całego Zachodu na świecie. Sama Ameryka znajduje się w kryzysie, przyznaje Brzeziński. W jego koncepcji, atlantycki Zachód poszerzony jest o Turcję (co już ma miejsce poprzez NATO), a w dalszej kolejności o Rosję, która wejdzie do NATO i Unii Europejskiej. Tak powiększony Zachód korzystał będzie z bogactw naturalnych Azji Środkowej i Rosji. Książka Brzezińskiego wymagałaby oczywiście oddzielnego omówienia, tutaj pozostać należy na stwierdzeniu, że jego wizja obszaru od Vancouver do Władywostoku, wspólnoty zachodniej poszerzonej o Turcję i Rosję, wydaje się być dla Bałkanów (i dla Polski!) bardzie korzystna niż prognoza Friedmana. (Zbigniew Brzeziński, Strategiczna wizja, Ameryka a kryzys globalnej potęgi, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013). Rosja, Turcja i Zachód przestaną wreszcie być na Bałkanach rywalami. Turcja, pisze Brzeziński, posiada regionalne ambicje, które trzeba wziąć pod uwagę. Jeśli Turcja nie znajdzie się w “szerokiej” Europie, to zamiast bronić Europy przed zagrożeniami z Bliskiego Wschodu, mogłaby przenieść te zagrożenia przez Bałkany do Europy. USA obawiają się oddzielnego projektu rosyjsko-europejskiego (na to zwraca uwagę także Friedman, pisząc o groźbie ewentualnego zbliżenia niemiecko-rosyjskiego), który pomijał by Stany Zjednoczone. Oznaczało by to bowiem osłabienie NATO. (Z kolei Friedman uważa, że NATO przestanie istnieć, a Amerykanie opierać się będą w Europie Środkowej na Polsce i jej sojusznikach). Jedynie sprzymierzona ze Stanami Europa - uważa Brzeziński - może z ufnością otworzyć się na wschód i przyjąć Rosję “w ramy historycznie wiążącej relacji”. Bliższe relacje Rosji z Europą (UE i NATO), a bardziej ogólnie ze Stanami, mogłyby zostać przyśpieszone dzięki zaakceptowaniu przez Rosję niepodległości Ukrainy. Nawet bez formalnego członkostwa Rosji w UE, geopolityczna wspólnota interesów pomiędzy USA, Europą i Rosją doprowadzić mogłaby do powstania formalnych struktur służących konsultacji w kwestiach wspólnej polityki. (Brzeziński, str. 207) USA, uważa Brzeziński, muszą zachęcać UE do głębszego zjednoczenia oraz gwarantować jej geopolityczne znaczenie poprzez dalszy udział w zapewnieniu Europie bezpieczeństwa. Ważne jest to, że w przeciwieństwie do Friedmana, Brzeziński stara się nie przeciwstawiać Unii Europejskiej Stanom i zakłada ścisłą współpracę między Unią a USA. Taka współpraca dla Bałkanów (i nie tylko) będzie - moim zdaniem - bardzo korzystna. Podobnie jak w przypadku pojednania polsko-niemieckiego, Brzeziński wielką wagę przywiązuje do pojednania polsko – rosyjskiego, które powinno przyczynić się do zwiększenia stabilności w Europie. W tym procesie konstruktywną rolę odegrać może, uważa Brzeziński, francusko-niemiecko-polski Trójkąt Weimarski, co przekonało by Rosję, że ów proces ma szerszy, ogólnoeuropejski wymiar.(Brzeziński, str.251-252)

Odnośnie spraw bałkańskich, powiedzieć trzeba, że niezależnie od omawiania ich na forum Grupy Wyszehradzkiej (co dotyczy już np. Bałkanów Zachodnich), właściwym miejscem dyskusji powinna być Grupa Weimarska, w której brała by udział Polska wraz z pozostałymi krajami Wyszehradu (plus Bułgaria, Rumunia, ewentualnie jeszcze inne kraje bałkańskie). Równoległym kanałem powinny być, jak dotąd w wielu sprawach, konsultacje polsko-amerykańskie.

Friedman i Brzeziński przestawiają dwie, prawie zupełnie odmienne, wizje strategiczne dla świata. W obydwu prognozach ważną rolę pełnią Turcja i Polska. Nie są to jednak jedyni w Stanach Zjednoczonych wizjonerzy. Prognozowaniem przyszłości zajmuje się w USA (podobnie jak w innych krajach) wiele ośrodków. Pamiętać przy tym należy, że wizjonerzy są (lub mogą się stać) równocześnie kreatorami polityki zagranicznej, stąd ich prognoz nie należy lekceważyć.

Wbrew temu co pisze Friedman, wojna z islamistami jeszcze się nie zakończyła. Potrzebny jest globalny dialog ze światem islamu. W tej wojnie i w dialogu Rosja chce być po stronie Zachodu. Może być sojusznikiem Zachodu w tej sprawie wcale nie gorszym niż Turcja. Zauważyć przy tym trzeba, że upadek NATO, co przewiduje Friedman, oznaczałby także zmniejszenie wpływu Turcji na sprawy europejskie i tym samym na Bałkanach. Tym bardziej, że raczej nie zanosi się na to, aby Turcja w najbliższej przyszłości stała się członkiem Unii Europejskiej. Słabość euroazjatyckiej koncepcji Friedmana wydaje się wynikać z jego przekonania, że Stanom Zjednoczonym wystarczy w naszym regionie, na najbliższe dziesięciolecia, sojusz z Polską, Europą Środkową, Wielką Brytanią i Skandynawią oraz Turcją. Trudno przy tym oprzeć się wrażeniu, że jego koncepcja (dotyczy to do pewnego stopnia także wizji Brzezińskiego) jest równocześnie ostrzeżeniem dla Francji i Niemiec przed takim zbliżeniem z Rosją, które nie przewiduje w nim udziału Stanów Zjednoczonych. Prognoza Friedmana przedstawia alternatywę dla sojuszu USA z Niemcami i Francją (a właściwie z całą UE), w postaci bloku państw Środkowej Europy pod przywództwem Polski, bloku sprzymierzonego ze Stanami Zjednoczonymi i Turcją, przy “zaniku” NATO i upadku UE. Jeśli przyjrzeć się bliżej obydwóm koncepcjom, to na ich podstawie opracować można na lata dwudzieste jeszcze jedną: alians USA plus Kanada, Europa Środkowa, Turcja, Rosja, Europa Zachodnia ( z Francją i Niemcami lub bez tych dwóch państw) oraz Japonia. Uważam przy tym, że taki alians, bez Francji i Niemiec, byłby szkodliwy dla samych Stanów, Europy Zachodniej i Europy Środkowej, w tym także dla Bałkanów; bo bez Francji i Niemiec nie ma Europy i nie ma Unii Europejskiej. Nie jest zaskoczeniem, że na Dalekim Wschodzie obydwaj wizjonerzy widzą Japonię w aliansie zachodnim. Ciekawym natomiast jest fakt, że obecnie, prawdopodobnie pod wpływem wydarzeń wokół Półwyspu Koreańskiego, obserwujemy poprawę stosunków Japonii z Rosją, co jeszcze bardziej urealnia prognozę Brzezińskiego, w której udział bierze Rosja i Japonia. Udział Rosji w aliansie zachodnim oznaczać mógłby powrót jej znaczenia na Bałkanach. (Dla Polski udział Rosji w aliansie zachodnim byłby do przyjęcia dopiero po zakończeniu waśni i pojednaniu między obu państwami). Niezależnie jednak od jakichkolwiek globalnych prognoz, w których Bałkany zajmują większe lub mniejsze miejsce, recepta dla tego zapalnego wiecznie regionu wydaje się być jak zawsze ta sama; potrzeba tam instynktu samozachowawczego i takiej odmiany nacjonalizmu, a właściwie mądrego patriotyzmu, który za główny cel stawia przed sobą współpracę z sąsiednimi narodami i grupami etnicznymi.

Warszawa, 20 sierpnia 2013